INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 284.763 kilometry, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.91 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)



baton rowerowy bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

MIĘDZYNARODOWE

Dystans całkowity:3110.00 km (w terenie 19.00 km; 0.61%)
Czas w ruchu:148:09
Średnia prędkość:20.99 km/h
Maksymalna prędkość:65.00 km/h
Suma podjazdów:14499 m
Maks. tętno maksymalne:185 (98 %)
Maks. tętno średnie:155 (82 %)
Suma kalorii:77774 kcal
Liczba aktywności:13
Średnio na aktywność:239.23 km i 11h 23m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
234.00 km 0.00 km teren
10:24 h 22.50 km/h:
Maks. pr.:60.00 km/h
Temperatura:31.0
Podjazdy:2849 m

NOWY TARG-NOWY TARG

Wtorek, 30 kwietnia 2024 · | Komentarze 0

Trasa: NOWY TARG-Trstena (SK)-Zuberec-Liptowski Mikulas-Szczyrbskie Jezioro-Vysoke Tatry-Zdar (SK)-Jurgów (PL)-Brzegi-Bukowina Tatrzańska-Gliczarów Górny-Szaflary-NOWY TARG

MAPA

GALERIA (całość wyjazdu z opisem)

DALEJ >>>









Dane wyjazdu:
172.00 km 0.00 km teren
07:52 h 21.86 km/h:
Maks. pr.:56.00 km/h
Temperatura:32.0
Podjazdy:2522 m

ZAWOJA-NOWY TARG

Poniedziałek, 29 kwietnia 2024 · | Komentarze 2

Trasa: ZAWOJA-Jabłonka-Chyżne-Trstena (SK)-Czarny Dunajec-Ząb-Poronin-Gliczarów Górny-Bukowina Tatrzańska-Łysa Polana-Podspady(SK)-Jurgów-Łapszanka-Waksmund-NOWY TARG

MAPA

GALERIA (całość wyjazdu z opisem)

DALEJ >>>





C.d.n.





Dane wyjazdu:
512.00 km 0.00 km teren
23:50 h 21.48 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:38.0
Podjazdy:6141 m

TOUR de SILESIA

Sobota, 8 lipca 2023 · | Komentarze 4

Trasa: GODÓW-Orlova-Dobratice-Lysa Hora 1324 m-Lubno-Frýdlant nad Ostravicí-Chlebovice-Kylesovice-Bruntal-Praded 1491 m-Zlate Hory-Vysoka-Prudnik-Głogówek-Kędzierzyn Koźle-Kuźnia Raciborska-Rybnik-Pszczyna-Czechowice Dziedzice-Jasienica-Skoczów-Zebrzydowice-GODÓW

GPS

MAPA

GALERIA (z opisem, całość wyjazdu + zdjęcia Andrzeja Demczuka, Michała-TdS oraz Mateusza Bireckiego (TdS))

WYNIKI

Dalej




Z maratonem Tour de Silesia (TdS) pierwszy kontakt miałem w pamiętnym roku 2020 kiedy to na wiosnę pandemia COVID rozłożyła świat na łopatki. Ale nie dała rady chłopakom ze Śląska, którzy stworzyli edycję zdalną, covidową, tej imprezy. To posunięcie bardzo przypadło mi do gustu i tak to grupa elbląskich bikerów wzięła udział w Tour de Silesia Covid Edition.

Trasę 250 km wszyscy spokojnie pokonali, a mi przyszło poczekać chwilę na udział w kanonicznej wersji TdS. Chwila trwała 3 lata, ale warto było czekać. W moim ultra podróżowaniu bardzo ważne – kto wie czy nie najważniejsze – jest to, aby trasa imprezy była mało znana, tajemnicza i z niespodziankami przejezdnymi rowerem.

TdS 2023 wpisał się w te oczekiwania idealnie, a nawet bardziej. Kompletnie nieznane Czechy, dwa szczyty górskie z których każdy większy od rekordowej dla mnie Czarnej Góry 1205 metrów w Kotlinie Kłodzkiej, bardzo mało znana część polska maratonu, 6000 metrów przewyższeń na 500 km. Perfekt!

Do startu w maratonie zachęciłem Andrzeja, który w zeszłym roku był spiritus movens mojego udziału w maratonie terenowym Baltic Bike Challenge 700 km Świnoujście-Krynica Morska, więc teraz ja byłem jego spirytusem w TdS :-)) Nie mógł mi odmówić ;-)

Do Godowa, gdzie był start i meta maratonu przybyliśmy w piątkowy wieczór, na spokojnie pobraliśmy pakiety startowe z chustą (bufem) i zimową czapką pod kask na czele.

Zwłaszcza to drugie akcesorium wskazywało, że orgowie wiedzą coś, czego nie wie cała polska meteorologia, która prognozowała na weekend 8-9 lipca dzikie upały. Zacząłem obstawiać śnieg na Pradziadzie, czyli najwyższej górze maratonu – 1491 metrów.

