INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 318.150 kilometrów, czyli zaraz po raz ósmy okrążę równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.87 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)



baton rowerowy bikestats.pl 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Dane wyjazdu:
27.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:28.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Czwartek, 6 sierpnia 2026 · | Komentarze 0

Gdzieś w Elblągu 😉








Dane wyjazdu:
95.00 km 1.00 km teren
04:17 h 22.18 km/h:
Maks. pr.:43.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:404 m

ŚRODOWE LATARKI - AKWEDUKT JURKOWICE

Środa, 5 sierpnia 2026 · | Komentarze 0

Trasa: ELBLĄG-Żurawiec-Zwierzno-Żuławka Sztumska-Tropy Sztumskie-Jurkowice-Jurkowice Pierwsze-Jurkowice-Szropy-Żuławka Sztumska-Krzyżanowo-Fiszewo-Gronowo Elbląskie- Jegłownik-ELBLĄG

MAPA

GALERIA (z opisem + filmik)





To była druga co do długości tegoroczna edycja środowych latarek. Nasz obiekt zainteresowania był dość daleko od Elbląga, ale myślę że było warto się tam wybrać i przejechać - oraz kawałek drogi przejść - te 89 km. Akwedukt w Jurkowicach to mało znana konstrukcja, dodatkowo schowana obecnie w drzewach, których nie było w marcu 2010 roku

Na płaskiej trasie z lekkimi pagórkami za Żuławką Sztumską wyróżniał się rower MTB Ani, która pomimo tego sprawnie ogarnęła całą trasę i której te latarki zawdzięczają pełną zgodność z punktem 1 poniższych zasad 😁 Ekipa startowa po drodze realizowała także swoje autorskie koncepcje na jazdę co skutkowało tym, że na mecie z 7 towarzyszących mi osób zostały trzy. Organizatora winy w tym oczywiście nie ma 😂

Dzięki za wspólną jazdę i pogaduchy. Za tydzień na pewno będzie coś krótszego, co nie znaczy że będzie łatwiej 😉




Latarki – kilka prostych zasad roku 2026
1. Jeździmy wolniej – 20-24 km/h średnia (tempo) z trasy po asfalcie, średnia z trasy terenowej dopasowana do warunków,
2. Dla lubiących pościgać się są ustawki szosowe w ramach Elbląskich Ustawek Szosowych (EUS na FB),
3. Grupa wyjeżdża razem i grupa wraca razem,
4. Nie wyprzedzamy prowadzącego,
5. Ubieramy się stosownie do pogody, uwzględniając w stroju konieczne postoje na trasie,
6. Wycieczki zaczynają się o 17:00 i trwają maksymalnie do godziny 22.
7. Niektóre wyjazdy będą miały charakter ,,Coffee Ride”, czyli główny postój będzie pod dachem lokalu w Pasłęku, Rychlikach, Nowym Dworze Gdańskim, Malborku i kto wie gdzie jeszcze.
Przypominam, że prędkość chwilowa a średnia to są dwa oddzielne zagadnienia.
Średnia (tempo) to prędkość, która powinna być widoczna na naszych licznikach w momencie zakończenia wycieczki. Uwzględnia jazdę i postoje. Średnia 20 – 24 km/h oznacza, że należy umieć jeździć na rowerze z prędkością około 23 – 26 km/h.
Prędkość chwilowa to prędkość uzależniona od kierunku wiatru, od ukształtowania terenu, od dobranego przełożenia, od jakości nawierzchni itd. Może to być i 50 km/h, może to być i 15 km/h.



Dane wyjazdu:
3.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:28.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Wtorek, 4 sierpnia 2026 · | Komentarze 0

DPD


Dane wyjazdu:
8.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:30.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Poniedziałek, 3 sierpnia 2026 · | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
62.00 km 1.00 km teren
03:48 h 16.32 km/h:
Maks. pr.:34.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:169 m
Rower:BOCAS

W OSI PASA STARTOWEGO

Niedziela, 2 sierpnia 2026 · | Komentarze 0

Trasa: ELBLĄG-Jegłownik-Ząbrowo-Kaczynos-Królewo-Klecie-Stare Pole-Gronowo Elbląskie-Karczowiska Górne-ELBLĄG

MAPA

GALERIA (z opisem + PIOTR)




