INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 301.707 kilometrów, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.89 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)

DO MRDP 2025 ZOSTAŁO



baton rowerowy bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

SUPERMARATONY

Dystans całkowity:31460.00 km (w terenie 918.00 km; 2.92%)
Czas w ruchu:1484:16
Średnia prędkość:21.11 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:155712 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:642234 kcal
Liczba aktywności:79
Średnio na aktywność:398.23 km i 21h 30m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
378.00 km 1.00 km teren
17:41 h 21.38 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m

BAŁTYK-BIESZCZADY TOUR 2010 - II ETAP

Poniedziałek, 23 sierpnia 2010 · | Komentarze 6

TRASA: WSOLA-RADOM-IŁŻA-OSTROWIEC ŚWIĘTOKRZYSKI-OPATÓW-RZESZÓW-DOMARADZ-SANOK-ZAGÓRZ-LESKO-USTRZYKI DOLNE-USTRZYKI GÓRNE

Organizatorzy zalecali objazd remontowanego odcinka DK 9 w Radomiu jadąc przez miasto, żeby w końcu na odprawie startowej zezwolić na swobodny wybór trasy przez każdego maratończyka. Tak więc pozostawała opcja jazdy przez miasto skomplikowanym podobno objazdem, albo pokonanie 2 km odcinka robót drogowych.

Dysponując ponadprzeciętnie (RS Reba, opony 1,25) wyposażonym rowerem szosowym postanowiłem urozmaicić sobie banał asfaltów krótkim odcinkiem terenowym :-).
Przejazd nie sprawił mi najmniejszych trudności, w dwóch miejscach tylko piętrzyły się małe hałdy ziemi i piasku, poza tym nawierzchnia była już utwardzona, a nawet częściowo wylana asfaltem.
RADOM-REMONT DK 9 © MARECKY

RADOM-REMONT DK 9 © MARECKY

RADOM-REMONT DK 9 © MARECKY


Odcinek terenowy zakończył się równie szybko, jak się zaczął i spokojnie nabierając tempa kontynuowałem podróż na południe. DK 9 do Iłży była doskonale pusta, miało to związek z faktem, że objazd dla TIR-ów kończył się w Iłży właśnie.
W tym miasteczku moją uwagę przykuła wieża zamku, z oświetloną galerią, na której powinna jeszcze do kompletu pojawić się Brunhilda. Ponieważ nie miałem jednak tyle czasu,aby na nią czekać to jest fotka bez niej ;-).
IŁŻA-ZAMEK BISKUPÓW KRAKOWSKICH © MARECKY


Za tym urokliwie położonym miasteczkiem jazda w dalszym ciągu była bardzo spokojna, ciszę zakłócały tylko nieliczne samochody. Punkt kontrolny zlokalizowany był nieco za Iłżą, przy stacji benzynowej i motelu Viking. Nie było tam żywego ducha, poza wystraszonym moją obecnością chłopakiem w okienku stacji, który miał na szczęście najważniejszą rzecz-kartę kontrolną :-). O inne rzeczy wolałem już go nie pytać, bo i tak było widać, że nic nie wiedział.

Wkrótce dotarłem do Ostrowca Świętokrzyskiego, ale ponieważ było jeszcze ciemno to zwiedzanie miasta sobie podarowałem. Nie sposób było sobie za to podarować eleganckiego podjazdu wyjazdowego, który był pierwszą konkretną górką na trasie BB Tour. Nie dość tego, za Ostrowcem droga dalej się wznosiła, tak że zrobiło się mi całkiem ciepło.

Między Ostrowcem a Opatowem nadszedł dzień i jazda nabrała nowego wymiaru. W Opatowie dostrzegłem ciekawą bramę i informację o najdłuższej w Polsce podziemnej trasie wycieczkowej.
OPATÓW-BRAMA WARSZAWSKA Z XVI w. © MARECKY


Odcinek od Opatowa do mostu na Wiśle pod Tarnobrzegiem wspominam jako najtrudniejszy na cały maratonie. Potężna ilość TIR-ów jadących z dwóch stron i kilkunastokilometrowy odcinek DK 9 bez pobocza spowodowały, że jazda przypominała survival. Nie chce mi się nawet o tym pisać.

W międzyczasie pojawił się PK we Włostowie, ustawiony tak, aby nikt przypadkiem nie zjechał do Sandomierza. Tam nieco odpocząłem i po zebraniu sił potoczyłem się dalej. Wkrótce zaczęły się zjazdy w kierunku doliny Wisły, mi szczególnie spodobał się jeden w okolicach Klimontowa.
KLIMONTÓW-PANORAMA MIASTECZKA i KOLEGIATA ŚW. JÓZEFA © MARECKY

Potem przejechałem Wisłę, a dosłownie 200 metrów za rzeką zadzwonił BIODAREK z tekstem ,,Widzę, że przejechałeś Wisłę i jesteś w województwie podkarpackim''. Byłem pod dużym wrażeniem takiej dokładności GPS, którego wiozłem ze sobą, niczym Wielkiego Brata :-).

Pierwszy PK na Podkarpaciu był zlokalizowany w Nowej Dębie na stacji benzynowej.
NOWA DĘBA-PUNKT KONTROLNY © MARECKY

Uzupełniłem zapasy, chwilę porozmawiałem i dostrzegłem zbliżającą się załogę jedynego tandemu na trasie. Nadjechali tak szybko, że ich nieco uciąłem :-).
TANDEM MIX NADJEŻDŻA © MARECKY

Mam nadzieję, że się nie pogniewają ;-). To bardzo sympatyczna i doświadczona rowerowa para. Nikogo chyba nie zdziwił fakt, że ukończyli BB Tour w bardzo dobrym czasie.

W samo południe wjechałem do Rzeszowa i nie przebijając się przez miasto skorzystałem z nieco remontowanej obwodnicy. Tworzyły się tam duże korki, ale dla roweru nie był to jakiś większy problem.
Na rogatkach Rzeszowa zlokalizowany był kolejny punkt kontrolny w zajeździe ,,Pod skrzydłami''. Nazwa wydawała się dość tajemnicza, aż do momentu ujrzenia tego lokalu ;-).
RZESZÓW-PUNKT KONTROLNY ,,ZAJAZD POD SKRZYDŁAMI'' © MARECKY

Bardzo ładnie wkomponowany w otoczenie.

Dalsza droga wiodła DK 9, znacznie już spokojniejszą od wcześniejszych kilometrów. Widać było na horyzoncie góry. Zaczęły pojawiać się konkretne podjazdy, jeden z nich miał szczególną urodę, a co ciekawsze zjazd z niego był bardziej stromy niż podjazd (6% do 9%). Bardzo zdrowy układ ;-).
OSTRY PODJAZD-OSTRY ZJAZD © MARECKY


Wkrótce pożegnałem się z DK 9, tym bardziej bez żalu, bo zdążyłem jeszcze przebić na niej dętkę. Wymiana poszła sprawnie, gorzej było ze znalezieniem kompresora, co by nieco atmosfer dorzucić. Albo kompresory były za słabe, albo kosztowały (sic!!!) 1 zł za 3 minuty dmuchania. W końcu znalazłem profesjonalną maszynę w normalnej cenie 0 zł :-).

Od Domaradza dalsza droga prowadziła na Sanok. Zanim tam dotarłem, w Brzozowie na PK zostałem podjęty żurkiem przygotowanym przez lokalnych strażaków z OSP. Tak przygotowany mogłem śmiało wjeżdżać w Bieszczady :-). Sam Brzozów i okolice okazały się ciekawym miejscem, gdzie było na czym wzrok zawiesić.
BLIZNE-DREWNIANY KOŚCIÓŁ WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH © MARECKY

BRZOZÓW-DREWNIANY DOM © MARECKY

RETRO TRANSPORT © MARECKY

HUMNISKA- DREWNIANY KOŚCIÓŁ ŚW. STANISŁAWA BISKUPA © MARECKY


Do Sanoka pozostawało już niewiele kilometrów, ale widoki tak odbiegały od tego co widzę na co dzień, że nie mogłem się oprzeć ;-).
PEJZAŻ PRZED SANOKIEM © MARECKY


W końcu jednak dotarłem o 18 do Sanoka, gdzie odnalazłem PK znajdujący się w Domu Turysty. Zaległem tam na fajnej sofie i jadłem suchy prowiant otrzymany na punkcie. O dziwo nie zasnąłem na tym miękkim meblu :-).
SANOK-PLAŻA NA MIĘKKIEJ SOFIE :-) © MARECKY


Nic do dobre, nie trwa wiecznie tak więc i ja ruszyłem do przodu. Drogowskaz na wylocie z Sanoka pokazywał jednoznacznie, że zaczyna się ostatni odcinek maratonu.
SANOK-ŚWIATEŁKO W TUNELU, CZYLI 81 KM DO METY :-) © MARECKY


Po chwili wjeżdżałem do Zagórza, sławne serpentyny nad miastem pokonałem w odwrotnym kierunku niż podczas wyprawy w 2000 r.
ZAGÓRZ-PANORAMA MIASTA Z SERPENTYN © MARECKY

Potem super zjazd do Leska i stopniowe wspinanie się do Ustjanowej Górnej.
PRZED LESKIEM © MARECKY

W końcu szybki zjazd do centrum Ustrzyk Dolnych i postój przy podświetlonej fontannie.
USTRZYKI DOLNE-KOLOROWA FONTANNA © MARECKY


W Ustrzykach Dolnych skręciłem w prawo i wyszedłem na ostatnią, 44 km, prostą ;-). Ostatni na trasie PK był zlokalizowany w gospodarstwie agroturystycznym ,,Gęsi Zakręt''. Udało mi się przejechać ten punkt o dobre 2 km, bo ludzie z punktu widząc mnie, nie odezwali się ani jednym słowem. Podpisałem listę, zjadłem chyba z pół arbuza i w drogę. Po drodze dostałem telefon od PIOTRA, który wzmocnił moje morale, bo senność znowu dawała o sobie znać.

Przez Rabe i Żłobek dotarłem do Czarnej Góry, gdzie jednak zaległem na kilka minut na przystanku. Krótka drzemka dobrze mi zrobiła, bo podjazd do Lutowisk poszedł mi gładko, chociaż po ciemku wydawał się nie mieć końca.

Przed Smolnikami dojechał do mnie zawodnik z którym postanowiłem kontynuować końcową jazdę, bo dysponował mocnym oświetleniem, a moje powoli dogorywało. Wydobyłem z siebie wszystko co najlepsze i ostatnie 14 km pędziliśmy w szalonym tempie ponad 20 km/h. Przez Smolniki, Procisne, Stuposiany, Pszczeliny i Berezki dotarłem do tablicy Ustrzyki Górne i zatrzymałem się na obowiązkową fotkę :-).
DOJECHAŁEM !!! © MARECKY


Po przejechaniu 1045 km w czasie 44h 2 minut byłem o godzinie 1.15 na mecie. Łącznie w trasie spędziłem 65h 8 minut.
DYSTANS © MARECKY

CZAS JAZDY © MARECKY

Na mecie czekała na mnie gorąca zupa i zimne piwo. Omówione zostały pokrótce wrażenia z trasy i udałem się na zasłużony odpoczynek do Hotelu Górskiego PTTK.

To nie koniec :-) - dalej 

PEŁNE FOTO Z CAŁEGO WYJAZDU JEST TUTAJ.
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
667.00 km 0.00 km teren
26:21 h 25.31 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m

BAŁTYK-BIESZCZADY TOUR 2010 - I ETAP

Sobota, 21 sierpnia 2010 · | Komentarze 8

Pierwszy, internetowy rzecz jasna, kontakt z tym maratonem, jeszcze pod nazwą Imagis Tour, miałem w 2007 r. Wtedy nie miałem żadnego doświadczenia w długodystansowej jeździe na rowerze, ale kilka własnoręcznie zorganizowanych lub komercyjnych SUPERMARATONÓW pozwoliły mi, ku mojemu zdziwieniu, realnie myśleć o wystartowaniu i ukończeniu tej ciekawej imprezy.

Co prawda, koncepcja jazdy głównym drogami krajowymi w naszym pięknym kraju nie podobała mi się i nadal mi się nie podoba - ale w myśl zasady, że co cię nie zabije, to cię wzmocni postanowiłem spróbować. Z pewnością dodatkową motywacją do startu była decyzja Roberta Woźniaka o starcie w tej imprezie. We dwóch zawsze śmieszniej :-).