Poza tym kupiliśmy z Andrzejem okolicznościowe T-shirty Tour de Silesia, czarne jak główne bogactwo tych okolic i napiliśmy się dla równowagi finansowej darmowego piwa.

Po zrobieniu kilku fotek oraz okolicznościowego wywiadu z Sebastianem Dusikiem (Gustav) – jednym z głównych organizatorów TdS obok Pawła Pieczki zrobiliśmy zakupy spożywcze i udaliśmy się do Łazisk, gdzie już czekało na nas słońce, na razie tylko w nazwie hostelu Słoneczny Anioł ;-)

Nocka szybko minęła, udało się normalnie pospać i po śniadaniu spokojnie ruszyliśmy na start. Nasza grupa ruszała o godzinie 8:05 i tak też punktualnie to nastąpiło. Ściganci z miejsca odpalili 5 bieg i tyle było ich widać.

Ja chciałem przynajmniej przez jakiś czas korzystać z ogonów naszej grupy jako nawigacji na czeskich drogach – bo po starcie może z 5 km było w Polsce – ale szybko okazało się, że to my jesteśmy ogonem :-)))

Trzeba było więc odpalić telefon, tym bardziej że Andrzeja nawigacja coś tam wariowała i musiał on ją resetować. Jako że po kilkunastu km było już widać Łysą Górę to w sumie na ekran za często nie trzeba było zerkać. Góra ta wydawała się niebotycznie wysoka, wyraźnie wystająca ponad całą okolicę i okoliczne wzniesienia. Prawdziwa Królowa Śląska Cieszyńskiego…

Asfaltami szerokimi i wąskimi, dobrym i popękanymi dotarliśmy w jej pobliże, aby w okolicach 50 km trasy rozpocząć już tylko 15 km wspinaczkę na szczyt (1324 metrów). Prawdziwa sztajfa zaczęła się po skręcie z głównej drogi na drogę już tylko w jednym kierunku – szczytu.

Dopóki podjazd był w lesie upał nie był tak dokuczliwy, ale po wyjechaniu z niego zacząłem się odwadniać prawie w oczach. Na szczęście dobrze oszacowałem swoje potrzeby i na sam podjazd zostawiłem cały bidon. Pierwszy zużyłem podczas 50 km, drugi podczas 16km. Zabawne ;-)

Na podjeździe trzeba było uważać, bo słoneczna pogoda sprawiła, że drogą przemieszczały się albo ją przecinały grupy pieszych, do tego zjeżdżali – czasami z lekko przesadzoną prędkością – inni uczestnicy TdS. Na szczęście to nie była to droga z nachyleniem podjazdu na poziomie 20% i nie było potrzeby meandrować od pobocza do pobocza, bo wtedy groziłoby to czołowym zderzeniem.

Na całym podjeździe miałem dwa momenty, kiedy chciałem zejść z roweru. Było to w chwilach jak prędkość spadała do 7-7,5 km/h i jego prowadzenie nabierało sensu w ramach urozmaicenie ruchowego.

Że jednak były to krótkie chwile to ostatecznie pchania nie było, ale przerwy fotograficzne oczywiście tak, bo widoki były przednie a podczas zjazdu to wiedziałem, że nie będzie ochoty na zatrzymywanie się.

Im bliżej szczytu tym bardziej gotowałem się na widok rowerów elektrycznych, które swobodnie nas wyprzedzały. Na co dzień oczywiście nic nie mam do takiej formy aktywności, bo i na nich trzeba coś tam kręcić, ale w tym momencie … ;-)

Na szczycie pojawiłem się o godzinie 11:30, czyli w samym apogeum upału. Nic więc dziwnego, że po postawieniu roweru i zdjęciu kasku pierwszą czynnością było wylanie na siebie chyba z połowy baniaka z wodą. I to było dobre, i to było fajne. I teraz można było coś zjeść.

Na szczycie bowiem orgowie przygotowali bufet, pierwszy z pięciu na całej trasie 500 km. Ciacho było dobre, arbuzy rewelacyjne, banany spoko, woda nieodzowna, batony KruKam zabrałem na drogę, napoje Tymbark wypiłem a coli już nie było.

Na Andrzeja poczekałem około 25 minut, bo jednak słuszne okazały się moje przestrogi, aby wymienił sobie kasetę z 28 na 34 zęby. Ja tak zrobiłem i to z pewnością pomogło. On tego nie dokonał i na pewno miał trudnej. Skończyło się pchaniem przez dobre 2-3 kilometry.

Po odpoczynku ruszyliśmy w dół około godziny 12:15 i tak skończyła się przygoda z Łysą Górą. Stan asfaltu i tłumy ludzi uniemożliwiły zjazd z prędkością o której czasami się marzy, więc na dole bolały nas palce od częstego hamowania, a wiele km potem dostrzegłem czarne ślady na tylnej tarczy hamulcowej. Coś musiałem przysmażyć ;-)

Kolejne kilometry mijały na jeździe czeskimi drogami z raczej malutkim ruchem samochodowym, oszczędzaniu wody bo sklepów było jak na lekarstwo a te co były – jakiejś sieci – to zamknęły się w sobotę o 11 i cześć. Pracowały w sobotę zaś od godziny 7, jak podawała informacja na drzwiach. Że też to się komuś opłaca na 4 godziny ludzi spędzać w sobotę?

