INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 284.763 kilometry, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.88 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)



baton rowerowy bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

MARATON ELBLĄSKI

Dystans całkowity:2385.00 km (w terenie 1.00 km; 0.04%)
Czas w ruchu:103:18
Średnia prędkość:22.67 km/h
Maksymalna prędkość:57.00 km/h
Suma podjazdów:9009 m
Suma kalorii:42281 kcal
Liczba aktywności:12
Średnio na aktywność:198.75 km i 10h 19m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
429.00 km 0.00 km teren
19:11 h 22.36 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy:1873 m

MARATON DOOKOŁA WOJEWÓDZTWA ELBLĄSKIEGO*

Sobota, 11 lipca 2020 · | Komentarze 10

* - dawnego województwa, rzecz jasna :-)

TRASA: Ebląg-Sztutowo-Mikoszewo-Ostaszewo-Nebrowo Wielkie-Kisielice-Myślice-Pasłęk-Orneta-Lelkowo-Braniewo-Suchacz-ELBLĄG

MAPA

GPS

GALERIA (z opisem, opowiadaniem i wspomnieniami też)




Druga edycja maratonu dookoła dawnego województwa elbląskiego została przeprowadzona na mniej turystycznej, a bardziej odzwierciedlającej kształt województwa trasie. Czyli jechaliśmy bliżej jego granic niż to było w roku 2019. Dystans maratonu uległ w ten sposób nieznacznej redukcji, ale że jechaliśmy w odwrotnym niż rok temu kierunku, to wszystkie podjazdy i hopki wystąpiły w drugiej części maratonu. A to układ trudniejszy fizycznie niż podjazdy robione ,,na świeżo’’.

Startowy piątek, 10 lipca, obfitował w emocjonujące wydarzenia pogodowe, zwłaszcza ulewne deszcze i alarmujące komunikaty RCB o burzach z gradem. Niektórzy z Was wyrażali obawy w związku z tą sytuacją, ale ja byłem dziwnie spokojny. Cztery serwisy meteo utwierdzały mnie, że około 19 powinno się zacząć przejaśniać. Stąd i mój spokój :-).
Tak też faktycznie było, więc o godzinie 20:05 liczna, 14 osobowa grupa bikerek i bikerów ruszyła spod katedry św. Mikołaja w gasnący powoli dzień. Wcześniej był czas na krótkie wypowiedzi dla Elbląskiej Gazety Internetowej Portel i pamiątkowe zdjęcia.

W ruszającej grupie nie wszyscy mieli zamiar zmierzyć się z całym dystansem maratonu; niektórzy chcieli sprawdzić się podczas jazdy nocą, jedna osoba kręciła do Pasłęka, kilka towarzyszyło nam do Wisły. Niemniej, większość podjęła walkę z dystansem, drogami i własnymi słabościami. Po starcie szybko utworzyły się dwie grupy, tzw. ścigantów i jadących wolniej. W tej pierwszej byli: Marcin B., Marcin K., Karol, Mariusz i lekko nieopatrznie Mateusz.

Prym w drugiej wiodły rowerzystki Sylwia, dla której to była już trzecia! jazda dokoła województwa i Magda, debiutująca na tej trasie. Wydaje się niemożliwe, że Sylwia jechała po raz trzeci, skoro były tylko dwie edycje maratonu, ale po pierwszej nieudanej próbie, jeszcze w zeszłym roku pokonała trasę maratonu podczas próby drugiej. Taka niecierpliwa :-) Z dziewczynami kilometry kręcili Leszek, Robert W., Andrzej, Krzysiek i potem Mateusz. Kibicami w początkowej fazie byli Piotr, Robert K. i Henryk.

Wiatr sprzyjał nam w początkowych kilometrach i momentami pędziliśmy z prędkościami ponad 30 km/h. To było dobre tempo podczas krótkiej wycieczki na Mierzeję Wiślaną, ale na dystansie 400+ już niekoniecznie. Dlatego też zacząłem studzić ,,gorące głowy’’ i stopniowo zwalniać tempo grupki. Temu celowi służył też pierwszy dłuższy postój na Orlenie w Stegnie, gdzie uzupełniliśmy zapasy jedzenia i picia. Do Mikoszewa dotarliśmy zgodnie - a nawet 2 minuty przed - z harmonogramem (22:30), który rozpisałem w celu orientacji zawodników, jak należy jechać aby zrobić trasę w limicie 24 godzin.

Skręt w lewo ustawił nasza jazdę wzdłuż Wisły i wiatr w tym momencie na dobre 100 km przestał nam sprzyjać. Do tego nastała ciemna, pochmurna żuławska noc i to był pierwszy sprawdzian hartu ducha maratonowej ekipy. Sprawdzian zdany celująco :-)
W Palczewie zatrzymaliśmy się na krótki postój przy wiatraku, którego tylko zarys było widać przez drzewa. Dostrzegliśmy jednak, że jedziemy po Wiślanej Trasie Rowerowej, czyli części EuroVelo 9. Nie wymagało to jednak wspinaczki na wały Wisły.