Tak więc, stanęliśmy wszyscy w liczbie 75 rowerzystów i jednej rowerzystki na rampie promu w Świnoujściu, padł strzał z armaty i peleton ruszył spokojnie ( bez tandemu, który mógł już jechać ostro) na miejsce startu ostrego sprzed bazy promowej.

TRASA: ŚWINOUJŚCIE-WOLIN-PŁOTY-ŁOBEZ-DRAWSKO POMORSKIE-KALISZ POMORSKI-WAŁCZ-PIŁA-BYDGOSZCZ-TORUŃ-WŁOCŁAWEK-GOSTYNIN-GĄBIN-SOCHACZEW-ŻYRARDÓW-GRÓJEC-BIAŁOBRZEGI-WSOLA

ŚWINOUJŚCIE-START BB TOUR Z RAMPY PROMU © MARECKY


Moja piętnastoosobowa grupa wystartowała o godzinie 8.07 i kontakt z nimi miałem może przez 3 kilometry :-). Podjazd z miasta był wystarczająco stromy i długi dla mnie, aby nie pokonywać go z prędkością dobrze ponad 30 km/h. I tak to szybciutko zrobiłem się solo w kategorii OPEN :-). Tak w zasadzie miało już być przez całą trasę.

Odcinek do pierwszego punktu kontrolnego w Płotach pokonywany odwrotnie niż dnia poprzedniego dostarczył nowych wrażeń, zwłaszcza piękne lasy Wolińskiego Parku Narodowego umiejscowione po obu stronach DK 3 spowodowały, że ten odcinek wspominam bardzo przyjemnie.

Po opuszczeniu wyspy Wolin udało mi się zamienić kilka słów z TRANSATLANTYKIEM i chłopakami z WTR, ale że nie garnąłem się do dawania zmian w grupie, to po chwili znowu jechałem samodzielnie :-).

Gdy doszła do mnie kolejna 15-osobową grupa poczułem w sobie lekką nutkę sportową i z prędkością w granicach 30 km/h gnałem za nimi do pierwszego PK w Płotach. Tam dałem sobie spokój, bo to przecież był początek jazdy, a ja już zaczynałem czuć zmęczenie. Na punkcie podjadłem sobie, napiłem się i zamieniłem kilka słów ze strażakami i bikerami.
PŁOTY- NA PUNKCIE KONTROLNYM © MARECKY

Po chwili przyjechał Robert, ale jemu się gdzieś spieszyło i postój na punkcie ograniczył do minimum :-). Ruszyłem za nim, ale to nie miało większego sensu :-P.

Wkrótce zakończyła się (w Starogardzie) jazda drogą poznaną wczoraj i gdy pod Łobzem zobaczyłem pięknie stojący na górce wiatrak typu ,,holender'' postanowiłem już całkiem oddać się spokojnej, turystycznej jeździe.
PORADZ- WIATRAK ,,HOLENDER'' © MARECKY

Drugi PK był zlokalizowany w Drawsku Pomorskim, gdzie nieocenioną pomocą w jego znalezieniu przyniosły namalowane na asfalcie strzałki. Przypomniała mi się szczenięca zabawa w podchody, ale tu na szczęście nie było zmyłek :-).

Za Drawskiem wjechaliśmy na tereny poligonu wojskowego, pojawiły się tablice ostrzegawcze, przejazdy czołgowe, a nawet znaki ostrzegające przed czołgami. W ramach rozrywki orgowie nie zapewnili nam jednak jazdy wśród wybuchających pocisków i manewrujących czołgów :-).
W tych pięknych okolicznościach przyrody zrobiłem sobie mały popas, tak aby przed wjazdem na DK 10 w Kaliszu Pomorskim być czujnym i skupionym.
POMIERZYN-CZAS NA KANAPKOWO-ŻELOWY OBIAD © MARECKY


W Kaliszu Pomorskim moja jazda nabrała nowego wymiaru, bo i droga była elegancka i dość spokojna, a i wiatr w plecy w końcu pomagał.
Szybkie łykanie kilometrów towarzyszyło mi do Wałcza, miasta, które stanowiło jeden z najmocniej umocnionych punktów oporu na Wale Pomorskim.
WAŁCZ- POMNIK WALK O WAŁ POMORSKI © MARECKY


Za Wałczem zbliżyłem się do kolejnego punktu kontrolnego, na przedmieściach Piły. Był on zlokalizowany w barze i jego znalezienie nie nastręczyło mi trudności. Dziewczyny z obsługi sprawnie napełniły mi bidony, zrobiły fotki i już mogłem jechać dalej.
PIŁA- PK ,,BAR NAD ZALEWEM'' © MARECKY

PIŁA-WITACZ NAWIĄZUJĄCY DO WALK O WAŁ POMORSKI © MARECKY


Za Piłą znajduje się Śmiłowo, wieś znana z okazałej hacjendy byłego senatora Stokłosy. Imponującej wielkości willa przyciągnęła także moją uwagę, jednak próba zrobienia fotki zakończyła się niepowodzeniem, bo mnie przegoniono :-).
Od czego jednak GOOGLE :-P

Widać już było, że dzień zbliża się nieubłaganie ku końcowi i wkrótce słońce zajdzie. A zachodziło tego dnia bardzo ładnie i kolorowo.
NAKŁO NAD NOTECIĄ-KOLOROWO ZACHODZI SŁOŃCE © MARECKY

Dla mnie jego zachód wypadł na obwodnicy Nakła nad Notecią, gdzie uzbroiłem rower w różne świecące wynalazki. Niektórzy pewnie pomyślą, że to jakaś forma paranoi, ale miałem założone 3 czerwone lampki diodowe (2xSmart Superflash + 1x zwykła 5-diodowa Cateye), 3 opaski odblaskowe na torbie i takie dwie na łydkach. Do tego z przodu dwie lampki typu bocialarka i można było myśleć, że słońce nie zaszło :-). Bezpieczeństwo ponad wszystko.
NAKŁO NAD NOTECIĄ-CUBE PRZYGOTOWANY DO JAZDY NOCNEJ © MARECKY

DZIEŃ TO CZY NOC? © MARECKY


Wkrótce dojechałem do następnego PK w miejscowości Kruszyna. Chwilę się zakręciłem, coś tam zjadłem i pojechałem dalej. Dzieki telefonowi od kibicującego i prowadzącego relację on-line DARECKIEMU,, udało'' mi się wjechać do Bydgoszczy. Połapałem się jednak, ze coś jest nie tak, bo skąd tu nagle taki ostry zjazd i ten dziwny numer drogi ,,80''. To było Osowa Góra, a ja czym prędzej robiłem ,,w tył na lewo''. Nawet jednak, jakbym nie zauważył całkiem dużego miasta, jakim jest Bydgoszcz, to szybki telefon od kibicującego i wspierającego mnie mentalnie BIODARKA zawrócił by mnie na właściwą trasę :-).

Po powrocie na właściwy azymut, DK 10 zamieniła się w S10 i przez rzęsiście oświetlone dwa węzły drogowe przeleciałem jak burza. Potem wjechałem w las, który ciągnął się aż do Torunia. Ruch na drodze ustał zupełnie, jechałem sam otoczony ścianą lasu i świecącym księżycem. Brakowało tylko wyjących wilków :-).

Zamiast zwierząt poczułem za to potężną senność, zaczęło się znane z ubiegłorocznego wyjazdu do Częstochowy falowanie rowerem na lewą stronę, a że byłem sam, to nie było co czekać tylko natychmiast zjeżdżać z trasy. Mentalnie i technicznie bylem przygotowany na nocleg pod drzewem lub w rowie, no ale skoro z lasu wyłonił się bar ze stacją benzynową :-).

Zamówiłem hamburgera i odpoczywając na krześle zasnąłem. Obudzony zostałem przez sympatyczną dziewczynę z obsługi, która nieco przestraszonym głosem stwierdziła, że ja śpię już 1,5 godziny. Jak to szybko zleciało :-). Podziękowałem, wstałem i pojechałem dalej. Przy wjeździe na obwodnicę Torunia pamiętałem, aby uważać, bo byli już tacy co śmigali ekspresówką w tym miejscu. A w Toruniu był kolejny punkt kontrolny, gdzie spotkałem kilku bikerów. Godzina była wczesna (4.50), ale wypadało już coś zjeść.
TORUŃ- PK ,,BAR BALTAZAR'' © MARECKY

Z punktu ruszyliśmy wspólnie, aby po kilku kilometrach znowu się rozproszyć. Na odcinku do Włocławka natrafiłem na trzy odcinki robót drogowych na DK 1. Były one sterowane sygnalizacją, także nie było trudności aby się wpasować i za długo nie stać. W zasadzie to w ogóle nie stałem ;-).

Przed miastem zatrzymałem się na porządne śniadanie, czyli michę żurku z tradycyjnymi dodatkami i jajecznicę z 6 jaj. Do tego moje wynalazki żelowe z torby i byłem jak nowy :-). Nawet koszmarny jakościowo wjazd do Włocławka, gdzie DK 1 jest popękana, dziurawa, pofalowana i z wystającymi studzienkami, nie wytrącił mnie z równowagi. Wszak miałem amora w moim rowerze, ale co tam musieli przeżywać sztywni szosowcy.

Na punkcie zjadłem już niewiele, uzupełniłem picie i w drogę.
WŁOCŁAWEK-PK NA STACJI BENZYNOWEJ © MARECKY

Za Włocławkiem trasa maratonu opuszczała DK 1 i wjeżdżała do miejscowości Kowal. Tam na rondzie dostrzegłem dużej postury postać na cokole. Po bliższym podjechaniu okazało się, że to nie byle kto, bo sam król Kazimierz III Wielki urodzony w tym miejscu ( ten, co zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną).
KOWAL-POMNIK KRÓLA KAZIMIERZA III WIELKIEGO © MARECKY


Kolejny punkt kontrolny zlokalizowany był w Gąbinie na stacji benzynowej.
GĄBIN-PK NA STACJI BENZYNOWEJ I SŁAWOMIR FRITZ © MARECKY


Zbliżał się dla mnie półmetek trasy, na liczniku pojawiła się cyfra 500. Upał robił się dość męczący, nieco częściej zatrzymywałem się w cieniu na odpoczynki.
POŁUDNIOWA SJESTA GDZIEŚ NA MAZOWSZU :-) © MARECKY


Wkrótce dotarłem do DK 50 popularnie zwaną ,,obwodnicą Warszawy dla Tir-ów'' :-). Na szczęście była niedziela i te kolosy grzecznie stały na przydrożnych parkingach w ilościach dość ogromnych. Nie znaczy to, że droga była zupełnie ich pozbawiona, ale jechało się dobrze. Przez Sochaczew dotarłem do kolejnego punktu kontrolnego na stacji benzynowej w Guzowie.
GUZÓW- PUNKT KONTROLNY © MARECKY


Miła pogawędka z obsługą, jedzenie arbuza i uzupełnienie płynów to czynności wykonane przez mnie + oczywiście podpisanie listy obecności :-).

Za Guzowem wjechałem do Żyrardowa, miasta w którym przeprowadza się ciekawą rewitalizację zabytkowych budynków przędzalni i tkalni dawnych zakładów lniarskich. Obecnie jest to jeden z nielicznych zachowanych zespołów urbanistycznych miasta przemysłowego XIX w. Dawne hale produkcyjne są przerabiane na lofty, centra handlowe i magazyny. Wszystko zachowuje wysoką estetykę i urodę.
ŻYRARDÓW-STYLOWY BUDYNEK POCZTY © MARECKY

ŻYRARDÓW-URZĄD MIEJSKI © MARECKY

ŻYRARDÓW-LOFTY © MARECKY

ŻYRARDÓW-KOŚCIÓŁ PW. MATKI BOŻEJ POCIESZENIA © MARECKY


Z urokliwego Żyrardowa jadę w kierunku Mszczonowa, który omijam obwodnicą. Potem zaczynają się po obu stronach drogi sady jabłoniowe-widomy znak, że zbliżamy się do Grójca-stolicy polskiego sadownictwa.W jednym z takich miejsc widzę liczną ekipę rowerzystów zażywającą popasu w cieniu jabłonek i odsypiającą trudy podróży :-).