Po dobrych 100 km przestałem w końcu widzieć ogromne dwa kominy elektrowni Detmarovice, czyli w sumie miejsca naszego startu w Godowie. Bo do tej pory to była taka wycieczka dookoła komina :-)))

A gdy zobaczyliśmy z Andrzejem pylon ze znajomym symbolem orlenowskiego orła, to nie bacząc że stacja benzynowa stała przy autostradzie nr 1 niedaleko Ostrawy, chcieliśmy do niej z nasypu, przez płot schodzić ;-) Tam była bowiem szansa na picie, jedzenie a może i nawet program Vitay :-)))

Ostatecznie, oczywiście pozostało to w sferze żartów. Ale wjazd rowerami z autostrady na czeski Orlen to byłoby coś ;-)

Za kilkanaście km namierzyliśmy otwartą lodziarnię, co przy nagrzanym do abstrakcyjnych temperatur powietrzu jawiło się jak oaza na pustyni. Ja zakupy lodów zapoczątkowałem, za chwilę kupowało je już kilku ultrasów jadących za mną, w tym Andrzej. Była też granita, ale to cholerstwo jest tak lodowate, że sobie kiedyś gardło tym załatwiłem. Więc nie brałem.

To ochłodzenie było dobre, bo do punktu w Kylesovicach dotarłem za dobrą godzinę. Andrzej jechał nieco wolnej i na ten bufet dotarł z 5 minut po mnie. Menu było opisane jako ,,zupa-krem” i byłem pełen niepokoju, co to za krem dla ultrasów orgowie przygotowali. Bo generalnie znam jeden na ultra, mało jadalny ;-)

Krem okazał się pomidorową z makaronem, czyli był to strzał w 10! Już wiedziałem, że Pradziada sobie łyknę na deser razem knedlami, które były tam przewidziane.

Ale tymczasem połykałem drugi talerz pomidorowej i popijałem zimną colą ze stojącej tam lodówki, którą zaangażowana obsługa co chwila zapełniała kolejnymi butelkami. Na punkcie były też arbuzy i banany oraz napoje Tymbark.

A jak komuś było mało, to już za korony mógł udać się do restauracji i poprawić sobie np. pizzą.

Z Kylesovic ruszyliśmy z Andrzejem razem i dopóki trasa była płaska to Endrju napierał, tak jak on potrafi. Czyli ogień … Problemy zaczęły się przy najmniejszych zmarszczkach, gdzie kolega momentalnie zostawał z tyłu. A przed nami był raczej niekrótki podjazd na Pradziada …

Jeden z postojów na którym czekałem na Andrzeja, skończył naszą wspólną jazdę na TdS. Limit 30 godzin, który sobie założyliśmy przed startem (organizatorzy dawali 34 h) godzin był coraz mniej realny, a prognoza pogody na niedzielę nie dawała nadziei na radykalne przyspieszenie – miało być jeszcze goręcej niż dzisiaj.

Jedynym plusem był fakt, że Czechy się kończyły i niebawem trasa wchodziła do Polski. Polski, gdzie logistyka zakupów jest bajką w stosunku do naszych południowych sąsiadów.
Andrzej kazał mi jechać samemu, gdyż jemu coraz bardziej doskwierała prawa stopa, która bolała, piekła i ogólnie cierpiała po chyba zbyt długim spacerze w SPD-ach na Łysą.

I tak zaległ na trawie, wyglądając naprawdę słabo. Rad nierad, ruszyłem dalej solo, zostawiłem mu 400 koron żeby w razie czego mógł sobie coś kupić, zrobiłem fotkę wioski w której zaległ i postanowiliśmy skontaktować się telefonicznie już w Polsce.

Bo w Czechach roaming raz działał, raz nie działał, a generalnie nie było żadnego zasięgu. Pomimo ustawienia wszystkiego co możliwe w naszych telefonach.
Także od 177 km jechałem samotnie, chociaż po pewnym czasie dogoniłem kilku bikerów jadących przede mną. Z nimi tasowałem się już do samej mety.

Tymczasem na mapie zbliżałem się do Bruntala, jakiegoś większego miasta na trasie. Postanowiłem tutaj poszukać czegoś do picia, jedzenie powiedzmy że miałem. Na rynku namierzyłem tylko kilka restauracji i żadnych otwartych sklepów. Kiedy już machnąłem na to ręką moim oczom pokazał się otwarty kebab.

I to było dobre. Nie kebab i nie pizza w nim (sic!), ale chłodziarka pełna puszek Coca-Coli :-) Dwie poszły w torbę, jedna w siebie i już byłem gotowy do rozpoczęcia wspinaczki na Pradziada.