Momenty w których zbliżaliśmy się do potężnych obwałowań królowej polskich rzek było miłe, bo wtedy wysokie wały dobrze izolowały nas od niezbyt silnego – jak to na ogół w nocy bywa – ale jednak upierdliwego wiatru. Niebawem przejechaliśmy DK22 w Kończewicach i rozpoczęliśmy jazdę w kierunku Piekła i Białej Góry. Niespodziewanie – co niezbyt dobrze o mnie świadczy, jako twórcy trasy ;-) - za Mątowami Małymi pojawiła się droga z betonowych płyt ,,jumbo’’, które jednak były nowe i równo ułożone nie stanowiły problemu dla cienkich opon niektórych rowerów jadących maraton.
Dużo większym problemem była jazda po mocno sfatygowanym asfalcie w Rezerwacie Przyrody ,,Las Mątawski’’, który już rok temu straszył nas za dnia, a teraz pokonywaliśmy go w nocy. Na szczęście 4 km odcinek specjalny nie spowodował żadnych strat.

Potem była Biała Góra ze swoim stylowym węzłem hydrotechnicznym, któremu sporo urody przydałaby iluminacja. Tej jednak nie uświadczyliśmy w tym zabytkowym miejscu i w mieszające się wody Wisły i Nogatu oraz śluzy i wrota popatrzyliśmy sobie w lekkim świetle księżyca. Był też czas na odpoczynek.
Za Białą Górą pojawiły się światła Kwidzyna, miasta i celulozy, zlokalizowane na wysokim brzegu wiślanej doliny, której dołem podążaliśmy. Stopniowo przybliżaliśmy się do nich, mijając po drodze nowy most przerzucony nad Wisłą i całkiem ładnie iluminowany. Trasa prowadziła przez Marezę z której widać było z bliska zamek w Kwidzynie. Do samego miasta nie wjeżdżaliśmy, skierowaliśmy się na Nebrowo Wielkie z którego obejrzeliśmy sobie widoczną w jaśniejącym coraz bardziej nieboskłonie panoramę Nowego, położonego po drugiej stronie Wisły.

To był też kolejny odpoczynek, podczas którego pewne kłopoty zgłosiła Magda. Chłód poranka dał się jej we znaki, godzina przed wschodem słońca charakteryzuje się najniższą temperaturą, a na Żuławach dochodzi do tego jeszcze wszechobecna wilgoć. Na szczęście miała ze sobą dodatkową odzież, która się bardzo przydała a jak do tego otrzymała jeszcze wsparcie mentalne i żywnościowe kłopoty okazały się do przezwyciężenia :-). Tak hartuje się stal ;-).

Za Nebrowem przez Okrągłą Łąkę – gdzie wszystkie łąki są prostokątne lub kwadratowe - zaczęliśmy wydostawać się z wiślanej doliny i Żuław Kwidzyńskich. Czekała nas spokojna, 1-2 procentowa, kilkukilometrowa wspinaczka do Gardei położonej już na Pojezierzu Iławskim.
W niej Robert narobił nadziei na ciepłe śniadanie informując, że lokalna stacja benzynowa przy DK55 jest otwarta. Otwarta niestety nie była i zostaliśmy ze swoimi zapasami i wizją śniadania w Kisielicach. Była bowiem godzina 5 rano i nie było możliwości, aby jakiś sklep był już czynny.

Do Kisielic droga prowadziła z góry i pod górę, obsadzona była drzewami i jechało się przyjemnie. Ruch samochodowy nie istniał, nawierzchnia była równa i kilometry łykało się sprawnie.
I tak to dotarliśmy do Kisielic (200 km), gdzie na lokalnym Lotosie ujrzeliśmy… brak hot-dogów, brak zapiekanek i brak czegokolwiek ciepłego za wyjątkiem napojów. Dobre było i to, więc kawa, herbata została zamówiona, napoje wlane do bidonów i tyle było ze śniadania.

Wyjeżdżając z Kisielic najechaliśmy na sklep POLOmarket, który okazał się już otwarty i to on zapewnił nam śniadanie na trawie, a bardziej polbruku. Polo market-mój ulubiony – cytując klasyka :-))
Ponad godzinny pobyt w Kisielicach (6:00-7:20) zdemolował grafik gwarantujący dotarcie na metę w ciągu 24 godzin i nie udało się tego już nadrobić pomimo znowu sprzyjającego wiatru – aż do samego Lelkowa. Teraz należało się skupić, aby jak najwięcej osób startujących ukończyło maraton i dotarło do Elbląga o własnych siłach.
Niebawem dotarliśmy do Susza, przez który przejechaliśmy bez zatrzymania. Podążałem w grupie z Robertem, Andrzejem, Magdą i Leszkiem. W Kamieńcu Suskim poczekaliśmy na resztę grupy, czyli Sylwię, Krzyśka i Mateusza przed dawnym pałacem rodu von Finckenstein. Dawny ,,wschodniopruski Wersal’’ jest jedną z atrakcji turystycznych na trasie MDDWE, chociaż to ruina.