W rowerowo brzmiącej nazwie Bikówek był zlokalizowany kolejny punkt kontrolny w zajeździe o nazwie ,,Miraż''. Patrząc na jego brzydotę i gargamelowatość, powinien się nazywać ,,sen pijanego architekta''. Mi się kojarzy z okolicami Mławy ;-).
BIKÓWEK-PK W ,,GARGAMELU'' :-) © MARECKY


W ten sposób żegnam się z DK 50 i pamiętając o zakazie orgów jazdy S7 szukam dogodnego wjazdu na drogę techniczną wiodącą obok ekspresówki. Pomaga mi w tym grupa bikerów, ale ich poszukiwania kończą się przejazdem nad S7, co kompletnie nie pasuje do rzeczywistości.

Techniczna jest wszak poprowadzona po prawej stronie w stronę Radomia, a nie po lewej :-). Szybko zawracam, im sugerując to samo i przez chwilę pomykam poboczem S7, aby na wysokości zajazdu z wiatrakiem dostrzec szukaną drogę.
GRÓJEC-DROGA TECHNICZNA WZDŁUŻ S7 © MARECKY


W międzyczasie do wiatraka dojeżdża ekipa z WTR i szuka w tym miejscu, nie, nie drogi technicznej... Szukają punktu kontrolnego! Gdy im mówię, że był przed Grójcem, to nie są delikatnie mówiąc zadowoleni ;-).

Ja tymczasem ładuję się przez barierę na pustą aleję serwisową i w drogę :-). Przebiega ona w bezpośredniej bliskości ekspresówki, także hałas jest nieprzeciętny, ale przynajmniej ruch jest kilkadziesiąt razy mniejszy. W dwóch momentach odchodzi ona od S7, ale intuicja i oznakowanie wskazują właściwy kierunek jazdy.

Wkrótce docieram do Białobrzegów, robię fotkę ciekawej betonowej konstrukcji mostu nad rzeką Pilicą i wjeżdżam do miasta.
BIAŁOBRZEGI-MOST NAD PILICĄ © MARECKY


Za Białobrzegami dalej jadę drogą techniczną z której zjeżdżam w Jedlińsku, gdy kończą się znaki drogi ekspresowej. Pozostaje kilka kilometrów do Wsoli, gdzie orgowie przygotowali punt kontrolny w hotelu, konkret jedzenie, prysznic, a nawet możliwość noclegu.
WSOLA-19.50 © MARECKY


Podpisuję listę, idę na obiado-kolację, a potem na pokoje. Dziwi mnie kolejka do prysznica, okazuje się że nie cały hotel jest zarezerwowany, ale tylko 4 pokoje. W każdym z nich kłębi się kilka osób czekających na prysznic.
Szybka i stanowcza interwencja w recepcji przynosi sukces i z kluczem do pokoju rezerwowego maszeruję do góry.

W pokoju ładowanie akumulatorów, prysznic i trzy godzinki sjesty do góry nogami :-). O 23.30 pobudka i czas w drogę. O północy opuszczam hotel i uśpioną DK 7 kieruję się do widocznego już Radomia.

Dalej

PEŁNE FOTO Z CAŁEGO WYJAZDU JEST TUTAJ.

Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
521.00 km 0.00 km teren
21:17 h 24.48 km/h:
Maks. pr.:56.00 km/h
Temperatura:33.0
Podjazdy: m

VISTULA TOUR

Sobota, 10 lipca 2010 · | Komentarze 15

Sobotnia noc (0.00) zgromadziła na Placu Dworcowym czterech śmiałków, którzy zapragnęli pojechać rowerami w Polskę. Wycieczka odbyła się pod honorowym patronatem elbląskiej PWSZ , co uczciliśmy założeniem okolicznościowych T-shirtów.
NA STARCIE: TOMEK, ROBERT, JA I ROMAN © MARECKY

Tomek towarzyszył nam do Grudziądza, gdzie odbił na zachód w kierunku Wrześni, Roman z powodu kontuzji zakończył jazdę z nami pod Żurominem i udał się do mieszkającej nieopodal rodziny. Robertowi i mnie udało się przejechać całą zaplanowaną trasę.


Na trasie do Malborka towarzyszyli nam znani elbląscy ,,night-bikerzy'' Fish i Radek, którzy w Malborku w ramach przygotowań do oblężenia zamku krzyżackiego udali się nad Nogat i tyle ich widzieliśmy :-).

Jazda w nocy miała tą niezaprzeczalna zaletę, że nie było słońca :-). Przez Sztum i Kwidzyn dotarliśmy już w słońcu do Grudziądza, odkąd w trójkę kontynuowaliśmy jazdę w kierunku Włocławka. W Radzyniu Chełmińskim przyszedł czas na śniadanie (5.00), kolejny postój zaplanowany był w Golubiu, gdzie (o 8.00) słońce grzało już tak, że należało niezwłocznie użyć balsamów do opalania.
GOLUB-DOBRZYŃ I KOLUBRYNA NA PODZAMCZU © MARECKY


W Kikole koło Lipna (na DK 10) nastąpiło oczekiwane spotkanie z grupą WTR pod przewodnictwem Rebego. Mieli oni być nam przewodnikami po ziemi włocławskiej i z zadania wywiązali się OK.
WŁOCŁAWEK - EKIPA WTR © MARECKY

Sprawnie dowieźli nas do swojego miasta (11.00), zaliczyliśmy po drodze elegancki zjazd do mostu na Wiśle i sprawdziliśmy ofertę miejscowej naleśnikarni.

Podczas konsumpcji omówiliśmy plany i zamierzenia związane z najbliższą edycją BB TOUR.

WŁOCŁAWEK-GOTYCKA KATEDRA WNIEBOWZIĘCIA NMP © MARECKY


Odcinek z Włocławka do Płocka wspominam jako najbardziej ognisty, wiem już co czuje grillowany płat karkówki :-). W Dobiegniewie pożegnaliśmy ekipę Rebego, a w Nowym Duninowie Robert i Roman poczuli nieodpartą potrzebę zanurzenia się w wodzie.
Po naszej prawej stronie był Gostynińsko-Włocławski Park Krajobrazowy z niewątpliwie urokliwymi, ale ukrytymi jeziorkami, a po lewej na wyciągnięcie ręki ogromne Jezioro Włocławskie, czyli po prostu Wisła :-). Chłopaki wybrali rzekę, chociaż nie kąpał się nikt, a aktywność na niej ograniczała się do pływania różnego sprzętu pływającego. A ja wybrałem cień dorodnych drzew :-).

NOWY DUNINÓW-MARINA NAD JEZIOREM WŁOCŁAWSKIM © MARECKY


Po tym odpoczynku i relaksie wróciliśmy nieco odnowieni na trasę i wkrótce wjeżdżaliśmy do Płocka (15.00). Panorama miasta położonego na wysokim brzegu Wisły prezentuje się okazale. Tak samo ciekawa i bogata w zabytki jest płocka starówka. Upływający czas nie pozwolił na jej staranne i dokładne obejrzenie, ale nawet te krótkie oględziny pokazują, że Płock jest miejscem wartym zainteresowania i dłuższego pobytu. Mają tam nawet ZOO :-).

PŁOCK-BAZYLIKA KATEDRALNA WNIEBOWZIĘCIA NMP © MARECKY

PŁOCK-FRAGMENT DRZWI PŁOCKICH W BAZYLICE KATEDRALNEJ © MARECKY

PŁOCK-URZĄD MIEJSKI I FONTANNA AFRODYTA © MARECKY

KATEDRA KOŚCIOŁA STAROKATOLICKIEGO MARIAWITÓW © MARECKY


Płock był też miejscem gdzie należało zjeść obiad, co też uczyniliśmy w lokalnej pizzerii. A potem hop do fontanny :-).
PŁOCK-CHŁODZENIE CIAŁA :-) © MARECKY


Na oglądanie z bliska rafinerii nie mieliśmy już ochoty, choć to tylko 5 km od miasta. Ale w dwie strony to byłoby ,,aż'' 10.

Tak więc o 17 wyjechaliśmy z Płocka obierając jedyny słuszny kierunek - na północ :-). Południowy wiatr nadawał się do tego w sam raz, tak więc szybko pojawił się Sierpc( 19.00), w którym niestety już się nie zatrzymywaliśmy, potem Bieżuń i Żuromin (21.00), od którego podróżowałem już tylko z Robertem.

Od godziny 18 słońce już nie było upierdliwe i tylko świeciło, a nie paliło :-). Mimo to zachód słońca ucieszył nas bardzo, mnie chyba szczególnie ;-).
RADOSNY ZACHÓD SŁOŃCA ;-) © MARECKY


W Lubawie byliśmy o 23 i skierowaliśmy się DK 15 do Ostródy. Ruch panował na niej dość duży, ale blachosmrody podczas całego tego wyjazdu nie dały swoim zachowaniem powodów do krytyki.

W Ostródzie (1.00) udaliśmy się nad Jezioro Drwęckie, gdzie właśnie zamykano wszystkie przybytki gastronomiczne, co postawiło Roberta przed widmem śmierci głodowej ;-). Ja przezornie wiozłem od kilkudziesięciu km kabanosy z żuromińskiej ,,Biedronki''.

Z Ostródy ostatnie 70 km to podróż DK 7, gdzie szybko znaleźliśmy otwarty bar i w czasie Roberta kolacji (śniadania?), ja zapadłem w ,,zdrowy'' sen na plastikowym krześle :-). Ponieważ Robert jest z tych, co szybko jedzą, nie pospałem sobie za długo. Już te kilka minut pomogło jednak na tyle, że ekspresowo zbliżaliśmy się do Elbląga, gdzie zameldowaliśmy się kilka minut przed godziną 4.

I tak ta słoneczna epopeja dobiegła końca. To że przy okazji pobiłem o 17 km swój rekord długości trasy w trakcie jednorazowego wyjazdu to tylko miły dodatek. Na rekordy życiowe czas przyjdzie w sierpniu ;-).

Ważniejsze jest ustalenie, że podczas 48 godzin( od piątku 6 rano do niedzieli 6 rano ) spałem łącznie 3 godziny. To pozwala spokojnie myśleć o zrobieniu trasy BB Tour w rozbiciu na 2 etapy.

Poza tym sprzęt jest dotarty i gotowy do jazdy. Pewne trudności sprawiły mi na ostatnich 100 km buty, które mam od niedawna i nie są jeszcze rozchodzone. Spowodowały one powstanie porażenia palucha i piekący ból przy pedałowaniu. Ale mam na szczęście jeszcze inne buty :-).

Poza tym zużyłem prawe całe opakowanie balsamu do opalania, krem na odparzenia też był w użyciu, a przy 11 1,5 litrowej butelce wody przestałem je liczyć :-).

Pełna fotorelacja jest TUTAJ, a szczegółowa relacja poniżej.


VISTULA TOUR

Temperatura 25 stopni o naszej tradycyjnej godzinie wyjazdu na długie dystanse, czyli o północy, wskazywała dobitnie, że nie będzie to łatwa wycieczka. Powagi sytuacji dodawał fakt, że elbląska PWSZ objęła honorowy patronat nad całą ekspedycją, a szczególnie dopingowała Romanowi. Wyraziło się to m.in. wyposażeniem nas w firmowe koszulki.

Na Placu Dworcowym zebrała się grupa czterech osób jadących w Polskę, dwóch planujących nocne odwiedziny malborskiego zamku krzyżackiego i małe grono odprowadzających do rogatek miasta. Sympatyczne, że chciało się ludziom nockę zarywać :-).

Ulica Warszawska z licznymi uskokami i dziurami wyprowadziła nas z miasta i za wiaduktem nad torem linii nadzalewowej grupa weszła na obroty. Tradycją staje się, że po godzinie jazdy wjeżdżamy do Malborka i tak też było tym razem.
O godzinie 1.05 byliśmy w Malborku, gdzie Fish i Radek skierowali się nad Nogat w okolicach zamku, a my skręciliśmy w lewo, na DK55 która miała doprowadzić nas do Grudziądza.

Za Sztumem (40 km-1.40) pojawiły się pierwsze górki, ale nikomu to nie przeszkodziło w zwolnieniu tempa jazdy, które wynosiło 29,1km/h. Wydawało mi się to grubym przegięciem w kontekście czekającej nas drogi, ale co było robić. Nie słuchali się mnie, moi koledzy szosowcy :-).
Na tym odcinku drodze minęło nas kilka TIR-ów jadących z Kwidzyna po dostawie drewna do celulozy, poza tym ruch w zasadzie był śladowy.