Bo to w sumie tutaj się zaczęło. Po drodze był jeszcze krótki zjazd do Małej Morawki a stąd to już zaczęła się jazda w górę. Około 16 km podjazdu, z czego 9 takiego już konkretnego, na szczyt.

W masywie Pradziada dało się zaobserwować chmury, ale to już była taka woda po kisielu bo to była już godzina 20 i upał w naturalny sposób zelżał. Fajnie za to wyglądał szczyt z masztem oświetlany przez zachodzące słońce. Takie oko Saurona ;-)

Około 21 pojawiłem się na dużym parkingu pod Pradziadem i zacząłem zasadniczy podjazd na szczyt. Ruch samochodowy nie istniał, gdzieś tam zamigotała mi czerwona lampka zawodnika, którego postanowiłem sobie dogonić. A że podjazd jednak nie przypominał tego z Łysej to i udało mi się tego dokonać.

Po drodze zatrzymywałem się oczywiście zrobić zdjęcia, ale myśli o prowadzeniu roweru nie pojawiły się. Metry wysokości wchodziły jak nóż w masło, było niespodziewanie łatwo. Organizator dał nam wybór, czy najpierw zdobywamy szczyt i potem jedziemy na bufet-punkt kontrolny w schronisku Chata Barborka czy też na odwrót – najpierw bufet, a potem 3 km na szczyt.

Ja wybrałem drugą opcję, bo nie lubię na zjazdach hamować jak nie trzeba, a i z pustym żołądkiem jechać na rekordową dla mnie wysokość – 1491 metry n.p.m. jeszcze z rowerem nie byłem – nie chciałem.

I tak wbiłem się na punkt, gdzie knedle z jagodami i bitą śmietaną posypane kakao podawał mi sam Paweł Pieczka, jeden z najlepszych zawodników polskiej sceny ultra, organizator Tour de Silesia.

Poza tym na punkcie było ciasto, była kawa, cola oraz banany i arbuzy. Było też ciepło, bo za oknami temperatura bardzo ładnie zleciała z +30 do +10 i zacząłem się cieszyć z cienkich, wełnianych rękawiczek, których użycie przewidziałem już w Elblągu.

Po najedzeniu się i wypiciu kawy ruszyłem na szczyt w towarzystwie pieszych turystów. Kilku próbowało się ścigać się ze mną, ale po informacji, że mam w nogach ponad 200 km i na pewno wygrają wyścig na szczyt, zahamowali i wdali się w rozmowę co, jak i dlaczego?

Na szczycie Pradziada majaczyła w ciemnościach wieża telewizyjna z czerwonymi lampkami sygnalizacyjnymi. Zrobienie zdjęcia bez statywu w tych warunkach graniczyło z cudem, ale od czego jest najmocniejszy tryb bocialarki ;-)

Oświetliła ona wieżę do pewnej wysokość i pozwoliła co nieco zobaczyć. Jeszcze więcej widać na zdjęciu Andrzeja, który zrobił takie cudo. Tak czy siak, Pradziada nocą mam zaliczonego, teraz trzeba będzie go zaliczyć kiedyś za dnia. To powinno być łatwiejsze ;-)

Chwilę potem rozpocząłem zjazd, ale asfalt i na Pradziadzie nie był pierwszej młodości i do linii lasu trzeba było zsuwać się ostrożnie. Zwłaszcza że ruch pieszy istniał, a bywali oni nieprzewidywalni w swoich manewrach.

Na wysokości schroniska dostrzegłem w lampie znaną sylwetkę Andrzeja, wspinającego się na Pradziada. Kurwa, jak ja się ucieszyłem widząc tego fightera w tym miejscu!!! Dałem po hamulcach, stanąłem koło niego i zapytałem, czy był już na punkcie kontrolnym/bufecie?

Powiedział, że nie był więc prawie siłą zawróciłem go z podjazdu i kazałem jechać coś zjeść, napić się i odpocząć. Nie protestował, chyba się mnie wystraszył :-)))))
Za chwilę ponownie byłem więc w schronisku, Andrzeja zostawiłem pod opieką Pawła, ojca-dyrektora TdS a sam ruszyłem dalej w dół.

Zjazd leciałem na hamulcach, bo noc, bo nieznana droga, bo las, bo wizja sarenek i innych borsuków, bo chęć dotarcia do mety w jednym kawałku ;-)

Na parkingu pod Pradziadem byłem ponownie po 3 godzinach od pojawienia się tutaj po raz pierwszy i tak akcja zdobywania tego szczytu się zakończyła. Droga dalej prowadziła z górki, a na kolejnych kilometrach czekały jeszcze dwie krótkie wspinaczki na jakieś pomniejsze górki.

Przed nimi dogoniłem innych bikerów z maratonu, przez chwilę jechaliśmy razem, no ale na tych dwóch podjazdach za Pradziadem ich zgubiłem.