W Kamieńcu rozstał się z nami Mateusz, który zaczął mocno odstawać na pagórkowatej trasie odczuwając skutki zbyt szybkiej jazdy na początku, nocki w siodle i niezbyt dopasowanego roweru. Planował jazdę do Malborka na PKP, ale wybiłem mu z głowy takie herezje , tym bardziej że do Elbląga przez Dzierzgoń była prawie taka sama odległość. Dostał namiary na pierogarnię w Dzierzgoniu – nie wiem czy z niej skorzystał – i ruszyłem w samotną pogoń za resztą grupy, która nie była łaskawa poczekać na orga ;-).

Dogoniłem ich przed Starym Dzierzgoniem i tak do wiaduktu w Myślicach tasowaliśmy się na hopkach krainy Kanału Elbląskiego. Momentami robiło się ciepło, kiedy słońce wchodziło zza chmur, a według prognoz miało nie wychodzić. Że nie wziąłem w związku z tym kremu przeciwsłonecznego, to i ze zdejmowaniem nogawek zupełnie się nie spieszyłem – nie zdjąłem ich aż do mety :-) Długi rękaw miałem zaś od samego początku.
Na zjeździe przy pochylni Kanału Elbląskiego Buczyniec ustanowiłem rekord prędkości 46 km/h na oponach szerokości 2,1. Szum szedł okrutny ;-)
Niebawem dotarłem do Pasłęka, gdzie na Orlenie był kolejny postój cateringowy całej grupy. Tutaj też pożegnaliśmy się z Andrzejem, który po pokonaniu około 270 km zgodnie z planem udał się oddać obowiązkom rodzinnym.

Zaś nasza wesoła ekipa rozpoczęła wspinaczkę w kierunku Warmii, której górek i hopek obawialiśmy się najmocniej. No, może poza finiszem przez Wysoczyznę Elbląską :-). Na odcinku do Wilcząt miałem okazję obserwować pracę w korbach Magdy, która miarowo i z kadencją w okolicach 90 obrotów na minutę – z nudów sobie policzyłem :-) – zdobywała po kolei kolejne metry przewyższeń. Tak dobrze jej szło, że nie próbowałem jej dogonić, aby niepotrzebną gadką nie rozpraszać. W Wilczętach ponownie uformowaliśmy się w pięcioosobową całość i już do przedmieść Ornety tak dotarliśmy.

W Ornecie zaplanowałem obiad z którego wypisał się Krzysztof, najedzony wcześniej. Poprowadziłem grupę do restauracji Hotelu Pruskiego, gdzie kiedyś w drodze na Pierścień 1000 Jezior jadłem smakowity makaron. Tym razem nie było to nam dane z powodu … stypy, która sprawiła, że restauracja nie przyjmowała żadnych zamówień. To był problem, bo na słodyczach i jakichś bułkach cały czas jechać nie można.
Udaliśmy się zatem do certyfikowanego hotelu z restauracją „Cztery Pory Roku”, mającego status Miejsca Przyjaznego Rowerzystom (MPR) szlaku GreenVelo, który nakarmił nas makaronami, schabowymi, piwem 0% i kawą. I teraz można było rozpocząć wspinaczkę w górę mapy i pod górę faktyczną :-).

Odcinek do Pieniężna minął jakoś bez większej historii, chociaż po obiedzie senność zaczęła mnie ogarniać, ale to jednak ja ogarnąłem senność. Za to odcinek Pieniężno-Lelkowo, który rok temu był jechany w nocy, teraz zdumiał mnie delikatną, ale jednak 11 km wspinaczką. Co zakręt to było pod górkę!
Grupa znowu się porwała, a punktem zbornym stał się sklep w Lelkowie na skrzyżowaniu dróg. Ekipa zamówiła lody, ja uzupełniłem po raz ostatni już bidony i zaczęliśmy jazdo-walkę z wiatrem, który na odcinku do Żelaznej Góry nieźle nas potargał.