Nocne opady deszczu nieco zmodyfikowały trasę tej najdłuższej w wakacje wycieczki spod znaku MOSiR Elbląg. 50 osób które pojawiło się na starcie wycieczki w kierunku lotniska wojskowego w Królewie Malborskim i domu podcieniowego w Kleciu ominęło błotny odcinek terenowy za Jegłownikiem oszczędzając fundusze na myjnię 😁

Podczas jazdy odkryliśmy brak bruku w Ząbrowie, gdzie pojawił się asfalt oraz polbrukowy ciąg pieszo-rowerowy. Po drodze zajrzeliśmy na przystań kajakową w Letnikach nad Nogatem, która – jak pogoda pozwoli – będzie miejscem akcji kajakowej Miejskiej Wycieczki Rowerowej we wrześniu.

A tymczasem zajrzeliśmy jeszcze pod kościół z krzywą wieżą w Królewie, aby się przekonać czy jeszcze stoi i czy dalej jest krzywa. Szczegóły w galerii.

Za Królewem dostrzegliśmy krążący po niebie nad lotniskiem transportowy samolot Herkules, który sprawiał wrażenie, że wyląduje idealnie na naszych oczach. Niestety, tak się nie stało, krążył sobie tak w kółko, aż w końcu my wystartowaliśmy 

Wystartowaliśmy do Klecia zobaczyć jeden z największych domów podcieniowych na Żuławach Wiślanych. Dostępu od strony drogi lotniskowej broni do Klecia żuławski bruk i tutaj to on chyba szybko nie zniknie. Za to od strony Starego Pola jest asfalt, a nawet będzie coś jeszcze – szczegóły w galerii.

W Starym Polu zarządziłem postój przy sklepie, aby ekipa uzupełniła picie w bidonach. Skończyło się na zakupach lodów i … placków ziemniaczanych. Ale picie chyba też kupili 😉

Potem już bez dłuższych postojów przejechaliśmy przez Fiszewo i Gronowo Elbląskie, aby w Elblągu przebić przez Stare Miasto – opanowane w ten weekend przez triatlonistów – do restauracji La Botte, gdzie w tym sezonie czekają na nas co wycieczka smakowite lody.

Tutaj też wycieczka się zakończyła, a na kolejną zapraszamy we wtorek 11 sierpnia. Pojeździmy trochę po Elblągu śladem elbląskich Piekarczyków.

Zbiórka o 17:00 przy pomniku Piekarczyka obok Bramy Targowej.





Kategoria WYCIECZKI 50-150


Dane wyjazdu:
19.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:31.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Piątek, 31 lipca 2026 · | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
13.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:30.00 km/h
Temperatura:33.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Czwartek, 30 lipca 2026 · | Komentarze 0

☀️Po godzinie 20 nawet dało się jeździć😉 ☀️


Dane wyjazdu:
87.00 km 0.00 km teren
03:18 h 26.36 km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:415 m

ŚRODOWE LATARKI - JEZIORO, WIEŚ KUKSY

Środa, 29 lipca 2026 · | Komentarze 0

Trasa: ELBLĄG-Jegłownik-Gronowo Elbląskie-Zwierzno-Jasna-Budzisz-Dzierzgoń-Morany-Kuksy-Dzierzgoń-Bągart-Stare Dolno-Dzierzgonka-Krzewsk-Raczki Elbląskie-ELBLĄG

MAPA

GALERIA (z opisem + Marcin)





Zupełnie nieregulaminową prędkość osiągały nasze rowery podczas wyścigowej jazdy nad Jezioro Kuksy koło Dzierzgonia. Cóż jednak było robić, skoro wiatr pomagał z każdej strony a w ekipie nie było osób nowych, mniej doświadczonych latarkowo 😁

Zajrzeliśmy na otwarte miesiąc temu piękne kąpielisko a potem przyjrzeliśmy się jezioru z jego drugiej strony, od wsi Kuksy. Objeżdżając jezioro odkryliśmy nowy asfalt od wsi Morany przez Kuksy do skrzyżowania z drogą wojewódzką 515 w Litewkach. Powstała tam fajna pętla, polecam 😉

Dzięki za wspólne kręcenie i pogaduchy. 