Przy wjeździe do Kwidzyna (73km-2.30) zrobiliśmy krótki postój na stacji ,,Lotos’’, gdzie uzupełniliśmy płyny. Potem ruszyliśmy przez miasto, zaliczyliśmy 8 rond, a na końcu, wyjeżdżając z miasta czekała nas niespodzianka – nie ma już kostki brukowej na podjeździe/zjeździe. Jest niezrównanej równości asfalt.

Dalsza droga do Grudziądza nie była specjalnie ciekawa, odcinek ten był robiony w ostatnich latach kilkakrotnie. Przed miastem zaczęło się robić jasno, bocialarki zostały wyłączone, a my mając 105 km wjechaliśmy o 4.10 do miasta. Na zjeździe na most nad Wisłą pożegnaliśmy się z Tomkiem jadącym do Wrześni, a sami rozpoczęliśmy szukanie drogi 534 w kierunku na Golub Dobrzyń.
Nie obyło się bez pewnych trudności, a konkretnie jasnego oznakowania, ale pomoc lokalnego kierowcy szybko ustawiła nas we właściwym kierunku.

Za Grudziądzem pojawiło się kilka całkiem ciekawych podjazdów, a ja szybko poczułem, że bez dobrego śniadania daleko nie ujadę. Na szczęście było już widać sylwetkę zamku w Radzyniu Chełmińskim, a wraz z nim pojawiła się nadzieja, że pod zamkiem będzie jakiś całodobowy wyszynk. Tak też było, obudziliśmy zaspanego właściciela i po chwili oczekiwania mieliśmy na stole jajecznicę, parówki, żurek, a i świeże bułki też :-). Była godzina 5 rano, a my mieliśmy za sobą 140 km i śniadanie przed sobą.

Gdy już sobie podjedliśmy to od razu w lepszych humorach się pedałowało. Prawdą jest, że głodny Polak, to zły Polak ;-).
Wkrótce przejechaliśmy obwodnicę Wąbrzeźna (155 km-6.30) i nasze rowery wtoczyły się na ziemie Pojezierza Dobrzyńskiego. Trasa w tym miejscu to typowe interwały góra-dół i tak na zmianę. Po przekroczeniu DK 15 już tylko było kilka kilometrów do Golubia-Dobrzynia, gdzie zameldowaliśmy się o 8.00 mając na licznikach 180 km.

Tutaj przygotowaliśmy nasze ciało na wzmożone działanie promieni słonecznych za pomocą balsamów i innych mazideł, był też czas na krótką sesję zdjęciową z zamkiem i kolubryną w roli głównej i telefon do Rebego z Włocławskiego Towarzystwa Rowerowego . Kilka osób z tej grupy miało być nam przewodnikami po Włocławku i okolicach. Ponieważ oni byli jeszcze we Włocławku, my ruszyliśmy dalej na południe drogą 554.

Pomimo trzycyfrowego oznakowania, asfalt na lokalnych drogach nie budził zastrzeżeń, był dobrej i bardzo dobrej jakości. Przez Zbójno i Kikół dotarliśmy do DK 10, gdzie czekała już na nas delegacja WTR. Szybko rzuciłem Rebemu, aby nie przesadzał z tempem, bo widać było, że nie przyjechali do nas niedzielni rowerzyści :-).
Na krajowej 10 ruch panował typowo wakacyjny, czyli duży, ale szerokie pobocze umożliwiało bezpieczną i szybką jazdę. Po dojechaniu do Lipna ( 220 km-9.50) skręciliśmy w prawo i na celownik wszedł już Włocławek. Po drodze byliśmy prawie naocznymi świadkami wypadku samochodowego (czołowe zderzenie), na szczęście nikt nie zginął, ale droga był zatarasowana i nawet nas nie chciano przepuścić. Wszystko przez zbiornik z gazem znajdujący się w rozbitym aucie i ryzyko eksplozji. Po sprawdzeniu tematu przez strażaków puszczono nas dalej.

Do Włocławka (245 km-11.05) wjechaliśmy bardzo fajnym zjazdem wprost do mostu na Wiśle. Most jest podobno zamknięty dla rowerów, ale od czego ma się Roberta ;-). Za mostem udaliśmy się do eleganckiej naleśnikarni, oferującej wbrew swojej nazwie szerokie menu, z pizzą, gyrosem i ryżem w karcie :-).
Omówiliśmy tam start w sierpniowym maratonie BB Tour, co nieco zjedliśmy i powoli ruszyliśmy w dalszą drogę. We Włocławku zajrzeliśmy jeszcze do zabytkowej katedry i oczywiście na tamę na Wiśle. Potężna konstrukcja, która oparła się sile tegorocznych fal powodziowych i była świadkiem tragedii księdza Popiełuszki robi wrażenie.

Po zrobieniu pamiątkowych fotek czekała nas 50 kilometrowa jazda wzdłuż Jeziora Włocławskiego powstałego w wyniku spiętrzenia Wisły przez tamę. Ekipa z WTR towarzyszyła nam do Dobiegniewa, dalej dojechała tylko jedna z lokalnych bikerek, która w Nowym Duninowie odbiła na Gostynin. Na tym odcinku najbardziej dało się odczuć palące słońce, Robert i Roman zdecydowali się nawet zanurzyć w Wiśle szukając ochłody. Ja lekko zwątpiłem, jak zobaczyłem bawarkowy kolor wody i po prostu położyłem się w cieniu wysokiej brzozy. Obserwacja tego zbiornika wodnego przyniosła takie spostrzeżenie, że jest on mocno wykorzystywany do sportów wodnych, jednak kapiących się tam ludzi nie zauważyłem.

Po ochłodzeniu się chłopaki obudzili mnie ręcznie, bo w międzyczasie oko mi opadło i na telefony nie reagowałem :-). Lekko zregenerowany wsiadłem na rower i pojechaliśmy dalej. Po drugiej stronie rzeki widać było kilka kominów, co do których pochodzenia nie było żadnych wątpliwości – to była rafineria w nieodległym już Płocku.

Wjechaliśmy do niego o 15.20 mając przejechane 300 km. Przy wjeździe minęliśmy zabytkowy spichlerz, po chwili przejechaliśmy most drogowo-kolejowy na Wiśle, zobaczyliśmy wielki napis ZOO i po skręcie w lewo zbliżyliśmy się do starówki. Miasto bardzo ładnie prezentuje się od tej strony, bo widać jak jest umiejscowione na wysokiej wiślanej skarpie.
Na starówce pozycja obowiązkowa to katedra z grobami królów Polski, których nam jednak nie udało się odnaleźć. Warto też zaczepić wzrokiem Drzwi Płockie odlane z brązu.
Potem nadszedł czas na wizytę w nieodległym od katedry punkcie widokowym, analizę widoku doliny Wisły i w końcu odwiedziny w lokalnej pizzerii, bo pora na obiad była idealna. Podczas czekania na jedzonko, ja ruszyłem na objazd starówki, o której sporo dobrego słyszałem.
I faktycznie, prezentuje się ona okazale, większość kamienic jest w dobrym i bardzo dobrym stanie. Dostrzegłem też dwie nowe fontanny, odnowiony Urząd Miejski, budynki sądów i stojącą nieco na uboczu tajemniczą katedrę mariawitów.

Jak wróciłem z tego krótkiego rekonesansu to pizza właśnie dymiła na stole. Po obiadku sprawdziliśmy jeszcze temperaturę wody w jednej z fontann – była doskonała – i nie bacząc na wszechobecny monitoring , używaliśmy sobie jak dzieci :-).

Myślałem jeszcze o podjechaniu do rafinerii, ale drogowskaz wskazujący 5 km w jedną stronę odwiódł mnie od tego pomysłu. Wszak to byłoby 10 km w obie ;-).

Wyjeżdżając z Płocka dochodziła godzina 17, wiadome było już, że w Elblągu będziemy nad ranem, a może i rano. Wiatr wiejący z kierunków południowych był nam teraz sprzymierzeńcem, ale zmęczenie słoneczne nie pozwalało nam w pełni go wykorzystać.

Dalszy kierunek jazdy skierował nas na Sierpc, gdzie już się nie zatrzymywaliśmy . Tam wjechaliśmy na drogę 541, która bardzo dobrym asfaltem doprowadziła nas aż do Lubawy. Wcześniej był jeszcze Bieżuń (20.00-360 km), przed którym tablica z nazwą Zamość Nowy nieco nas zmyliła ;-). Za Bieżuniem opuścił nas Roman, który z powodu bólu stóp spowodowanego kłopotami z butami zjechał do rodzinki.

W Żurominie (20.30-375km) zatrzymaliśmy się przy lokalnej ,,Biedronce’’, po raz kolejny zakupiłem picie i małe co nieco na kolację. Dalsza droga to spokojne pedałowanie na pustej szosie i w promieniach zachodzącego słońca. Nie przypominam sobie, aby w przeszłości tak mnie ucieszył zachód słońca :-). Wszystko jest względne, jak widać ;-).

Od Lidzbarka jechaliśmy już trasą znaną z majowego maratonu do Gruduska. Przejazd przez Welski Park Krajobrazowy był bardzo miłym doznaniem, pomimo panujących już ciemności. Ściana lasu, snop światła z naszych latarek i odgłosy leśnej zwierzyny pozwalały pracować wyobraźni.

W Lubawie (23.30-425 km) z powodu robót drogowych nieco nadłożyliśmy drogi, ale w końcu wjechaliśmy na DK15 w kierunku Ostródy. Tutaj już trzeba było uważać, ruch był dość duży i dynamiczny. Droga ta ma też pobocze, także miejsca dla nas starczało.

Przed godziną 1 wjechaliśmy do Ostródy (450 km), a Robert postanowił zjeść kolację. W okolicach centrum przy Jeziorze Drwęckim byliśmy dokładnie o 1.05 i zobaczyliśmy zamykane właśnie bary i inne lokale czynne do godziny 1.00. Widmo śmierci głodowej zajrzało w oczy Robertowi, bo otwarta pozostała jedynie jakaś dyskoteka :-). Ja byłem w nieco lepszej sytuacji, bo od Żuromina wiozłem biedronkowe kabanosy.

Do sprawdzenia pozostały bary przy DK 7, na której rozpoczęliśmy ostatni etap naszej jazdy. Do Elbląga pozostawało 70 km, a my znaleźliśmy otwarty bar i podczas gdy Robert zamawiał podwójną kaszankę, mi głowa opadła na plastikowe krzesło i w tej komfortowej pozycji nieco pospałem ;-).

Zdecydowanie za szybko poszła mu ta kolacja i trzeba było zaraz wstawać. Droga do Elbląga to klasyczny powrót koni do stajni ze świeżym sianem :-). Jechaliśmy tak szybko, jakby wycieczka dopiero się zaczynała. Po drodze mogliśmy podziwiać drugi podczas jazdy wschód słońca. Ruch na drodze był skromny, jechało się spokojnie.

Nieprzyjemny incydent miał miejsce za wiaduktem kolejowym w Bogaczewie, gdzie moja opona złapała nieco piachu i o mały włos nie przeleciałem nad barierą energochłonną. Ratując się postawiłem rower w poprzek i dobrze, że Robert jechał w pewnej odległości za mną, bo byśmy się zderzyli.

O godzinie 4.03 przejechaliśmy węzeł Wschód i minęliśmy tablicę ,,Elbląg’’. Słoneczna epopeja dobiegła końca, a moja radość, satysfakcja i zmęczenie były ogromne :-).

Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
421.00 km 0.00 km teren
16:10 h 26.04 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:

GRUDUSK, czyli do cioci na herbatę :-)

Sobota, 22 maja 2010 · | Komentarze 23

Pierwszy z tegorocznych supermaratonów prowadził z Elbląga do Gruduska k. Mławy. W wycieczce na całej trasie wziął udział niezawodny Robert, a od Miłomłyna do Iławy towarzyszył nam dodatkowo ROMAN.
Celem wyprawy było odwiedzenie cioci, przetestowanie sprzętu i siebie w kontekście czekających wyzwań ;-).