Odcinek od Lelkowa do samego Elbląga przywołał wspomnienia MRDP z roku 2017, kiedy to podróżowałem tą trasą w przeciwnym kierunku. Tymczasem zajrzeliśmy na nieczynne przejście graniczne w Gronowie, żeby funkcjonariusz Bartek wyjaśnił nam, dlaczego jest zamknięte ;-). Zamiast Bartka wyszła z budki jego znacznie ładniejsza zmienniczka i powiedziała nam, co i jak :-).
Postój w Braniewie na Orlenie wykorzystałem na wykorzystanie drugi raz kuponu: ,,gorący napój 420 ml i lód Magnum’’. Połączenie na początku jazdy wydawało mi się dość irracjonalne, bo po co się schładzać gorącą kawą w lipcu? Ależ że od upału byliśmy daleko, kalorie były potrzebne a taki lód to niezła bomba, no i lepiej było już nie zasypiać na czekających zjazdach to i kawa weszła gładko.

Pobyt na stacji nieco się przedłużył, bo Roberto wymienił dętkę w przednim kole i już był gotowy do jazdy, kiedy to Leszek zastosował swoje patenty co poskutkowało wykręceniem wentyla presta, zablokowaniem kompresora na stacji, ponownym pompowaniem i powrotem do … starej dętki z minimalną nieszczelnością, która do samego Elbląga nie wymagała pompowania. No, ale na zjazdach już się Robert nie rozpędził.

Przez głowę chodziło mi, żeby dziewczynom ułatwić życie i od Kadyn puścić je dołem, przy Zalewie Wiślanym, do Nadbrzeża, żeby ominęły największe podjazdy. Spojrzały na mnie w stylu: ,,Kpisz, czy o drogę pytasz’’ i już się więcej z tego typu pomysłami nie wychylałem :-)). Oczywiście pojechały górą.
Tymczasem w końcu opuściliśmy Braniewo i remontowanym odcinkiem DW 504 dotarliśmy do Fromborka. Przed nim czekał na nas kibic Piotr, który był z nami na początku maratonu i teraz dociągnął się z nami na jego metę. Dzięki za wsparcie!

Końcówkę trasy próbowaliśmy kręcić razem, ale było to już bardzo trudne. Także każdy jechał swoim tempem, w grupie spotkaliśmy się pod dębem Bażyńskiego w Kadynach i w Suchaczu, gdzie Leszek mieszka i tam go pożegnaliśmy. Tuż przed podjazdem wyjazdowym na Elbląg – wiedział, kiedy się rozstać ;-).
Na tym nielubianym wzniesieniu po raz pierwszy użyłem małej tarczy korby, bo już mi się nie chciało cisnąć. I tak to sobie kręciliśmy młynki, aż ta ostatnia górka została za nami. Teraz czekał nas szybki zjazd do Kamionka Wielkiego i kilkanaście ostatnich km znowu po Żuławach Wiślanych.

Tutaj nie zważając na wiejący ,,w mordewind’’ gnaliśmy na metę jak konie do stajni co siano poczuły. Ostatni postój to rampa na skrzyżowaniu Mazurska/Odrodzenia, gdzie Roberto odbił do siebie nie męcząc już opony ponad miarę, a pozostali domknęli okrążenie województwa elbląskiego pod katedrą św. Mikołaja na Starym Mieście. Czyli tam, gdzie wszystko 25 godzin i 39 minut temu się rozpoczęło. Byliśmy na mecie!

Pożegnalna fotka zakończyła tą ciekawą wycieczkę, elbląskie grono ultra ponownie się powiększyło i jest w nim coraz więcej dziewczyn – teraz doszła Magda. Tak, na marginesie, liderem płci pięknej w Elblągu jest Marta – bikerka, która kilka dni temu pokonała 1200 km Maratonu Wisła. Liczę, że kiedyś zaszczyci nas i na asfaltach MDDWE. Dziewczyny na rowery!
Ekipę ścigantów poproszę o podanie, w jakiej kolejności przybywaliście na metę – bo nie była to jedna grupa, jak słyszę i widzę ;-)

Dziękuję Wam wszystkim za obecność, trud włożony w pokonanie niełatwej przecież trasy i wspólne kręcenie przez tyle godzin. Finiszerom w limicie czasu gratuluję utrzymania wysokiego tempa jazdy i reżimu postojowego. Wahającym się i tym co się nie udało mówię – za rok zrobimy MDDWE po raz trzeci. Trenujcie :-)





Dane wyjazdu:
444.00 km 0.00 km teren
19:32 h 22.73 km/h:
Maks. pr.:50.00 km/h
Temperatura:24.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

MARATON DOOKOŁA WOJEWÓDZTWA ELBLĄSKIEGO*

Niedziela, 23 czerwca 2019 · | Komentarze 3

* - dawnego województwa, rzecz jasna :-)

TRASA: ELBLĄG-Tolkmicko-Braniewo-Lelkowo-Pieniężno-Orneta-Pasłęk-Susz-Kisielice-Gardeja-Nebrowo Wielkie-Kwidzyn-Biała Góra-Malbork-Ostaszewo-Mikoszewo-Sztutowo-Nowy Dwór Gdański-ELBLĄG

GPS

MAPA

GALERIA (z opisem)

FILM (autor: MarekDIVE)





 Idea przejechania trasy dookoła dawnego województwa elbląskiego narodziła się po uzyskaniu informacji z elbląskiego oddziału PTTK, że taka trasa powstała i jest nawet odznaka za jej pokonanie. To było gdzieś tak z dwa lata temu. W zeszłym roku kolega Wojtek zrobił ją etapami a ja już wiedziałem, że z braku czasu trzeba będzie pokonać dystans w trybie non-stop. Teraz od pomysłu należało przejść do fazy realizacji.