W końcu o godzinie 3:16 wjechałem do Polski przez Trzebinę i chwilę potem zameldowałem na wytęsknionym – nigdy nie sądziłem, że taki stan może dotyczyć stacji paliw :-))) – Orlenie w Prudniku.

To nic, że za 10 km był przygotowany bufet w Laskowicach. Musiałem zjeść i wypić coś znanego. W tym przypadku były to zapiekanki i kawa.

Po tym wczesnym śniadaniu ruszyłem pełny optymizmu ku wschodzącemu nad Opolszczyzną słońcu, które przywitałem na pustej i dobrej jakościowo DK 40 jadąc w kierunku Kędzierzyna Koźla.

Po drodze zajrzałem na wspomniany bufet w Laskowicach. Nic tam nie jadłem, chociaż ryż z warzywami wyglądał spoko. Popiłem sobie coli, zjadłem banany i ruszyłem dalej.

W drodze do Kędzierzyna przyglądałem się typowym w tym województwie dwujęzycznym nazwom miejscowości. Podobne co do zasady są w województwie pomorskim, tam w języku kaszubskim, a w opolskim w języku niemieckim z uwagi na mieszkającą tutaj mniejszość niemiecką.

W Kędzierzynie-Koźlu zatrzymałem się nad Odrą zrobić kilka zdjęć i rzucić okiem na miasto, które miałem okazję widzieć po raz pierwszy. Kojarzyłem je właśnie z Odrą i z zakładami chemicznymi, które dało się z trasy dostrzec.

Za Kędzierzynem rozpoczęły się lasy Kuźni Raciborskiej spustoszone w 1992 roku przez największy w historii powojennej Polski pożar. Teraz po tym katakliźmie nie było już śladu i drzewa dawały piękny cień w ten kosmicznie upalny dzień. Wsparcie zaczęło także nadchodzić od Koszmara, który też informował, że Andrzej jest z 30 km za mną.

Lasami dotarłem do Rybnika, także miasta w którym jeszcze moje rowerowe koła się nie kręciły. Pierwszą tablicę z nazwą miasta przyjąłem zwyczajnie, drugą – po iluś tam kilometrach – z lekkim uśmiechem, a gdy zobaczyłem po raz trzeci RYBNIK to pomyślałem, że tego miasta już nie opuszczę.

Ta miejscowość ma bardzo nieregularny kształt – co widać na mapach – i dlatego tak wiele razy wjeżdżałem i wyjeżdżałem z niego :-)

Za Rybnikiem minął 400 km trasy i do mety zostało jeszcze 108 km i jeden punkt kontrolny. Gdzieś tam na horyzoncie pojawiły się znane z początkowych kilometrów dwa wysokie kominy Detmarovic, albo to była fatamorgana, bo one lubią tworzyć się w gorącym powietrzu.

Żywota dokonały także akumulatory w moim aparacie, bo zabrałem tylko 3 sztuki, zamiast 5. Na szczęście główny akumulator działał należycie, chłodzony solidnie wodą z licznie mijanych po drodze Żabek. Otwartych Żabek ;-)

Tak na marginesie, to logistyka ultra w Czechach i w Polsce to dwa światy. Tam ciężko było coś znaleźć otwartego, u nas sklepy zwykłe, Żabki i Orleny czynią jazdę w każdych warunkach banalną nawet w niedzielę.

Trasa teraz prowadziła przez najmniej atrakcyjne okolice. Nie było na czym oka zawiesić, nie było górek, był za to spory ruch aut – pomimo niedzieli – wskazujący, że Śląsk to liczebnie zupełnie inna bajka niż puste województwo warmińsko-mazurskie.

Opłotkami minąłem Pszczynę i dotarłem w okolice kojarzone z maratonu Wisła 1200. Goczałkowice Zdrój, Zabrzeg i kiedy już zacząłem wypatrywać trawy po kolana – uczestnicy Wisły 1200 wiedzą o czym piszę, reszta się dowie jak przejedzie albo poczyta relację – dotarłem do Międzyrzecza Górnego na ostatni podczas TdS bufet.

Wbrew nazwie miejscowości nie prowadził do niej jakiś podjazd z serpentynami czy też o nachyleniu 20%. Tutaj otrzymałem na talerzu kebaba z frytkami i surówką, dostrzegłem też zimne piwo 0%, które zafundował mi sam Paweł Pieczka – dzięki! W Elblągu będzie na Ciebie czekało zimne EB ;-) – które weszło jak marzenie w rozgrzany organizm.

Wypiłem też z litr zimnej coli z lodem. Lodem, który jak się potem okazało był inspiracją dla będącego z tyłu Andrzeja i jego bolącej stopy do zrobienia sobie lodowego okładu. Miałem ochotę poczekać tutaj na niego, tak aby razem finiszować, ale kibicujący Marcin jednym SMS-em sprawił, że postanowiłem walczyć.