Trasa: ELBLĄG-MAŁDYTY-OSTRÓDA-OLSZTYNEK-JEDWABNO-WIELBARK-CHORZELE-GRUDUSK-MŁAWA-DZIAŁDOWO-LIDZBARK-LUBAWA-IŁAWA-DZIERZGOŃ-GRONOWO ELBLĄSKIE-ELBLĄG



Z Elbląga wyjechaliśmy o 4 rano, w domu byliśmy o 2 w nocy. Do Gruduska towarzyszył nam pięknie wiejący w plecy wiatr, co skutkowało tym, że 215 km jechałem na blacie 53z. Nawet 2,5km podjazd w okolicach Rychnowa na DK 7 :-O. Średnia w Grudusku wynosiła 29,04 km/h, no, ale było wiadome, że w Elblągu taka nie będzie ;-).

W drodze powrotnej do Działdowa, zgodnie z przewidywaniami mieliśmy ,,w mordewind'', ale to co nastąpiło potem nie ma precedensu w ciągu wielu lat mojego pedałowania. Wiatr zmienił się na wschodni i znowu dawał w plecy :-). Po zmianie kierunku jazdy na północny już wiał bocznie, no, ale to nie to samo co w twarz.

Jedynym minusem tak wiejącego wiatru był fakt przygonienia na nas deszczowej chmury, ale 20 minut postoju pod daszkiem szkoły w Kiełpinach przydało się wszystkim ;-).

Po zapadnięciu zmroku, co nastąpiło w Iławie wiatr uciszył się i był spokój, i rozgwieżdżone niebo.

Za Dzierzgoniem wjechaliśmy na Żuławy, gdzie zrobiło się dość zimno, pojawiła się mgła i momentami dziurawy asfalt. Ja jadąc na oponach 35mm jakoś dawałem radę, ale Robert na 23mm musiał mocno zredukować tempo.

Ostatni odcinek z Jegłownika to dopiero był sprint. Jak konie, co na widok stajni i siana się ożywiają , tak my z 30 km/h nie schodziliśmy :-).

Ogólnie wyjazd bardzo udany, udzielił mi odpowiedzi na kilka nurtujących pytań, pozwolił zobaczyć ciekawe miejsca w doborowym towarzystwie. Dziękuję Panowie za wspólne pedałowanie :-).

Kilka fotek poniżej, pełna fotorelacja z opisem TUTAJ.



STARTUJEMY © MARECKY

W POŁOWIE TRASY © MARECKY

GRUDUSK-KOŚCIÓŁ św. APOSTOŁÓW PIOTRA i PAWŁA © MARECKY

MŁAWA-KOŚCIÓŁ ŚW. TRÓJCY © MARECKY

MŁAWA-MARGARITA W PIZZERII JOKER :-) © MARECKY

DZIAŁDOWO-FONTANNA, W TLE MIEJSCOWY RATUSZ Z USC © MARECKY

DZIAŁDOWO- 7 KONDYGNACYJNA WIEŻA CIŚNIEŃ © MARECKY

ŻUŁAWY- NA MOSTKU W BRUDZĘDACH © MARECKY

ROBERT NA MOSTKU W BRUDZĘDACH © MARECKY
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
192.00 km 120.00 km teren
09:40 h 19.86 km/h:
Maks. pr.:60.00 km/h
Temperatura:4.0
Podjazdy: m

ERnO HARPAGAN 38-REDA

Sobota, 17 października 2009 · | Komentarze 2

Było EKSTREMALNIE! Pełna fotorelacja z opisem TUTAJ.

Mój czwarty Harpagan, a trzeci w charakterze turysty i obserwatora zakończył się mało turystycznym trzygodzinnym opadem deszczu i błotem po osie :-). Ale po kolei.

Reda przywitała nas lekkim mrozem i bezchmurnym niebem. Chłopaki się zarejestrowali, pogadaliśmy ze znajomymi i już trzeba było wyjść z ciepłej szkoły na zimny dwór. Miejscem startu był elegancki stadion miejski w Redzie, na którym profesjonalne oświetlenie rozjaśniało mroki nocy.






Po pobraniu map ruszyłem wraz z DARECKIM , REMIGIUSZEM, Romanem i Marcinem DK 6 do Rumi.

Omijając korek spowodowany robotami drogowymi jechaliśmy kawałek chodnikiem i podczas zeskoku z wysokiego krawężnika mocowanie torby na kierownicę Dareckiego nie wytrzymało przeciążenia i wzięło sobie pękło. Jak ono mogło tak zrobić :-(.
Szybkie przepakowanie, dętka do mojej kieszeni, napój do Marcina, reszta na plecy Darka, a torba na zieloną trawkę pod stacją NESTE :-). Plusem tej sytuacji było radykalne (dobre 700 g) odchudzenie KTM-a :-).


Po zjeździe z asfaltu od razu w górę do TPK. A tam góra, dół, góra, dół czyli harpaganowy standard. No i ciepło się zrobiło :-). W ogóle podczas tej edycji było sporo pchania roweru i to nie tylko przez powalone drzewa, ale i piachy, błoto i rozlewiska.


A o wjazdo-wejściu na Jelenią Górę to nie chce mi się pisać. Nawet 18% nachylenia pokazywał momentami altimetr Remka :-0.


W niektórych miejscach było bardzo ślisko, a już w ogóle fajne ,,drifty'' wychodziły na oszronionej trawie :-).


Zaliczyłem też wejście butem w wodną koleinę i jedną lekką glebę.
Kilka punktów było umieszczonych na szczytach wzniesień przy wieżach widokowych. Rozciągały się z nich ładne widoki. Ale do czasu.




Po południu pogoda zaczęła się psuć, a przed 16 zaczął padać deszcz. I raz mocniej, raz słabiej padał już do 18.35 kiedy to z 5 minutowym opóźnieniem pojawiliśmy się na mecie.


Po drodze zaliczyliśmy zjazd od górnego zbiornika elektrowni szczytowo-pompowej w Gniewinie do Czymanowa. Szkoda że było już mokro bo 60km/h to trochę mało jak na taką górkę. O tych okolicach więcej TUTAJ.


Potem zagłębiliśmy się w poszukiwaniu kolejnego punktu kontrolnego w lasy Puszczy Darżlubskiej.


Zapadające leśne ciemności i wszechobecne błoto sprawiły, że ta edycja Harpa była dla mnie bez wątpienia najtrudniejsza. Drętwiejące ręce i mokre buty nie poprawiały samopoczucia. Niedoczasu, który spowodowany był błądzeniem w lesie, nie poprawił sprint, który wykonaliśmy na DK6 z Wejherowa do Redy. 5 minut spóźnienia oznaczało,ze chłopakom zabrano 5 pkt przeliczeniowych.

Dzięki za wspólną jazdę i moc niesamowitych wrażeń :-).

Dane wyjazdu:
503.00 km 0.00 km teren
19:41 h 25.55 km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m

WYCIECZKA ROKU-CZĘSTOCHOWA TOUR

Sobota, 25 lipca 2009 · | Komentarze 13

Druga próba zdobycia Częstochowy zakończyła się wspaniale :-). Nic nie stanęło tym razem na przeszkodzie, aby w całości i bez większych problemów przejechać założoną trasę.
FOTKI STATYSTYCZNE:
CZAS PRZEJAZDU © MARECKY

DYSTANS © MARECKY


TRASA:ELBLĄG-MALBORK-KWIDZYN-GRUDZIĄDZ-STOLNO-TORUŃ-RADZIEJÓW-SOMPOLNO-LICHEŃ-KONIN-TUREK-WARTA-SIERADZ-SZCZERCÓW-NOWA BRZEŹNICA-CZĘSTOCHOWA

Wraz ze mną w sobotę o północy z Elbląga wyruszyli elbląski biker Robert oraz gość z Gdańska, Tomek, znany społeczności Bikestats bardziej jako FLASH.
CZĘSTOCHOWA TOUR-START! © MARECKY

Od Torunia towarzyszył nam jeszcze elblążanin Roman, który dojechał z nami do Częstochowy i torunianin Darek, który towarzyszył nam od rogatek Torunia (Łysomice) i pomógł nam sprawnie przejechać przez miasto aż do Radziejowa na Kujawach :-).Dzięki!
CZĘSTOCHOWA TOUR-NA KUJAWACH © MARECKY


Następnego dnia o poranku na rower miał ochotę tylko Flash :-)
CZĘSTOCHOWA TOUR-IDZIEMY(NO, PRAWIE) © MARECKY

Udało się jednak wejść na jasnogórską wieżę
CZĘSTOCHOWA TOUR-JESTEM na WIEŻY © MARECKY

Potem był czas na lody i kremówki papieskie w wersji częstochowskiej. Chociaż podobno według receptury wadowickiej ;-).
CZĘSTOCHOWA TOUR- KREMÓWKI :-) © MARECKY

Na koniec pobytu fotka dokumentująca, że nie była to piesza pielgrzymka ;-).
CZĘSTOCHOWA TOUR-ŻEGNAMY JASNĄ GÓRĘ © MARECKY

Potem czekała nas jazda przygodowa PKP do Warszawy. Przygody zaczęły się w Koluszkach, gdzie po 10 minutowym, nieplanowanym postoju stało się jasne,że ekspres z Warszawy do Malborka będzie jedynie wspomnieniem. W ten sposób pojawiła się 3 godzinna przerwa, którą wykorzystaliśmy z Robertem na mały objazd centrum stolicy.

Pełna fotorelacja z opisem jest TUTAJ, a poniżej coś dla lubiących czytać :-).

RELACJA

Osoba postronna, która zajrzałaby w piątek, 24 lipca na elbląski Plac Dworcowy zdziwiłaby się zapewne, że przed północą jest na nim tylu rowerzystów.

Jedna grupa pracowicie ładowała rowery na przyczepkę, aby w ten wygodny sposób zawieść je do Częstochowy na 10 dniowy podbój Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

Było też trzech bikerów, którzy ze spokojem przyglądali się temu wszystkiemu. Oni bowiem zaplanowali dojazd do Częstochowy … rowerami w ciągu jednego dnia :-).
Poza mną zmierzyć się z niebagatelnym dystansem 480 km zamierzał elblążanin Robert oraz gość z Gdańska – Tomek, znany też jako Flash.

Punktualnie o godzinie 0.00 żegnani przez pozostałych rowerzystów wyjechaliśmy z Placu Dworcowego w towarzystwie Darka Korsaka, który dokumentował nasz wyjazd na potrzeby elbląskiej strony internetowej ESR www.bikerelblag.hg.pl . Ulicami Grunwaldzką i Warszawską skierowaliśmy się w kierunku Malborka. Na rogatkach miasta do domu zawrócił Darecki, a my kontynuowaliśmy jazdę.

Droga w kierunku Malborka była pusta, większe natężenie ruchu było w kierunku Elbląga. Pierwsze 30 km jechaliśmy pod wiatr, co nie przeszkodziło w uzyskaniu wysokiej prędkości średniej 29.2 km/h w Malborku, gdzie byliśmy o godzinie 1.10.
Tutaj po skręcie w lewo, na Kwidzyn, wiatr zrobił się boczny, tak więc nie miał on większego znaczenia.

Dojeżdżając do Sztumu, przypomniałem sobie pierwszą próbę jazdy do Częstochowy w czerwcu, kiedy to od Malborka jechaliśmy w deszczu i cała wycieczka zakończyła się właśnie w Sztumie. Teraz taka ewentualność nie wchodziła w grę, bowiem nad naszymi głowami widać było cudownie rozgwieżdżone niebo z Małym i Wielkim Wozem na czele. Za Sztumem pojawiło się kilka podjazdów, czyli były też zjazdy. Niezapomniane wrażenia daje szybki zjazd w świetle lamp rowerowych, kiedy dookoła jest ciemno.

Na wjeździe do Kwidzyna (2.40-73km) zajechaliśmy na stację benzynową, aby Flash mógł zrobić małe zakupy. Na ścianie wisiała ogromna mapa drogowa Polski. Zobaczyliśmy dokładnie, ile jeszcze kilometrów przed nami :-). Na pierwszym podjeździe w mieście spadło na nas kilka kropel wody. Koszmary powróciły! Na szczęście deszcz równie nagle jak zaczął, tak też szybko się skończył. Przejazd przez miasto rond, jakim jest Kwidzyn trwał kilka minut i po chwili wyjeżdżaliśmy z miasta kierując się na Grudziądz.