Dane wyjazdu:
5.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:30.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Wtorek, 28 lipca 2026 · | Komentarze 0



Dane wyjazdu:
531.00 km 0.00 km teren
24:28 h 21.70 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:3073 m

LUBUSKA SZOSA

Sobota, 25 lipca 2026 · | Komentarze 2

Trasa: ZIELONA GÓRA-Żagań-Żary-Krosno Odrzańskie-Kostrzyn nad Odrą-Witnica-Międzyrzecz-Zbąszyń-Kargowa-ZIELONA GÓRA

MAPA

GALERIA (z opisem)

PROFI GALERIA I

PROFI GALERIA II

PROFI GALERIA III

PROFI GALERIA IV

WYNIKI




Województwo lubuskie znałem do tej pory z przelotów maratonowych wzdłuż Odry. No i jednego wyjazdu do Świebodzina, ale to było tak dawno, że się nie liczy 😉 Także kojarzyły mi się te okolice z niemieckimi brukami na drogach i ze standardem dróg wojewódzkich w połowie szutrowych, w połowie asfaltowych. Klik.

Tymczasem ludzie opowiadali, że maraton Lubuska Szosa to inne oblicze dróg tego województwa, lepsze i bardziej przyjazne dla cienkich opon. Zatem powstał mus to sprawdzić 😊

W ramach imprezy organizatorzy zaproponowali trzy dystanse, mi najbardziej przypadł do gustu 500 km bo pozwalał objechać województwo w miarę dokładnie. Z Elbląga do Zielonej Góry (ZG) jednej ze stolic województwa lubuskiego przejechały różnymi sposobami dwie rowerzystki: pociągiem Sylwia a na kołach Małgorzata. Pierwsza z nich zamierzała podjąć wyzwanie 500 km, druga 250 km. Ze znajomych bikerów był jeszcze Adam Niedźwiadek z Gdańska, który także zapisał się na 500 km.

Pierwsze godziny pobytu w Zielonej Górze spędziłem na nogach, zwiedzając miasto pod czujnym okiem Małgorzaty, która wcieliła się w rolę przewodniczki. Szybko się okazało, że Zielona Góra to nie jest jedna góra, a dużo, dużo więcej górek.

Nienawykły do chodzenia szybko opadłem z sił i wtedy pojawił się pociąg z Sylwią, którą należało odstawić rowerem do biura zawodów w Drzonkowie po pakiety startowe i na kwaterę obok startu maratonu.

To wszystko odbyło się już rowerami i to było dobre 😂 9 km w jedną stronę z trzema podjazdami.

Na koniec dnia doszło mi kolejne 9 km powrotu do centrum ZG, bo ja wybrałem bliskość dworca PKP, a nie bazy zawodów. Coś za coś 😉

Po dobrze przespanej nocy i indywidualnym śniadaniu o 6 rano, a nie lunchboxie – polecam Hotel Retro – udałem się na start, która nasza grupa startowa (wraz z Sylwią i Adamem) miała wyznaczony na 7:45. Prognoza pogody była znakomita, sobota miała być ciepła i sucha, a niedziela wręcz upalna – mówili coś o +30 stopniach.

Założenie na trasę miałem klasycznie turystyczno-rekreacyjne, czyli w planach była jazda w okolicach limitu czasowego, który organizatorzy określili na 30 godzin. Sylwia zamierzała jechać ze mną, a ja zamierzałem jechać z nią. Lubuska Szosa miała być pewnego rodzaju sprawdzianem przed BBT. Adam wybrał bardziej sportowe tempo i niedługo po starcie straciliśmy go z oczu.

Punktualnie o 7:45 nasza grupa startowa ruszyła z bazy w Wojewódzkim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Zielonej Górze-Drzonkowie. Przed nami było 500 km do przejechania, 3 km przewyższeń i 4 bufety. Od razu po starcie droga zaczęła się lekko wspinać a potem opadać. I tak na zmianę.

Minęliśmy park technologiczny Uniwersytetu Zielonogórskiego w Nowym Kisielinie i zaczęły się wyłaniać winnice na wzgórzach. Widok generalnie nieznany w okolicach Elbląga za wyjątkiem winnicy koło Kadyn a przez to ciekawy i nietypowy.

Po dobrych 40 km naszym oczom ukazała się tablica ,,Zielona Góra”, także jazda przypominała klasyczne krążenie ,,dookoła komina”. Byliśmy w Zatoniu, dosłownie kilka km od Drzonkowa.

Tutaj już na dobre obraliśmy kierunek południowy, co wiązało się z jazdą pod wiatr, niezbyt silny, ale wyczuwalny.