Na miejsce startu jechałem już lekko zaniepokojony, ile to z tych 60 osób, które wykazały zainteresowanie maratonem na Facebooku zdecyduje się faktycznie stawić na Placu Słowiańskim. Miałem bowiem wrażenie, że sporo osób klikało odpowiedni przycisk nie dostrzegając, że to wycieczka na dystansie 447 km a nie 44 km ;-)

Plac Słowiański o godzinie 20:00 pusty oczywiście nie był, ale kręcący się w okolicy ludzie mieli także związek z trwającymi Dniami Elbląga, sporo osób było też w roli kibiców, obserwatorów i zwykłych gapiów.

Wygłosiłem krótką przemowę ze stopni fontanny, wykonaliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i można było ruszać w trasę. Ostatecznie ruszyły w nią 22 osoby, które miały różne założenia co do trwania jej długości. W naszym peletonie pojawiły się też trzy rowerzystki (Joanna, Sylwia i Marysia) z zamiarem pokonania całej trasy. Wyróżniał się także jadący na rowerze poziomym Marek.

Ulica Mazurska wyprowadziła nas z miasta i jeszcze chwilę mieliśmy do rozpoczęcia zdobywania pierwszych podjazdów na Wysoczyźnie Elbląskiej. Jak to zwykle bywa peleton rozciągnął się na płaskim jadąc pod wiatr; Roberto monitorował pędzącą czołówkę, a ja skupiłem się na zamykaniu grupy.

Pierwszy podjazd za Kamionkiem Wielkim okazał się trudną przeprawą dla uczestników i grupa straciła łączność wzrokową ze sobą. Ale że wcześniej zapowiedziałem, że pierwsza dłuższa przerwa będzie na Orlenie w Braniewie to – myślę – że nikt nie odczuwał niepokoju z faktu , że jedzie przez chwilę samotnie. Po podjazdach nastąpiły jak wiadomo także zjazdy i w ten sposób szybko osiągnęliśmy Tolkmicko. Czekała na nas jeszcze jedna wspinaczka do Pogrodzia, a potem to już miały być mniej ekstremalne interwały warmińskiej ziemi.

Nieco obawiałem się stanu remontowanej drogi wojewódzkiej 504 na odcinku Pogrodzie –Frombork, ale okazało się, że spora część nowej nawierzchni jest już położona, a jazdę urozmaicały postawione tymczasowe skrzynki sygnalizacji świetlnej. Tutaj też dostrzegłem kolegę naprawiającego dętkę, ale nie potrzebował on pomocy i poradził sobie we własnym zakresie.
We Fromborku pożegnali się z nami zgodnie ze swoim planem Henryk i Łukasz (pierwszym, który zjechał z trasy był Robert – jeszcze w Elblągu, potem w Kamienniku Wielkim zawrócił Darecki) a my za chwilę zameldowaliśmy się w Braniewie.

Na stacji benzynowej odpoczynek trwał już w najlepsze, tutaj też dołączył do nas Władek, który z tego miasta rozpoczął objazd województwa elbląskiego. W nogach mieliśmy 50 km, była godzina 22:30. Przerwa trwał dobre 20 minut w czasie której zawodnicy pojedli, popili i odpoczęli. Tutaj też przeżyłem lekki szok poznawczy, gdy poznałem ciężar roweru ( a właściwie sakw) rowerzystki Sylwii. Podobno wzięła picie na całą drogę …

Bez zbędnego zamulania ruszyliśmy dalej na północ w kierunku Gronowa. Spowolnił nas jednak ośmiotorowy przejazd kolejowy na rogatkach Braniewa pod którego szlabanami staliśmy dobre kilka minut. Wykorzystałem to do zrobienia nocnych zdjęć peletonu.
Wiatr w międzyczasie osłabł prawie zupełnie i odcinek do granicy z Rosją w Gronowie pokonaliśmy ekspresowo. Po skręcie na Żelazną Górę pożegnaliśmy się z dobrym asfaltem, który do tej pory mielimy pod kołami naszych rowerów a zaczął się warmiński miszmasz.