Dwa kilometry za Gardeją Flash zgłosił przebitą dętkę w tylnym kole. Standard. Zatrzymaliśmy się w pięknie oświetlonym miejscu, jakim był przejazd kolejowy i do roboty. Powiało grozą, gdy okazało się ze w swoim ostrym kole Flash ma nietypowy zacisk piasty. Potrzeby był dziwny klucz imbusowy. Na szczęście miał go :-). Nie miał za to dętki, także kleiliśmy przebitą. Potem już tylko pompowanie i do przodu.

O godzinie 4.30 (108km) byliśmy w Grudziądzu i wykorzystując obwodnicę ominęliśmy znaczną część centrum. W okolicach tego miasta dało się zaobserwować wzmożony ruch samochodów dostawczych,, Biedronki’’. Zapomniałem też dodać, że ciemności już ustąpiły i przez chmury przebijały pierwsze promyki słońca.
Za Grudziądzem droga prowadziła Pojezierzem Chełmińskim i miała urozmaicony charakter. Było trochę podjazdów i meczących odcinków długich prostych, za to wiatr był w dalszym ciągu neutralny. Przejechaliśmy też obok budowy kolejnego odcinka autostrady A1. Szeroka będzie ;-).

Wkrótce nadszedł czas pożegnać się z drogą ,,55’’, którą jechaliśmy od Malborka. Na całej swojej długości ma ona dobrej i bardzo dobrej jakości asfalt, którym świetnie się jechało. Wyjątkiem jest podjazd wyjazdowy z Kwidzyna, zbudowany z kostki brukowej. Na szczęście krótki.
W Stolnie (6.00-137 km) wjechaliśmy na krajową ,,1’’, aby pokonać nią 40 km dzielących nas od Torunia. Zanim to nastąpiło, zatrzymaliśmy się na oficjalne śniadanie w przydrożnym zajeździe. Chłopaki co nieco zamówili, ja zjadłem przygotowane kanapki (smakowały jak nigdy:-).

W międzyczasie nawiązałem kontakt z Darkiem z Torunia, który miał nas przeprowadzić przez miasto i czekał na jego rogatkach. A za mostem na Wiśle w Toruniu czekać miał na nas Roman, który planował pojechać z nami do Częstochowy.
Jazda ,,1’’ okazała się trudna nie tylko z powodu ruchu (naprawdę duży był w kierunku na Gdańsk), ale złej jakości pobocza. Miało ono frezowane koleiny po tirach i momentami trzeba było jechać głównym pasem ruchu. Gdzieniegdzie były też kałuże. Był to jednak w sumie dość krótki odcinek, po 1,5 godzinie wjeżdżaliśmy już do Torunia (180 km) prowadzeni od Łysomic przez niezawodnego Biodarka. Punktualnie o godzinie 8.00 przekroczyliśmy Wisłę i zobaczyliśmy Romana czekającego na nas na przystanku autobusowym.

Po krótkim odpoczynku skierowaliśmy się na drogę ,,15’’z której wkrótce zjechaliśmy kierowani przez lokalnego znawcę kujawskich dróg – Biodarka :-). Poprowadził on nas sobie znanymi skrótami, aż dojechaliśmy do drogi ,, 266’’, którą mieliśmy dojechać w okolice Lichenia.
W Radziejowie (10.30-226 km) nasz toruński przewodnik zawrócił do Torunia via Inowrocław.

Mnie zaś wkrótce dopadł kryzys (tęsknota za Darkiem ;-), który trwał między 230-250km. Ciężko się wtedy jechało, nogi wyraźnie nie podawały. Nie wiem do dzisiaj, co spowodowało tą niemoc. Dłuższa przerwa i zwiedzanie w Licheniu pozwoliło odzyskać siły i potem było już OK. Wcześniej jednak było Sompolno (12.00-255 km), za którym skręciliśmy na Licheń.

Kopuła bazyliki była widoczna długo przed miasteczkiem. Wśród pól i łąk wyglądała nieco surrealistycznie. Z potęgą tej budowli przyszło nam się zmierzyć po wjechaniu do Lichenia (13.00-275 km). Pobliskie budynki są całkowicie zdominowane przez tą ogromną konstrukcję. W otoczeniu bazyliki, jak i w jej środku znajdowało się bardzo dużo osób. Ogromny parking wypełniony był autokarami z całego kraju, jak i zagranicy. W środku panował rozgardiasz i hałas. Trudno było o skupienie. Sama świątynia sprawia wrażenie mało przytulnej, jest bardzo duża i jasna. Człowiek czuje się mały jak mrówka. Po zrobieniu kliku fotek zabraliśmy się stąd i skierowaliśmy się do nieodległego Konina. Po drodze odkleiło mi się mocowanie licznika, tak więc w użyciu była niezawodna w takich momentach taśma izolacyjna :-).

W Koninie byliśmy o 15.00-291 km i zajechaliśmy szukając sklepu w okolice rynku. Stał tam ładny pomnik konia i zabytkowa studnia, które posłużyły za tło do zdjęć. Oczywiście o zakupach nie zapomnieliśmy. W międzyczasie znowu trochę popadało, ale to był typowy przelotniak. Zresztą tutaj już nikt by nie zawrócił przez jakiś deszcz :-).

Za Koninem przejechaliśmy nad autostradą A2 (tam to był ruch) i zaczęliśmy szukać miejsca na obiad. Nie uwzględniliśmy jednak faktu, że jest sobotnie popołudnie i lokale są wynajęte na wesela. Odbiliśmy się chyba od 7 różnych barów, knajp i zajazdów. Dopiero w Turku (16.30-331 km) znaleźliśmy bar, gotowy nakarmić głodnych bikerów z północy ;-).

Zjedliśmy dużo i dobrze, a do tego za małe pieniądze, tak więc byliśmy zadowoleni. O 17 wyjechaliśmy z gościnnego Turka i wspomagani lekkim wiatrem ruszyliśmy dalej na południe. Droga ,,83’’ wiodła wzdłuż urokliwego brzegu Jeziora Jeziorsko na Warcie. Niestety, czasu na kąpiel nie było, a szkoda. Zrobiłem za to kilka fotek.

Do Sieradza dojechaliśmy o godzinie 19.30, mając w nogach przejechane 394 km. Na skutek błędu w oznakowaniu przez chwilę jechaliśmy w niewłaściwym kierunku, jednak błąd został szybko skorygowany. Dwóch motocyklistów udzieliło nam informacji kierunkowych, włącznie ze szczegółowym opisem jakości asfaltów aż do Częstochowy. Informacje były dobre, drogi, którymi przyszło nam się poruszać w ostatniej części trasy były po remontach.

Za Sieradzem pierwszy raz w życiu wypiłem Red Bulla, aby powstrzymać ogarniającą senność. Efekt był naprawdę piorunujący, ale tylko przez około 2 godziny. Powtórka już nie była tak efektywna :-).

Kolejną miejscowością przejazdu był Szczerców, miejsce słynące z odkrywkowej kopalni węgla brunatnego i nieodległej elektrowni w Bełchatowie. Niestety byliśmy tam około godziny 22.00 (440 km), tak więc było znowu ciemno i fotek nie dało się już robić. Chociaż w ciemnościach też efektownie wyglądały kominy elektrowni oświetlone mrugającymi czerwonymi lampami i ogromna, oświetlona koparka na tle czarnego nieba. Przejechaliśmy pod pracującymi, niemiłosiernie hałasującymi taśmociągami i ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy, że jedziemy piękną, szeroką drogą z poboczem. Ruch na niej był mały, tak więc jechało się wyśmienicie. Nasza czwórka od pewnego czasu podzieliła się na dwie dwójki: Tomek z Robertem i ja z Romanem.

Gdy dojechaliśmy do Nowej Brzeźnicy (23.30-470 km) jasne było, że rozpoczyna się ostatni akord naszego maratonu. Należało się tylko skupić na skrzyżowaniach, aby nie popełnić żadnego błędu nawigacyjnego i droga do Częstochowy była prosta.

Dla mnie głównym problemem ostatnich 30 km była wszechogarniająca senność. Dwa razy miałem ochotę jechać ,,po angielsku’’ i czujne uwagi Romana sprowadzały mnie na właściwy pas ruchu :-). Dobrze, że ruch samochodów był naprawdę znikomy.

Kilka minut przez godziną 1 w nocy minęliśmy tablicę z napisem ,,CZĘSTOCHOWA’’ i to co ponad 24 godziny temu było tylko marzeniem stało się faktem :-). Byliśmy na miejscu. Pozostawało wjechać do uśpionego miasta i udać się do hotelu na zasłużony odpoczynek. Droga prowadziła z górki, także po chwili byliśmy już w centrum. Chłopaki zrobili zakupy na stacji benzynowej i skierowaliśmy się do hotelu. Szybkie pobranie kluczy, załatwienie formalności i do łóżek. Oczywiście, nikt nie zapomniał o wymarzonym prysznicu ;-).

Dziękuję w tym miejscu wszystkim uczestnikom wspólnej jazdy, szczególne gratulacje dla pielgrzymów, którzy jechali ze mną z Elbląga ;-).

Pozdrawiam.
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
241.00 km 0.00 km teren
10:30 h 22.95 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
Podjazdy: m

KLASYK KŁODZKI

Sobota, 9 sierpnia 2008 · | Komentarze 1

Maraton szosowy po drogach Kotliny Kłodzkiej. Na starcie w Zieleńcu prawie 400 osób wybierających się na jedną z trzech tras: mini, mega i giga.Na którą ja się porwałem to widać po kilometrówce ;-). Wyjazd oczywiście czysto rekreacyjny, bez ambicji sportowych. Po prostu turystyka w pięknych górach.

FOTOGALERIA (z opisem)

RELACJA


Po pięciu latach ponownie zawitałem w piękne góry Kotliny Kłodzkiej, tym razem aby wziąć udział w maratonie szosowym ,,Klasyk Kłodzki’’. Z opisu trasy na dystansie GIGA wynikało, że jej część będzie mi znana; reszta pozostawała jednak nieodkrytą tajemnicą.

Korzystając z uprzejmości zmotoryzowanych kolegów (początkowo Andrzeja z Elbląga, ostatecznie jednak pojechaliśmy samochodem Andrzeja z Fromborka), zawiozłem siebie i sprzęt do samego Zieleńca. Wielkie dzięki raz jeszcze :-). Po drodze kupiłem we Wrocławiu kask, bo swojego zapomniałem z domu :-).

W dniu zawodów powitała nas gęsta mgła z której mogło wyjść słońce, albo coś całkiem przeciwnego. Jak to w górach często bywa, ujrzeliśmy w końcu nisko zawieszone chmury, z których w momencie mojego startu o 8.27 nie padało, ale startujący później nie mieli tak dobrze.



Po starcie mojej ośmioosobowej grupy ulokowałem się w połowie stawki i obserwowałem sytuację. Początkowe kilometry z Zieleńca to szybka jazda w dół, momentami w okolicach 70-80 km/h. Ja najszybciej jechałem 67 km/h i jak się okazało później, była to największa moja prędkość w tym dniu. Myślałem też, że uda mi się dogonić Andrzeja z Fromborka, który wystartował jedynie 3 minuty przede mną. O naiwności :-).

W okolicach Młotów zaczęło najpierw kropić, później padać i tak przez następne kilometry wyglądała nasza jazda. Ponieważ dobry asfalt się skończył, to zjazdy były pokonywane z dużą ostrożnością, co pozwoliło mi dojść grupę bikerów na szosówkach (przydał się amor w moim uszosowionym na tą okazję góralu ;-)). Po chwili zaczęła się wspinaczka na pierwszą tego dnia przełęcz o wdzięcznej nazwie Spalona (20 km). Tego dnia powinna raczej nazywać się Zalana :-). Zjazd z przełęczy w strugach deszczu był nowym doznaniem w mojej 14-letniej rowerowej przygodzie (jechałem na slikach 26x1,0). Wymiatacze pędzili pewnie dobrze ponad 50 km/h, ja jednak ograniczyłem się do spokojnych 30-35 km/h. Tam też poznałem bikera Rebe z Włocławka - twardego człowieka, którego dopiero trzecie podejście do Klasyka Kłodzkiego zakończyło się pełnym sukcesem. To z pewnością wina jego numeru startowego -13 :-). I to sam o nią prosił !