Na mapie było widać wsie o wspólnej nazwie Mirocin z dopiskami: Dolny, Średni i Górny. W górach taki miks oznaczałby wielokilometrową wspinaczkę (albo zjazd). Byłem ciekawy, czy i tutaj tak będzie, oczywiście na mniejszą skalę 😉

Wyszło że za Mirocinem Górnym było z 1-2 km podjazdu z małym nachyleniem. Uporaliśmy się z nim bez większego kłopotu.

Wkrótce byliśmy na pierwszym bufecie, który został zlokalizowany na 63 km trasy we wsi Chotków. Budynek gminnej biblioteki był na zakręcie w który wchodziło się jadąc z góry, a więc z dość dużą prędkością. Do tego flaga maratonu była postawiona za budynkiem, co sprawiało że wielu zawodników ten punkt ominęło.

Ekipa była więc bardzo zadowolona jak nas ujrzała, bo mało kto tam zaglądał i trochę się im nudziło. My także byliśmy zadowoleni, bo stoły się uginały od wszelkiego dobra – vide galeria.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, trzymając się ściągawki maratonowej z rozpisanymi czasami przejazdu między kolejnymi miejscowościami.

Teraz przed nami był Żagań z jakimś remontem mostu na Bobrze i objazdem, jeżeli nie udałoby się rowerem tam przejechać. Doświadczenie mi mówiło, że most w centrum miasta musi być wyposażony w kładkę dla pieszych. A jak pieszy przejdzie to i pieszy z rowerem też 😊

No i tak faktycznie było, toteż przeprawiliśmy się bezproblemowo, zaoszczędzając kilka km objazdu. Miny innych zawodników, kiedy wyprzedzali nas po raz drugi – bezcenne :-)))
Za Żaganiem droga zaczęła zakręcać na północ i najbliższe z 200 km wiatr nam pomagał, a przynajmniej nie przeszkadzał. Lubuskie jest mocno zalesionym obszarem, a jak wiadomo, w lesie to wiatru aż tak bardzo nie czuć.

Minęliśmy Żagań, Konin Żagański i Jankową Żagańską. Jeden wielki Żagań 😉

Teraz czekała nas wspinaczka w okolice najwyższego szczytu Województwa Lubuskiego, Góry Żarskiej – całe 227 m n.p.m. Nieco wyżej jak szczyt Wysoczyzny Elbląskiej na Górze Srebrnej. Można było myśleć, że to będzie kilka km podjazdu i tak by pewnie było, jakbyśmy ruszali z poziomu morza. No, ale lubuskie to nie jest poziom morza, także po 2 km łagodnej wspinaczki w lesie zaczął się przyjemny zjazd do Żar.

Po wyjeździe z lasu zaczął się także mniej przyjemny żar, bo temperatura trzymała konkretne +30 stopni w słońcu, a pewnie i więcej. Obwodnicą minęliśmy to miasto jadąc przez chwilę dwoma drogami krajowym na raz.

Już od pewnego czasu zatrzymywaliśmy się w sklepach aby uzupełniać picie, bo inaczej to się nie dało. Jeden z tych sklepików był prawdziwym skansenem, gdzie sprzedawca nie używał kasy fiskalnej i kalkulatora licząc wszystko na ,,piechotę”. Długie to były zakupy …

Dalsza trasa prowadziła przyjemnymi asfaltowymi drogami bez – tak dobrze poznanych podczas różnych jazd śladem MRDP wzdłuż samej granicy z Niemcami – bruków i szutrowo-asfaltowych dróg wojewódzkich.

Powoli zbliżaliśmy się do drugiego bufetu, w Krośnie Odrzańskim. Zanim tam się zameldowaliśmy z niemałym zdziwieniem zobaczyłem elektrownię szczytowo-pompową na rzece Bóbr w Dychowie. Jakoś jej nie zobaczyłem ucząc się trasy i planując jazdę. Całkiem okazała konstrukcja, oczywiście nie tak wielka jak Czymanowo 😉

No i tak od rzeki Bóbr płynnie przejechaliśmy do Odry w Krośnie Odrzańskim. W tym mieście kiedyś już byłem, więc pamiętałem bardzo ładny podjazd na wysoki brzeg rzeki. Tam był zlokalizowany bufet nr 2.