Napisał: ,,W 32 powinieneś się zmieścić …” To było jak szpila, która sprawiła że ostatnie 50 km do mety pokonałem w 2 godziny. To mogło mnie zabić, ale co tam :-)))

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Dzięki Koszmar!

I tak to w szaleńczym tempie przeleciałem ostatnie kilometry maratonu, odnajdując znajome obrazy z GMRDP w okolicach Zebrzydowic i Marklowic. Na chwilę znowu wjechałem do Czech, aby po chwili finiszować w Godowie. Po 31 godzinach 42 minutach śląska epopeja dobiegła końca.

Najgorętszy medal w mojej historii ultra wręczył mi Paweł Pieczka i po chwili siedziałem na trawie w cieniu solidnej lipy odpoczywając sobie po tej niesamowitej przygodzie.

Monitoring mówił, że Andrzej także dostał przyspieszenia na ostatnich kilometrach i wyrobi się w limicie 34 godzin.

Ja tymczasem podniosłem 4 litery i udałem się na obiad. Otrzymałem kotleta z piersi kurczaka, modrą kapustę i ziemniaki. Dokupiłem do tego browara i to wszystko było dobre. Bardzo :-)

W międzyczasie na metę dotarł Andrzej (33:11) i narzekając, że nikt go nie fetował i nie czekał z medalem dotarł na obiad. Medal miał ;-)

Teraz był czas na wymianę spostrzeżeń, wniosków i wymianę poglądów z innymi ultrasami. Po obiedzie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do Słonecznego Anioła. Nie było problemem zasnąć…

Podsumowanie:
Po raz pierwszy ktoś z Elbląga wziął udział w tym maratonie i tym bardziej cieszy, że obu debiutantom udało się go zakończyć w limicie czasu już za pierwszym razem. Prawdziwy ultra charakter pokazał oczywiście Andrzej, powstając jak Feniks z popiołów po czeskim kryzysie i finiszując ze sporym zapasem. Kiedy wiele znaków wskazywało, że ta sztuka może mu się nie udać. Brawo Endrju!

Oczywiście muszę wbić mu małą szpilę, bo gdyby mnie posłuchał i przed TdS wymienił sobie kasetę na 34z to pewnie nie musiałby pchać podjazdu na Łysą i w ten sposób stopy by sobie nie nadwyrężył. Nie zrobił tego, bo musiałby wymieniać też przerzutkę tylną. A tego nie chciał ;-)

Organizacyjnie impreza została przygotowana bardzo dobrze, a największy zarzut mam do organizatorów, że nie poinformowali na odprawie, jak wygląda kwestia sobotniej dostępności sklepów w Czechach. Ta wiedza – biorąc pod uwagę ekstremalne warunki – pomogłaby inaczej rozplanować logistykę zakupów.

Inne sprawy miały mniejszy kaliber i dotyczyły drobnych braków na bufetach zapowiadanych artykułów (cola na Łysej) albo menu niekoniecznie rowerowego (kotlety na mecie, kebab z frytkami w Międzyrzeczu).

Dzięki Paweł, dzięki Sebastian za zaangażowanie i pasję w tym co robicie. A Tour de Silesia polecam każdemu, kto chce poznać ciekawe okolice pogranicza polsko-czeskiego i zaliczyć dwa piękne czeskie szczyty. I niech Was nie zmyli te ,,kameralne” 500 km ;-)











Dane wyjazdu:
115.00 km 0.00 km teren
06:01 h 19.11 km/h:
Maks. pr.:57.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:

ROSJA-OBWÓD KALININGRADZKI. Powrót do Elbląga

Niedziela, 7 czerwca 2015 · | Komentarze 4

Trasa: KALININGRAD-Uszakowo-Ładuszkin-Mamonowo-Gronowo-Braniewo-Frombork-Milejewo-ELBLĄG 

FOTOGALERIA (z opisem)






Wszystko co dobre za szybko się kończy i nie inaczej było teraz. Weekendowa peregrynacja po drogach zachodniej części OK dobiegła końca i nastał czas powrotu. Po porannej mszy (katolicy w Rosji obchodzili akurat Boże Ciało) plan dnia zawierał dodatkowo zajrzenie do portu w Kaliningradzie oraz obejrzenie – dzięki Gosi, która podsunęła ten obiekt – unikatowego podnoszonego mostu kolejowo-samochodowego. Potężna konstrukcja jest sprawna i może przepuszczać statki w głąb Pregoły. Tory kolejowe wraz z jezdnią są podnoszone prostopadle, a nie jak u nas w Elblągu pod kątem, do koryta rzeki. Potężne bloki betonu jako przeciwwagi robią wrażenie.

Sam port nie jest szczególnie dostępny, możliwość obejrzenia go istnieje tylko z jednej (północnej) strony. Fabrykę BMW sobie podarowaliśmy bo nie chciało nam się tłuc z sakwami po kamiennej kostce.