Pewnie byśmy przejechali razem trochę kilometrów, ale niestety na przeszkodzie stanął kawał jakiegoś drutu lub blachy, który przebił mi dętkę w przedniej oponie. Nie zdążyłem dobrze wyhamować, a za mną pojawił się samochód serwisowy z którego wyskoczyło dwóch mechaników i na oczach zdziwionego Mareckiego wymienili mi uszkodzoną dętkę :-). Poczułem się jak co najmniej na Tour de Pologne. Wszystko trwało 2-3 minuty i już mogłem jechać dalej. Po prostu szok!!! Działo się to w okolicach Niemojowa (35 km).



Kontynuowałem swoją jazdę w kierunku pierwszego bufetu w Domaszkowie, na którym pobrałem tylko Powerada i pojechałem dalej. W międzyczasie dogonił mnie Andrzej z Elbląga, który wraz ze swoją grupą jechał w stylu superekspresów japońskich. Zdążyłem tylko powiedzieć do niego dwa zdania-drugiego myślę,że już nie słyszał :-). Deszcz, który trochę przestał padać, powrócił z nową siłą i lało na całego. W tych pięknych okolicznościach przyrody na wjeździe do Długopola Zdrój (56 km) poczułem podejrzaną miękkość z tyłu. Oczywiście nie mogłem się mylić – miałem przebitą dętkę w tylnym kole. Na samochód serwisowy tym razem nie było co liczyć, gdyż wyprzedził mnie dość dawno i pewnie znajdował się daleko z przodu.
Rad nierad sam wziąłem się do pracy. Wymiana dętki poszła gładko, problemy były z napompowaniem jej na poziom 8,5 atmosfery. Pompka ślizgała się w ręku, koło uciekało i ogólnie było ciężko. Wpakowałem powietrza ile się dało i pojechałem dalej z mocnym postanowieniem szukania w Bystrzycy Kłodzkiej (61 km) stacji benzynowej z kompresorem. Znalazłem warsztat wulkanizacyjny, gdzie uzupełniłem ciśnienie i czym prędzej ruszyłem z powrotem na trasę kierując się na przełęcz Puchaczówka. Cała ta operacja kosztowała mnie dodatkowe 5 km i mnóstwo czasu. Poza tym po przejechanych 60 km byłem już bez żadnej dętki – kolejnym razem wezmę drewniane koła ;-).

Podjazd na Puchaczówkę nie należał do stromych, ale był długi - w granicach 10 km. Deszcz w międzyczasie przestał padać, ale o słońcu nie było jeszcze mowy. Dość powiedzieć, że z samej przełęczy nie było widać wieży telewizyjnej na Czarnej Górze, a to raptem 300 m w górę. Po drodze wyprzedziłem sporo bikerów, niektórzy z nich sprawiali wrażenie, że mają już dość. Na samej przełęczy nie zatrzymywałem się, bo nie było co podziwiać, chyba że chmury wiszące 100 metrów nad ziemią. Zjazd z przełęczy był mi dobrze znany z poprzedniego wyjazdu, niestety zły stan asfaltu oraz rozsypany gdzieniegdzie żużel (?!?) uniemożliwiły szybki zjazd. No, ale grunt że było z górki :-). W szybkim tempie minąłem Stronie Śląskie (87 km) i wjechałem do Lądka Zdroju (96 km) . W tym drugim zatrzymałem się na chwilę przy schronisku PTSM ,,Skalniak’’ w którym mieszkałem podczas poprzedniej eksploracji Kotliny i wjechałem do centrum w celu uzupełnienia zapasów.

Za Lądkiem skierowałem się w kierunku Złotego Stoku, do którego droga wiodła przez Przełęcz Jaworową. Także ten podjazd był mi znany, dlatego jego pokonanie nie było trudne. Po drodze minąłem obelisk poświecony kierowcy rajdowemu Marianowi Bublewiczowi, który zginął w wypadku podczas zimowego Rajdu Dolnośląskiego. Na szczycie przełęczy był punkt kontrolny a potem dość dobrej jakości asfalt na zjeździe umożliwił szybki zjazd do Złotego Stoku (118 km).

W Złotym Stoku nastąpiła zmiana kierunku jazdy na zachodni i pojawił się długi odcinek bez lasu. Dał się odczuć przeciwny wiatr, dzięki któremu jednak w końcu zaczęło świecić słońce. Wkrótce dojechałem do Laskówki i to był znak, że czas zmierzyć się z kolejną dzisiaj przełęczą – Łaszczową (138 km).

Na tym podjedzie miałem ogromny kryzys, podczas którego zacząłem myśleć o zmianie trasy z GIGA na MEGA. Mam wrażenie że był to bardzie kryzys mentalny niż fizyczny - świadomość, że jadę bez dętek była dla mnie bardzo dokuczliwa. Każdy kolejny kapeć oznaczał przecież czasochłonne klejenie. Ponieważ jednak na szczycie przełęczy był zlokalizowany drugi bufet, pomyślałem sobie, że ostateczną decyzję podejmę na górze. Po wdrapaniu się na szczyt moim oczom ukazał się samochód serwisowy. Spytałem się chłopaków, czy mogą mi skleić jedną z pozostałych dętek. Tego typu usługi nie świadczyli, ale mieli na składzie dętkę akurat w moim rozmiarze. Kupiłem ją i po dobrych 15 minutach postoju, podczas którego podjadłem sobie i popiłem, ruszyłem w dół, do Kłodzka (150 km).

Zjazd do Kłodzka był w fatalnym stanie, najgorszy podczas całego Klasyka. Miejscami leżał luźny asfalt wymieszany z kamieniami. Mój rower miał amortyzator, co dawało nieco wytchnienia nadgarstkom, ale co tu musieli przeżywać szosowcy.
Oczywiście na rozjeździe tras MEGA/GIGA nie miałem już wątpliwości w którą stronę jechać ;-). Zatrzymałem się tylko zrobić kilka fotek panoramy Kłodzka i już po chwili wyjeżdżałem z miasta kierując się na północ.

Na celowniku były teraz dwie przełęcze - Wilcza i Srebrna. O tej pierwsze słyszałem przed startem opinie - lajtowa, niezauważalna, łyka się na blacie :-). Podjazd może i okazał się krótki, ale niezwykle upierdliwy. Droga na przełęcz prowadziła bowiem nie serpentynami, ale długimi odcinkami prostych, które przy prędkości 13-15 km/h wydawały się nie mieć końca :-). Ale przynajmniej asfalt był OK. Podjazd ten się w końcu skończył (168km) i można było się rozpędzić.

Po chwili jednak wjechałem do Srebrnej Góry (173 km) i ujrzałem charakterystyczny znak ze wspinającym się samochodem i tabliczką: 2 km. To był podjazd na Przełęcz Srebrną, którą tak charakteryzowano przed startem: ściana płaczu, pionowo w górę, będziecie pchać i płakać :-). Po raz pierwszy użyłem przełożeń 1:1 i jadąc 7-8 km/h rozpocząłem wspinaczkę. Przebiegała ona pośród mieszkańców miasteczka, którzy zawzięcie dopingowali każdego bikera. Najlepsze były okrzyki: szybciej, szybciej :-).

Tuż przed końcem podjazdu był punkt kontrolny, na którym spytałem się o której był tutaj pierwszy biker. Dowiedziałem się że o 14.07, a ja na zegarku miałem godzinę 16.47. Taka drobna różnica :-). Zjazd ze Srebrnej nie należał do spektakularnych, przynajmniej takie odniosłem wrażenie.

Droga ponownie wiodła skrajem lasu, aby wkrótce prowadzić przez pola. W Gorzuchowie (188 km) nastąpił skręt na Ścinawkę i ponownie był to odcinek pod wiatr. Narastające zmęczenie powodowało, że pomimo nie był on mocny, wydawał się szczególnie uciążliwy. Na tym odcinku próbował wieźć się na kole inny maratończyk, ponieważ jednak nie dawał zmian, byłem zmuszony puścić go przodem ;-).

W Ścinawce Średniej (194 km) trasa zmieniła kierunek na zachodni i od razu jechało się lepiej. Wkrótce dojechałem do Ratna Górnego ( 201 km) , gdzie przejechałem obok gospodarstwa agroturystycznego ,,Chata Tyrolska ‘’ w którego gościnnych progach byłem 5 lat temu. Teraz jednak nie było już czasu na odwiedziny.

W Radkowie (203 km) zlokalizowany był ostatni tego dnia bufet, na którym stanąłem na chwilę, a nawet siadłem na plastikowym taborecie.

Ponad nami było już widać pasmo Gór Stołowych i rozpoczynającą się tutaj Drogę Stu Zakrętów. Spojrzałem na zegarek – była dokładnie 18.30. Wychodziło, że na mecie będę około 21. Na podjeździe dogoniłem bikerkę, która ruszyła nieco wcześniej z bufetu. Twarda dziewczyna bez większych problemów pokonywała podjazd na Przełęcz Lisią. Wyprzedzając się na przemian dojechaliśmy aż do mety w Zieleńcu.

W trakcie podjazdu uciąłem sobie miłą konwersację z chłopakami z wozu serwisowego, których postawa i zaangażowanie jest godne pochwały. Zatrzymałem się aby sfotografować Szczeliniec pięknie oświetlony przez zachodzące słońce.


Wkrótce wjechałem na Przełęcz Lisią i rozpocząłem zjazd do Kudowy (223 km) Z uwagi na fatalny asfalt zjazd odbywał się bez pedałowania, co spowodowało, że zrobiło mi się zimno. Pierwszy raz w życiu chciałem, aby zjazd już się skończył. Wiedziałem bowiem, że od Kudowy będzie ciepło, nawet bardzo ciepło :-).

W Kudowie byłem o 19.30 i nie zatrzymując się już, skierowałem się od razu na krajową ,,8’’. Ruch na niej panował średni, niestety w przeważającej mierze były to TIR-y. Jazda pomiędzy nimi nie była przyjemnością. Przed Lewinem Kłodzkim
zatrzymałem się aby sfotografować piękny wiadukt kolejowy,

pozbyłem się niepotrzebnego balastu z bidonów i rozpocząłem wspinaczkę na ostatnią tego dnia przełęcz o wdzięcznej nazwie Polskie Wrota. Ósemka miała od tego miejsca dwa pasy ruchu w górę, tak więc jechało się w pewnej odległości od pędzących samochodów.

Na przełęczy (232 km) zatrzymałem się, aby zrobić ostatnią tego dnia fotografię.



Do mety było 8 km . Po wjechaniu do lasu od razu zrobiło się ciemno i na włączonych lampach mozolnie podjeżdżałem w górę. Pierwsze dwa kilometry to ostro w górę, potem podjazd nieco złagodniał, pojawił się nawet 12% zjazd :-). Ponieważ było już całkiem ciemno to i tak nie robiło większej różnicy. Do niewątpliwych atrakcji tego podjazdu należy zaliczyć szczekania wilków w otaczającym lesie. Bo psy to raczej nie były.

Po dojechaniu do tablicy z napisem ,,Zieleniec’’ zatrzymałem się i zrobiłem sobie fotografię na jej tle.


Do mety pozostawało 500 m zjazdu.
Byłem na niej o 21.15 po przejechaniu 241 km w czasie 10 godzin 30 minut, czyli ze średnią 22.95 km/h. W sumie na trasie przebywałem 12 godzin i 48minut.

Reasumując – wielkie brawa należą się organizatorom za przygotowanie fajnej imprezy. Wielkie podziękowania dla pracowitej ekipy samochodu serwisowego i życzliwej obsługi bufetów. Jedyne czego żałuję, to fakt, że na mecie nie zdążyłem zjeść ryżu z mięsem :-(. Ale cztery kiełbasy też były OK :-).




Dane wyjazdu:
425.00 km 0.00 km teren
15:41 h 27.10 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
Podjazdy: m

MARATON COPERNICUS

Niedziela, 15 czerwca 2008 · | Komentarze 14

Toruń ZDOBYTY !!!