Kolejny postój nastąpił w Lelkowie, gdzie zmieniliśmy kierunek jazdy na południowy, który z drobnymi odgięciami towarzyszył nam do Kisielic. Wiatr stał się naszym sprzymierzeńcem, chociaż nawierzchnie dróg nie zawsze pozwalały to wykorzystać.
Niebawem minęliśmy uśpione Pieniężno (100 km – 1:30) i skierowaliśmy się na Ornetę. Przed tym miastem nastąpiła walka z tracącą powietrze dętką w rowerze Waldka i upartą oponą, która nie chciała jej przyjąć. W końcu jednak wszystko znalazło się na swoim miejscu.

Ekipa czekała na nas w Ornecie, a że świt był z gatunku zimnych (tylko +6) to i ruszyliśmy bez zbędnej zwłoki. Za Ornetą pożegnał się z nami Andrzej, którego założeniem startowym było spędzenie nocy w siodełku i przez Godkowo i Pasłęk wrócił samodzielnie do Elbląga.

My tymczasem mknęliśmy na Wilczęta. Tuż przed tą miejscowością wykonałem kilka zdjęć klimatycznego wschodu słońca z nisko ścielącymi się mgłami i wspaniałymi kolorami nieba. To jedna z tych chwil, kiedy wiesz czemu nie warto spać, jak można jechać.
W Wilczętach pożegnałem się z Marysią i jeszcze jednym bikerem, którzy postanowili w tym miejscu zjechać do Elbląga. Maria jechała na rowerze w stylu roweru miejskiego na którym jednak nie mogła rozwinąć skrzydeł prędkości (chociaż zrobiła na nim kiedyś 250 km). Wiem jednak, że czeka na nią już rower szosowy, na którym niebawem pokaże niejednemu facetowi plecy.

Samotnie pogoniłem więc za oddalającą się grupą zasadniczą, którą dopadłem na pasłęckim Orlenie (160 km – 5:00). Miałem ochotę na hot-doga, ale okazało się, że grupa wyczyściła cały zapas ciepłych, a na nowe trzeba byłoby czekać 30 minut. Zadowoliłem się więc kanapką na ciepło i kawą.

Wiadomością z gatunku nieprzyjemnych była informacja, że druga z naszych bikerek, Sylwia, nie dotarła jeszcze do Pasłęka. Okazało się , że w Wilczętach pojechała prosto i do Pasłęka jechała na około, przez Młynary. Samotna jazda w nocy i na nieznanej trasie nie podłamała w niej ducha i jak ją ujrzeliśmy można było ruszać dalej. Z Orlenu chyba nie skorzystała :-).

Za Pasłękiem walkę toczyliśmy ze zmasakrowanym asfaltem drogi wojewódzkiej 526 której nawierzchnia mogła się chyba tylko podobać Karolowi, który jechał na fullu z oponami 2,4. Cała reszta ekipy miotała się od pobocza do pobocza w poszukiwaniu najrówniejszego toru jazdy. A ja zacząłem zachodzić w głowę, czemu męczę się na Bocasie a Cube na oponach 2,1 i z amorem stoi w domu. Za rok tego błędu nie powtórzę :-)

Po dotarciu do ronda w Przezmarku (190 km – 7:30) zarządziłem postój, bo istniało ryzyko, że ktoś pojedzie prosto a należało skręcić w prawo. Staliśmy dość długo, co Waldek wykorzystał na kolejną naprawę dętki.
Wkrótce dojechała reszta grupy, w tym Sylwia z Leszkiem. Zbliżał się czas rozejrzenia się za miejscem, gdzie będzie można zjeść konkretne śniadanie i nie miał to być Orlen.

Jako że Robert, Lucjan i Marcin zameldowali się w Suszu sporo przed nami zostałem poinformowany, że śniadanie w formie bufetu oferuje znana mi już z zeszłego roku Warmianka. W Suszu (210 km- 8:30) odbywał się tego dnia triathlon i pewnie dlatego restauracja była czynna od rana. Służby przepuściły nas warunkowo (jechaliśmy chodnikiem) i wkrótce zasiedliśmy nad talerzami z jajecznicą, pomidorami, ogórkami i innymi specjałami dalekimi od hot-dogów. Ładowanie kalorii odbyło się za całe 17 zł od osoby.
Po śniadaniu niektórzy zalegli na trawie, ale nie czas był na spanie czy opalanie. Mieliśmy ponad godzinę opóźnienia w stosunku do planu zakładającego przejechanie dystansu w 24 godziny brutto.

Kończyły się powoli pagórki na naszej trasie i przez Kisielice oraz Trumieje dotarliśmy do Gardei (250 km – 11:11). Słońce zaczęło już bardzo mocno świecić i należało zadbać o odpowiednie chłodzenie. W tym celu przydał się lokalny sklep, łaskawie czynny w niedzielę niehandlową.