W dalszej drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Laduszkin, gdzie z przydrożnych baniaków skosztowaliśmy kwasu chlebowego. Następny postój to już była granica, gdzie formalności trwały najkrócej w historii, bo i samochodów było jak na lekarstwo. Jeszcze tylko mały shoping w duty free i już można było wjeżdżać do kraju :-).

Na dobrą jazdę zjedliśmy obiad w Braniewie i pokrzepieni makaronami i pizzą szybko dotarliśmy do Elbląga. Tym samym wyjazd dobiegł końca.

Dziękuję mojej ekipie za wspólne kręcenie na drogach i bezdrożach Obwodu Kaliningradzkiego. Bez Was ten wyjazd byłby niemożliwy. Jestem bardzo zadowolony z tego co widzieliśmy i z tego co nie też, bo to znaczy że trzeba będzie jeszcze tam wrócić. Słowa podziwu dla Gosi i Marka, którzy nie poddali się podczas długich tras, a jednak nie jeżdżą tyle co Ela i Krzysztof.  Dzięki Wam też za usługi tłumaczenia. Krzyśkowi dziękuję za pomoc w nawigacji i baczenie na tyły grupy, a Eli za motywowanie Gosi i nieustanny uśmiech na twarzy.

Dziękuję też Księdzu Proboszczowi dr Jerzemu Steckiewiczowi za wyrażenie zgody na nasz pobyt na plebanii i udzieloną wszechstronną pomoc.




Dane wyjazdu:
180.00 km 0.00 km teren
08:37 h 20.89 km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:

ROSJA-OBWÓD KALININGRADZKI. Mierzeja Kurońska

Sobota, 6 czerwca 2015 · | Komentarze 0

Trasa: KALININGRAD-Guriewsk-Habrowo-Zielenogradsk-Lesnoj-Rybaczij-Morskoje-Zielenogradsk-Melnikowo-KALININGRAD

BIKEMAP

GPS

FOTOGALERIA (z opisem)






Poranek trzeciego dnia powitał nas pięknym słońcem i ładnie wiejącym z południa wiatrem. Zapowiadała się przyjemna jazda w kierunku Parku Narodowego Mierzei Kurońskiej bo to on był głównym celem drugiego dnia rowerowej jazdy po zachodniej stronie OK.
Po wczorajszej przeprawie z bardzo dużym ruchem samochodowym na trasie z Bałtijska dzisiaj od razu skierowaliśmy się na boczne drogi i pędząc z wiatrem w plecy szybko dotarliśmy do Zelenogradska. Po drodze minęliśmy ,,zamek’’ w Gurevsku, ruiny kościoła w Żemczużnoje, zamek Szaaken z 1270 roku oraz lotnisko międzynarodowe Hrabrowo. Przecinaliśmy oś pasa startowego, także dużo się nad naszymi głowami działo.

Przez Zelenogradsk przejechaliśmy bez zatrzymywania obiecując sobie analizę miasta w drodze powrotnej. Wstęp dla rowerzystów jest na teren parku narodowego bezpłatny, płacą ci co zanieczyszczają powietrze. Logiczne :-).
W pierwszej miejscowości na Mierzei Kurońskiej, Lesnoj, dziewczyny postanowiły odwiedzić plażę, my zaś ruszyliśmy w głąb półwyspu aby potańczyć z sosnami w lesie i wspiąć się na drugą co do wysokości w Europie ruchomą wydmę Efa.

Dynamiczna jazda zakończyła się parę kilometrów przed granicą z Litwą, gdzie znajduje się wspomniany tańczący las i wysoka na 62 metry wydma. Zdjęcia słabo oddają urodę tych miejsc, słowami w ogóle tego nie idzie opisać. Prawdziwe unikaty.

Po dokładnej analizie zaczęła się droga powrotna, przebiegająca w równie szybkim tempie co poprzednio. Nas nie można samych puszczać :-). Dziewczyny czekały na nas przy punkcie poboru opłat i już razem wjechaliśmy do Zelenogradska. Tutaj udaliśmy się nad morze, zaglądając na wypełnioną ludźmi plażę, promenadę i molo.

Pokręciłem nieco grupą po ulicach miasta i unikając głównej drogi ruszyliśmy do Kaliningradu. Straszyła nas nieco groźnie wyglądająca chmura zbliżającego się frontu, ale deszczu i burzy z niej nie było.
Przed Kaliningradem natknęliśmy się w Miedwiediewce na czynny cmentarz wojskowy z wystawą sprzętu wojskowego przed jego płotem i tym razem wjeżdżając do miasta od północnej strony szybko dotarliśmy do mety dzisiejszej trasy.