W ofercie był ryż z warzywami na ciepło i wszedł on mi jak marzenie. Z Sylwią było trudniej, bo orzekła że ryż jest nieświeży i było już po jedzeniu. Cóż było robić, parę km dalej odwiedziliśmy sklep Dino :-))

Za Krosnem droga dalej prowadziła wysokim brzegiem Odry na którym winnice prezentowały się szczególnie pięknie – widać było płynącą w dole rzekę.
Te piękne wrażenia nie mogły jednak uśpić czujności, bo właśnie tutaj, we wsi Osiecznica nasza jazd mogła się zakończyć.

Kierowca osobowego mercedesa wymusił na nas koncertowo pierwszeństwo skręcając do swojego domu w lewo, idealnie kilkanaście metrów przed nami. Było blisko trafienia, na szczęście refleks nas uratował.

Dalsza droga prowadziła do niezmiennie fatalnego asfaltu wiodącego od promu na Odrze w Połęcku do skrzyżowania z DK 29.

Za tym skrzyżowaniem nastąpiła miła niespodzianka i zaczął się nówka asfalt w kierunku Sulęcina. Byliśmy na 200 km trasy, dzień powoli zaczynał się kończyć.

W Torzymiu przekroczyliśmy autostradę A1 z dużym węzłem i bogatą ofertą gastro z której jednak nie korzystaliśmy. Może i ja miałbym ochotę na Orlen, ale to Sylwia pilnowała aby radykalnie ograniczać liczbę postojów.

Sulęcin minęliśmy zgodnie z trasą bokiem, co było dobre bo podczas tegorocznej majówki przekonałem się, że do tego miasta bardzo fajnie się zjeżdża, a potem nieco mniej fajnie wyjeżdża pod górę 😉

Na wysokości Sulęcina zmieniliśmy kierunek jazdy na zachodni. Kolejnym miastem na trasie był Kostrzyn nad Odrą w którym pojawiliśmy się o godzinie 23. Wcześniej przeżyłem deja vu wjeżdżając na trasę zeszłorocznego MRDP i 10 km od Górzycy jadąc pogrążony w wspomnieniach tej niesamowitej jazdy.

W Kostrzynie w ramach walki ze snem zrobiliśmy postój w McD, gdzie Sylwia zaatakowała się kawą z dodatkami, a ja zaatakowałem gniazdo elektryczne ładując telefon w którym miałem nawigację. Coś tam też niezdrowego oczywiście zjadłem wydając na to straszne 80 zł!

Tutaj też spotkaliśmy zawodniczkę jadącą 500 km SOLO lekko przysypiającą na stole i starającą się pilnować roweru. Jechać z nią nie mogliśmy, ona z nami też nie mogła, ale zaproponowałem jazdę w regulaminowym oddaleniu.

Nic z tego nie wyszło, bo dziewczyna była już tylko zdeterminowana iść spać do hotelu na 2-3 godziny. Tak też chyba zrobiła, ale w limicie czasu przez to niestety się nie zmieściła.

My tymczasem po godzinnym odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Witnicy, gdzie za 20 km był DPK (Duży Punkt Kontrolny). Na nim były przepaki, ale że z nich na tej imprezie nie korzystaliśmy to zjedliśmy sobie makaron z mięsem, uzupełniliśmy picie i chwilę porozmawialiśmy z Robertem Janikiem, twórcą maratonu BB Tour.

Można tak było siedzieć długo, ale czas naglił, zwłaszcza, że w niedzielę upał miał być jeszcze większy niż w sobotę.

Za Witnicą jechaliśmy doliną Warty, na skraju Parku Narodowego Ujście Warty. No, ale że było jeszcze ciemno to i rzeki za bardzo nie było widać.

Świt zaczął się w okolicach Lubniewic, a słońce zobaczyliśmy na przedmieściach Międzyrzecza, gdzie został nam do odwiedzenia bufet nr 4. To była tradycyjna pora kiedy mnie zaczęła senność ogarniać, więc potrzebowałem kawy.

Kawa na punkcie była, ale że woda nie chciała się szybko gotować to się i kawy nie doczekałem. Szkoda było czasu, sen odpędziłem kofeiną spod znaku Kofactin Shot 😉

Dalsza droga to Zbąszyń i Zbąszynek, które po raz pierwszy zaliczyłem jadąc pociągiem do Zielonej Góry, a teraz po raz pierwszy jechałem rowerem.