Za Gardeją czekał nas zjazd w dolinę dolnej Wisły i tak rozpoczęła się jazda bez żadnych wzniesień, czyli po Żuławach – kwidzyńskich – na dzień dobry. Jako że jechaliśmy teraz na północ, wiatr zaczął wiać nam w twarz, ale nie były to jakieś silne porywy.
Peleton był już mocno porwany, tak że do Nebrowa Wielkiego (270 km – 12:17) wjeżdżaliśmy grupkami. Pojawiły się znaki Wiślanej Trasy Rowerowej, która niebawem będzie oznakowana w całym województwie pomorskim. Pod jednym ze sklepów na przedmieściach Kwidzyna (Nowy Dwór) zebraliśmy się w większą grupę i tak już podróżowaliśmy do końca. W Kwidzynie odłączył się Robert , który miał uroczystość rodzinną i o 18 musiał być już w Elblągu a wraz z nim Lucjan i Marcin. Ten ostatni dołączy do nas na ostatnie 100 km w Malborku.

A tymczasem przejechaliśmy u podnóża warownej katedry w Kwidzynie i ruszyliśmy w kierunku Wisły w Korzeniewie. Dalsza droga wiodła wzdłuż królowej polskich rzek schowanej za wysokim wałem przeciwpowodziowym. Na własne oczy ujrzeliśmy ją w Białej Górze, czyli rozwidleniu z którego swój bieg rozpoczyna Nogat.

Za Białą Górą (310 km – 14:38) zaliczyliśmy Piekło i nazwa tej miejscowości dobrze też opisuje jakość asfaltu w jej okolicach i przy Rezerwacie Las Mątawski. To już był prawdziwy dramat, bo do łaciatego asfaltu, który towarzyszył nam na większości trasy, doszły dziury. Tutaj nawet jazda slalomem okazała się dużym wyzwaniem. Trzaski z mojego roweru dochodziły niesamowite. Na szczęście nie rozpadł się.

Pora obiadowa sprzyjała rozmyślaniom, co i gdzie by tutaj zjeść. Bliskość Malborka ułatwiała planowanie, tylko że z powodu obsuwy czasowej, nie chcieliśmy zasiadać w restauracji bo obiad dla takiej grupy trwałby dobrą godzinę. Z uwagi na sporą liczbę osób debiutujących na długim dystansie nie chciałem, aby nasza jazda zakończyła się podczas drugiej nocy, kiedy to deficyt snu staje się niebezpieczny.

Zatrzymaliśmy się więc na rogatkach Malborka (Grobelno), gdzie jest jeden z najlepszych Orlenów w naszych okolicach. Poza standardowym menu można tam zjeść pierogi, wypić świeżo wyciśnięty sok, a nawet wziąć prysznic jakby ktoś się uparł. Ja postawiłem na pierogi ruskie i colę i to było dobre ;-)
Malbork (340 km – 16:55) i zamek obejrzeliśmy tylko zza perspektywy Nogatu i tyle musiało wystarczyć. W Malborku dołączył do nas Marcin, natomiast jazdę na trasie zakończyła Sylwia, która z powodu kontuzji tutaj się wycofała w towarzystwie Leszka.
Przed nami było ostatnie 100 km, z czego było wiadomo, że na ostatnich km wiatr będzie nam sprzyjał. Była więc szansa na zobaczenie tablicy ,,Elbląg’’ za dnia.

Do Nowego Stawu przez Kościeleczki prowadzi z Malborka nowa droga rowerowa z której skorzystaliśmy. Takie rzeczy to tylko w pomorskim. Przez Nowy Staw przemknęliśmy bokiem, nie zajeżdżając pod sławny ,,ołówek’’ jak i nie mniej sławnego ,,Jędrusia’’ ;-)
Postój zrobiliśmy w Ostaszewie, gdzie uzupełnione zostały płyny. Bezalkoholowy Żywiec smakował wybornie. Po przekroczeniu S7 w Dworku wjechaliśmy w strefę oddziaływania zmotoryzowanych turystów podążających na i z Mierzei Wiślanej. Wszak były to już wakacje i dodatkowo jeszcze koniec długiego weekendu. Większość z nich zmierzała w kierunku Gdańska i Elbląga, toteż do wyprzedzeń ,,na gazetę’’ nie doszło.

Jadąc równym i dość szybkim tempem dotarliśmy do Mikoszewa (380 km - 19:00), gdzie po postoju cateringowym grupa włączyła 5 bieg i czując najwyraźniej bliskość mety przyspieszyła. Momentami jechaliśmy z prędkościami 27-29 km/h, co sprawiło, że Mierzeję Wiślaną do Sztutowa pokonaliśmy ekspresowo.
W Sztutowie pierwszym zjazdem ruszyliśmy na Rybinę, bo to już nie był czas na podziwianie mostu 4 pancernych i Szkarpawy. W zamian mieliśmy Wisłę Królewiecką.