Trasa: ELBLĄG-Małdyty-Zalewo-Iława-Nowe Miasto Lubawskie-Brodnica-Golub-Dobrzyń-Złotoria-TORUŃ-Łysomice-Wąbrzeźno-Radzyń Chełmiński-Grudziądz-Kwidzyn-Mikołajki Pomorskie-Dzierzgoń-ELBLĄG


Cała impreza trwała od godziny 4 do 24, kiedy to wjechaliśmy do Elbląga. Do Torunia droga pod wiatr (220 km), powrót z wiatrem (205 km).Uczestniczyło w sumie 5 bikerów, z czego 3 przejechało całą pętlę. Flash wrócił do Gdańska, zaś ja z kolegą do Elbląga. Nie było lekko, ale jest wspaniale :-).

Pełna relacja fotograficzna jest w FOTOGALERII.

MARATON COPERNICUS

Bladym świtem 15 czerwca, parę minut przed godziną czwartą, na Placu Dworcowym pojawiło się 5 rowerzystów chętnych do sprawdzenie się na trasie ponad 400 kilometrowego maratonu na trasie Elbląg-Toruń-Elbląg. Czterech Elblążan (Robert, Mirek, Tomek i ja) oraz gość z Gdańska – sławny trójmiejski Flash. Po wykonaniu pamiątkowej fotografii, punktualnie o 4.00 ruszyliśmy w trasę.

Ulica Grunwaldzka wyprowadziła nas z miasta i przez węzeł Wschód wjechaliśmy na ,,7’’. Tutaj też pożegnał nas Darecki, który dokumentował nasz wyjazd z Elbląga. Droga o tej porze, jak łatwo się domyślić, była prawie pusta, wyprzedzały nas tylko nieliczne samochody osobowe. Grupa sprawnie nabierała prędkości, która w początkowej fazie wynosiła około 29 km/h. Pierwszy postój spowodowany był tym, że na wysokości zajazdu ,,Amazonka’’ Mirek złapał gumę. Pomagał mu Flash, który został nieco z tyłu robiąc fotki. Po chwili okazało się że problem jest poważniejszy, gdyż nowa dętka ma za krótki wentyl i chowa się on cały w obręczy. Wskutek tego Mirek poinformował że dzwoni po samochód i wraca do Elbląga. Tak więc pojechaliśmy dalej w czterech, smutni że tak pechowo zaczęła się impreza.

O godzinie 5.30 byliśmy w Małdytach, gdzie zjechaliśmy z ,,7’’ na drogę w kierunku Iławy przez Zalewo i Siemiany. Przed Zalewem miał miejsce nieprzyjemny incydent, który mógł zakończyć się wyeliminowaniem mnie oraz Flasha z dalszej jazdy. Jadący z tyłu i trąbiący nieprzytomnie samochód spowodował, że niemal nie wpadliśmy na siebie. Skończyło się na strachu i małym siniaku. Ewentualny upadek miałby katastrofalne skutki na tak długiej trasie. Dalsza droga do Iławy przebiegła już bez niespodzianek.

W Iławie byliśmy o 7.30 (88 km) i zrobiliśmy pierwszą dłuższą przerwę na stacji benzynowej. Tutaj też doszedł nas Tomek, który zwolnił nieco tempo i za Siemianami został z tyłu. Poinformował nas, że taka jazda jest dla niego za szybka i w Iławie postanowił kontynuować wycieczkę jadąc PKP do Torunia. Tak więc z Iławy wyjeżdżaliśmy w trójkę i miałem cichą nadzieję, że w tym składzie dojedziemy do miasta Kopernika.

Parę kilometrów za Iławą, jeszcze przed wjazdem na drogę nr 15 zadzwonił mój telefon. Niby nic nadzwyczajnego, patrzę i widzę, że dzwoni ...Mirek. Słyszę w słuchawce: ,, jestem za wami, zwolnijcie’’. Oglądam się za siebie i faktycznie widzę jakąś postać na rowerze. Dajemy po hamulcach i po chwili dołącza do grupy Mirek! Byliśmy przekonani, że po wymianie dętki został podwieziony samochodem do Iławy i stamtąd nas gonił. Zatkało nas, gdy Mirek powiedział, że udało mu się wcisnąć dętkę samodzielnie i jedzie za nami sam od Pasłęka!!! RESPECT!

Wkrótce pedałowaliśmy już po ,,15’’, przed którą wiele osób mnie ostrzegało. Plan był taki, aby dojechać nią tylko do Brodnicy i tam z niej zjechać. Ponieważ jednak panował na niej spokój, a i asfalt był doskonałej jakości, to szybko dojechaliśmy do Nowego Miasta Lubawskiego (120 km), następnie pokonaliśmy podjazdy w okolicach Kurzętnika, z których jeden był dość wyczerpujący i o godzinie 11 byliśmy w Brodnicy (146 km).

Tutaj został nawiązany kontakt telefoniczny z toruńskim bikerem Biodarkiem, który czekał na nas w okolicach Golubia-Dobrzynia. Ponieważ mieliśmy już godzinne opóźnienie w stosunku do planu, postanowiliśmy nie jechać bocznym drogami przez Rypin, tylko dalej drogą nr 15 i zjechać z niej prosto do Golubia.

13 km od tej miejscowości czekał na nas Biodarek z kolegą i w ich asyście o godzinie 12 dojechaliśmy na Zamek Golubski (187 km). Obejrzeliśmy go z zewnątrz, zrobiliśmy zdjęcia i bocznym drogami przez Ciechocin, Dobrzejewice oraz Złotorię o godzinie 13.16 byliśmy w Toruniu (220 km). W międzyczasie pokropił nieco deszcz, a w samym Toruniu spore kałuże wody świadczyły, że tutaj mocno padało. Nam jednak udało się przemknąć pomiędzy chmurami :-).

Skierowaliśmy się od razu na toruńską starówkę, pora wszak była obiadowa i idąc jej uliczkami robiliśmy zdjęcia. Obowiązkowo był zrobiony pomnik Kopernika, ratusz, oraz figura miedzianego osiołka, który kiedyś stał na rynku i robił za pręgierz. Na starówce dołączył też do nas Tomek, który dojechał z Iławy pociągiem. W trakcie obfitego posiłku Mirek z Tomkiem postanowili dalszą trasę pokonać dając zarobić PKP. Szkoda. Po obiedzie udaliśmy się na bulwar nad Wisłą. Tutaj także nastąpiła krótka sesja fotograficzna, z mostami na Wiśle w tle.

Wyjazd z Torunia prowadził drogą nr 1, która z uwagi na szerokie pobocze jest podobna do naszej ,,7’’. Przy wyjeździe z Torunia, prowadzeni przez niezawodnego Biodarka, zauważyłem tablice kierujące do siedziby Radia Maryja. Ponieważ nie wymagało to znacznego odbijania w bok, pojechałem zrobić parę fotek znanej stacji radiowej. Jak się okazało na miejscu nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Przed bramą radia było co najmniej kilka fotografujących siebie oraz budynki osób.

Po powrocie do grupy, o godzinie 15.45 opuściliśmy rogatki Torunia mając na licznikach 230 km i mobilizowani przez wiejący w plecy wiatr skierowaliśmy się na północ. Po paru kilometrach zjechaliśmy z krajowej ,,1’’ i lokalnymi drogami, omijając Chełmżę, skierowaliśmy się w kierunku Wąbrzeźna i Radzynia Chełmińskiego. Przed Wąbrzeźnem pożegnaliśmy się z Biodarkiem, któremu w tym miejscu należą się słowa podziękowania za poświęcenie nam wielu niedzielnych godzin.

Do tej miejscowości nie wjeżdżaliśmy, bo skorzystaliśmy z jej obwodnicy. W Radzyniu Chełmińskim byliśmy o 17.50 (280 km) naszym oczom ukazały się ruiny zamku z intrygującą tablicą: ,,Zapraszamy do zwiedzania’’ Pomimo znacznych zniszczeń murów, zamek udostępnia jedną z baszt jako punkt widokowy. My skupiliśmy się na zrobieniu fotografii i uzupełnieniu kalorii.

Z Radzynia 22 km dzieliły nas od Grudziądza do którego wjechaliśmy o 18.30. W planach było obejrzenie mostu na Wiśle oraz zabudowań byłej twierdzy pruskiej. Zostały one zrealizowane w 100%, przy okazji obejrzeliśmy też grudziądzki stary rynek oraz starówkę, po której nawet jeździ tramwaj.

Po ulicach Grudziądza jechaliśmy objazdem, dlatego zajęło nam to nieco czasu. W końcu jednak trafiliśmy na drogę do Kwidzyna, od którego dzieliło nas 35 km. Ruch na drodze nr 55 był momentami dość duży, a co gorsza zaczęły pojawić się TIR-y; widoczny znak że niedziela ma się ku końcowi. Od Grudziądza towarzyszyła nas też ogromna burzowa chmura, dla której jednak skuteczną zaporą okazała się Wisła. Wole nie myśleć co by się działo, jakby zapora puściła ;-). Pierwotny plan przewidywał jazdę do Kwidzyna przez Gardeję i Sadlinki, jednak z uwagi na późną godzinę zdecydowałem się wybrać wariant szybszy.

W Kwidzynie byliśmy o godzinie 20.30 ( 340km). Przy wjeździe powitał nas specyficzny zapach kwidzyńskiej celulozy. Flash meldował potrzebę zrobienia zakupów więc udaliśmy się na poszukiwania czynnego sklepu. Udało nam się go znaleźć i po uzupełnieniu zapasów wyjechaliśmy z miasta.

W Ryjewie, 12 km za Kwidzynem, dobiegła końca wspólna jazda z Flashem, który postanowił jechać wzdłuż Wisły przez Białą Górę, Piekło i Mątowy, ja zaś z Robertem odbijaliśmy w prawo na Mikołajki Pomorskie i Dzierzgoń. Zaczynało powoli robić się ciemno, chmury nad nami powodowały że ciemności zapadały szybciej.

Od Dzierzgonia (22.20 - 385 km), ostatnie 40 km jechaliśmy już w ciemnościach rozświetlanych przez lampki Roberta i moje sygnalizacyjne diodówki. Miałem tylko nadzieję, że nie złapiemy żadnego kapcia, bo ochoty na wymianę dętki chyba bym nie miał. Zmęczenie dawało się już mocno we znaki, wszak mieliśmy za sobą ponad 15 godzin pedałowania. Zauważyłem także pierwsze objawy senności i spadek tętna. Bliskość domu dodawała nam jednak sił, a widok oświetlonej wieży elbląskiej katedry był najpiękniejszy tego dnia :-).

Wybiła północ, gdy na ulicy Warszawskiej przejechaliśmy koło tablicy z napisem Elbląg. Dotarło wtedy do mnie, że to, co jeszcze rano było marzeniem, teraz stało się faktem. Roberta czekał jeszcze podjazd Nad Jar, ja miałem trochę łatwiej :-). Po pokonaniu 425 km ze średnią 27,16 km/h w czasie 15h 41 minut byłem w domu. Nieopatrznie siadłem w fotelu i w nim zasnąłem :-).

Gratuluję Robertowi i Flashowi pokonania całej pętli (ten drugi do Gdańska zrobił 450 km), a pozostałym uczestnikom dziękuję za udział w tej wspaniałej imprezie.
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
180.00 km 100.00 km teren
09:40 h 18.62 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:
Podjazdy: m

ERnO HARPAGAN 35-ŁĘCZYCE

Sobota, 19 kwietnia 2008 · | Komentarze 4

Trzecia turystyczna wizyta na HARPAGANIE i jak dotychczas najtrudniejsza. Takiego pchania roweru jeszcze nie miałem. I to roweru górskiego. Mój CUBE przeszedł pozytywnie terenowy chrzest bojowy. Dostał niezły łomot. Sprawował się rewelacyjnie. Gdyby nie ograniczenia jego właściciela:-).

Moja najszybsza prędkość w terenie to od dzisiaj 50,1km/h. Punktowo i kilometrowo tym razem słabo, ale trasa była wymagająca. Poza tym tramwaj nie funkcjonował prawidłowo, bo motorniczowie nie mogli się dogadać :-).

Urozmaicenie terenowe imponujące: szosa, bruk, płyty Jumbo, zwykle płyty, szuter, piasek, żwir, las, błoto, pole, bagno. Dobrze, że nie padało, bo byłby prawdziwy hardcore.

I najważniejsze - Elbląg górą ! Tytuł Harpagana zdobył Mariusz. Wielkie gratulacje.
Kategoria SUPERMARATONY