Głównie przez Zbąszyń, bo Zbąszynek to tak opłotkami. Rzuciły się w oczy ciekawe domy kolejarzy bo Zbąszyń to była kiedyś ważna, graniczna stacja kolejowa z Niemcami.

Do mety zostawało już lekko ponad 70 km, ale zaczęły się one dłużyć. Zapowiadanego upału nie było, za to pojawił się upierdliwy, przeciwny wiatr, który istotnie nas spowalniał. Limit czasu oczywiście był niezagrożony, ale szybsze niż określone w rozpisce osiągnięcie mety stało się nierealne.

Teraz przed nami był Babimost z jedynym w lubuskim lotniskiem międzynarodowym. Wcześniej mieliśmy okazję przyjrzeć się skutkom nawałnicy, która zniszczyła znaczny obszar lasu przed tą miejscowością.

W samym Babimoście zajrzeliśmy na Orlen – to był jedyny na całej 500 km trasie, który odwiedziliśmy – wypiłem kawę i uzupełniliśmy napoje.

Chwilę potem – co za niespodzianka – trasa Lubuskiej Szosy wjechała na teren województwa wielkopolskiego. Tego się nie spodziewałem.
Chwila za długa nie była, może z 2-3 km i już zjeżdżaliśmy do Kargowej, miasta już w lubuskim województwie oczywiście.

Za tym miastem natknęliśmy się na jedyną na całym maratonie drogę w stylu ,,pół szuter, pół asfalt”, co nie było dobre.

Zwłaszcza, że teren był od naszej strony a jak na złość akurat blachosmrody tutaj akurat jeździły nader często. Bo tak to generalnie drogi były puste, z małym ruchem aut.

Za chwilę, dla odmiany, czekał nas bardzo przyjemny odcinek zupełnie bez samochodów. To była dawna linia kolejowa między Kolskiem a Konotopem, która obecnie jest asfaltową drogą rowerową. Milutko 😊

Meta była już zupełnie blisko, zaledwie 30 km nas od niej dzieliło. Ostatnie 15 km trasy poznaliśmy na starcie, bo to była ta sama, wspólna trasa, tylko teraz w odwrotnym kierunku. Wiedziałem, że będzie jeden dość długi podjazd w Nowym Kisielinie na 490 km.

Wcześniej był most na Odrze i odkryta droga na której wiatr robił z nami co chciał. Potem było rondo z winogronami, które widzieliśmy w sobotni poranek, aż w końcu przyszedł czas na ten ostatni podjazd.

Tutaj to i mnie wiatr wyhamował do 10-12 km/h, ale w końcu górka została zaliczona.

Zostało zjechać do Drzonkowa i zaliczyć bramę mety, którą przekroczyliśmy o godzinie 12:03, po 28h 18 minutach brutto na trasie. Bardzo ładnie.

Dla porządku dodam, że Adam pokonał dystans 500 km w czasie 24h 51 minut, a Małgorzata jadąca 250 km SOLO zrobiła to w czasie 14h 48 minut zajmując 3 miejsce. Brawa dla Was!

Meta w tym czasie już się generalnie sprzątała i mało kto tam na nas czekał. Ale medale czekały, arbuzy były, piwo 0% też było, także fajnie było.

Po odpoczynku i rozmowach z Weroniką i Robertem szybko przyszedł czas na powrót, bo Sylwia miała pociąg o 15:30 a do centrum ZG było 9 km i trzy podjazdy. Nie było więc co zamulać, tylko jechać 😉

Wkrótce byliśmy w centrum, przy dworcu, gdzie normalnym piwem opiliśmy sukces i Sylwia zajęła miejsce w pociągu, a ja udałem się za zasłużony odpoczynek w hotelu 50 metrów dalej.

Tam zasnąłem szybko i sprawnie, chociaż miałem jeszcze wizję obejrzenia zielonogórskiej Zielonej Strzały. Ale nie wyszło - wyjdzie ,,inną razą” 😉

Zaplanowany powrót w poniedziałek toczył się już w strugach deszczu i naprawdę fajnie, że dworzec PKP miałem po drugiej stronie ulicy. Z Zielonej Góry wróciłem pociągiem z Małgorzatą i tak to weekend spod znaku rowerów, Bachusa i winogron dobiegł końca.

Dzięki Dziewczyny za miłe towarzystwo i podziękowania dla Weroniki Janik za organizację tej ciekawej imprezy.





Kategoria SUPERMARATONY