Zbliżał się ostatni trudny odcinek przed nami, czyli wąska i ruchliwa droga wojewódzka 502 do Nowego Dworu Gdańskiego. Nie chcąc jechać oponami w większości szosowymi po płytach betonowych z Tujska, trzeba było odcinek z Rybiny do Żelichowa pokonać w towarzystwie blachosmrodów.
Obyło się bez niebezpiecznych sytuacji, chociaż kilku kierowców spieszyło się nadmiernie. W Żelichowie skręciliśmy na boczny asfalt i w spokoju dotarliśmy do przedostatniego punktu kontrolnego w Nowym Dworze Gdańskim (409 km – 20:36).

Przejechaliśmy przez miasto bez zatrzymywania się, a na postój wybraliśmy skrzyżowanie przed Marzęcinem. Dla bezpieczeństwa bowiem (obawiałem się ruchu powrotnego znad morza na odcinku Marzęcino-Kazimierzowo) zmieniłem koncepcję końcówki trasy i do Elbląga postanowiłem wjechać od starą drogą krajową nr 7. W tym celu Marzęcino uwieczniłem tylko na karcie pamięci aparatu, a całą grupą ruszyliśmy w kierunku Solnicy.

Tam wjechaliśmy na starą siódemkę, która jest wyposażona teraz w drogę dla rowerów i ruszyliśmy w kierunku bielącego się wieżowcami na tle Wysoczyzny Elbląskiej Elbląga. Piękny widok po dobie jazdy. W Jazowej wjechaliśmy z powrotem do województwa warminsko-mazurskiego, które 20 lat zastąpiło województwo elbląskie. W Kazimierzowie odbiła na Bielnik II Joanna, ostatnia z trzech rowerzystek które śmiało podjęły trud przejechania maratonu. Jej jedynej udało się to za pierwszym razem. No, ale trudno się dziwić, skoro dziewczyna potrafi przebiec non-stop 240km ale też dysponowała najbardziej stosownym do tego rowerem!

W zamian dotarł do nas Darecki, który miał do nas dołączyć o poranku w Pasłęku, ale trochę mu się przesunęło. Ale co tam :-)
Chwilę potem minęliśmy tablicę ,,Elbląg’’ co Karol skwitował uniesieniem ręki w górę. Dobrze znam ten gest z moich różnych powrotów do Elbląga i podejrzewam, że debiutujący na długim dystansie biker czuł wielką radość i dumę.

Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu Trasy UE i Nowodworskiej aby wykonać pamiątkową fotografię finiszerów. Była godzina 21:40, czyli nasze opóźnienie w stosunku do planu wyniosło dokładnie 100 minut. Do zamknięcia pętli w Braniewie szykował się Władek, bo tam rozpoczął jazdę z nami. Niestety, musiał zrobić to samotnie. Reszta ekipy udała się na zasłużony wypoczynek, chociaż ja zbyt długo nie pospałem, bo już o 5:30 siedziałem z rowerem w pociągu do Ostródy.

Podsumowanie:

W jedną dobę elbląskie grono ultrasów powiększyło się dwukrotnie. Do 7 osób (Robert, Krzysiek, Mariusz, Leszek, Marek, Sławek, Marecki) dołączyło drugie tyle (Joanna, Władek, Karol, Marcin K, Marcin B, Wojtek i Roman). To było podstawowe założenie imprezy, aby pozwolić i pomóc chętnym osobom do podjęcia wyzwania, które tylko na pierwszy rzut oka wydaje się z gatunku ,,mission impossible ‘’. Cel ten został osiągnięty w 200%.

Tak niespodziewany i wspaniały odzew elbląskiego środowiska rowerowego zmusza wręcz do podjęcia wyzwania organizacji maratonu w przyszłym roku. Kocham taki mus :-)

Należy także wspomnieć o osobach, które ruszyły z Placu Słowiańskiego z zamiarem sprawdzenia najpierw jak się czują w jeździe nocnej, albo na krótszym dystansie. To także wyszło bardzo dobrze i myślę, że takie etapowanie długich dystansów jest najlepszym sposobem na zostanie w pełni świadomym ultrasem i pokonanie w końcu bariery 1000 km.

Odrębny akapit należy poświęcić naszym trzem rowerzystkom w peletonie. Sukces Joanny nie dziwi, biorąc pod uwagę jej wielkie doświadczenie w biegach maratonowych i znajomość własnych możliwości. Sylwia po odchudzeniu roweru i jeździe bez sakw także nie będzie miała większych problemów na długich dystansach. Jej bojowy hart ducha wykona połowę roboty, nogi wykonają drugie 50 %. Marysia po zmianie roweru na szosowy będzie w stanie jechać nieco szybciej i wtedy także z tak mocną głową ukończy niejeden maraton.

Jeszcze raz dziękuję Wam za wspólne spędzenie czasu na trasie i moc pozytywnych emocji. Zapraszam na środowy afterek!