DALEJ 



Dane wyjazdu:
181.00 km 10.00 km teren
10:10 h 17.80 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:22.0
Podjazdy: m
Rower:

ROSJA-OBWÓD KALININGRADZKI. Wybrzeże

Piątek, 5 czerwca 2015 · | Komentarze 0

Trasa: KALININGRAD-Pionerskij-Swietłogorsk-Jantarnyj-Primorsk-Bałtijsk-Primorsk-Vzmor'e-KALININGRAD

BIKEMAP

GPS

FOTOGALERIA (z opisem)






Założeniem pierwszego dnia poważnego podróżowania po Obwodzie Kaliningradzkim było odwiedzenie zachodniego i północnego wybrzeża Bałtyku ze szczególnym uwzględnieniem Bałtijska oraz klifów w okolicach Swietłogorska. Jak to z planami bywa uległy one zmianie, bo w wyniku zbyt wczesnego zjazdu z obwodnicy miasta skierowaliśmy się najpierw na północ.

Szybko zamieniliśmy drogę z dużym natężeniem ruchu na taką z mniejszym, aż wreszcie wylądowaliśmy na szutrowej nawierzchni gdzie blachosmrody nie były obecne. Niebawem na trasie pojawił się Pionerskij w którym zajrzeliśmy na nadmorską promenadę zajmującą całą plażę z ładnym widokiem na rezydencję Prezydenta Rosji. Były też morskie łabędzie oraz niewysoki klif.

Kilka kilometrów dalej odwiedziliśmy Swietłogorsk reklamowany jako miasto w niemieckim stylu, który szczęśliwym zrządzeniem losu przetrwał wojnę i lata socjalizmu. Na wjeździe rzuciła nam się w oczy ładna, ale zupełnie współczesna promenada wzdłuż jeziora Cichego na rzece Swietłogorce. Urządziliśmy sobie tam przerwę obiadową, po której … wyjechaliśmy z miasta. Wiecie przecież, że z pełnym żołądkiem źle się zwiedza :-). Miasto zostawiliśmy sobie na kolejny raz.

Dalsza droga wiodła na zachód, gdzie w okolicy Donskoe pojawiliśmy się na najwyższych klifach Sambii. Fenomenalny widok, wspaniała pogoda (przez całe 4 dni zresztą) i gdyby to był sierpień to nie obyłoby się bez morskiej kąpieli.

A tak jadąc dalej - teraz już na południe – dotarliśmy do Jantarnego, gdzie w dwóch kopalniach pozyskuje się prawie 90% światowego wydobycia bursztynu. My do nich jednak nie docieramy w wyniku błędu nawigacyjnego a kiedy się o tym dowiadujemy jesteśmy już za daleko aby zawracać. Zasoby bursztynu są jednak szacowane jeszcze na 90 lat wydobycia więc myślę, że zdążymy się tam pojawić :-).
 
W Jantarnym sfotografowałem raz jeden podczas całego wyjazdu pomnik poświęcony poległym żołnierzom Armii Czerwonej podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak nazywa się w Rosji II Wojnę Światową. Jest ich tyle na terenie obwodu, że zajęłyby połowę galerii. Ten przykuwa uwagę bo jest pomalowany na złoto a postać stojącego żołnierza przedstawia, nie przymierzając, Supermana z pepeszą.

Z każdym obrotem korbami zbliżaliśmy się teraz do Bałtijska, tajemniczego i do niedawna całkowicie zamkniętego dla obcokrajowców miasta. Wszystko przez główną bazę Floty Bałtyckiej tutaj się znajdującą. Co prawda w dobie satelitów i wujka Google brzmi to zabawnie, ale tablice wjazdowe informują nadal o szczególnym statusie tego miejsca.

My pojechaliśmy bez żadnych dodatkowych zezwoleń, bo tak wynikało z informacji Konsulatu Rosyjskiego w Gdańsku. Dotarliśmy do samej Cieśniny Pilawskiej i spojrzeliśmy na ten wąski pas wody z którym jest tyle zamieszania. Obejrzeliśmy pomnik twórcy Floty Bałtyckiej cara Piotra Wielkiego, zajrzeliśmy do portu i zobaczyliśmy jak płynie prom na Mierzeję Wiślaną (w Rosji zwaną Bałtijską Kosą).

Nadmorską promenadą pojechaliśmy w kierunku wyjścia z portu na Bałtyk gdzie stoi  ogromny pomnik z postacią siedzącą na koniu. To caryca Elżbieta, która wcieliła ,,na chwilę’’ Prusy do Rosji. Pod pomnikiem stojącym na ogromnym postumencie (rodzaj jakiegoś mauzoleum) toczył się handel bursztynem, magnesami na lodówki, lodami i innymi pamiątkami.

Wyjazd z miasta odbywał się tą samą drogą co przyjazd. Była ona zatłoczona do granic możliwości samochodami i tak było do samego Kaliningradu. To był zdecydowanie najmniej przyjemny odcinek podróży, liczący około 65 km. Zrezygnowaliśmy z obejrzenia portu handlowego bo istniało ryzyko zbyt późnego powrotu do Kaliningradu. Także miasto Swietłyj musi poczekać na kolejny raz.

Z Krzyśkiem podjęliśmy jeszcze próbę znalezienia krzyża postawionego w miejscu domniemanej śmierci św. biskupa Wojciecha (tego samego, który może zginął w Świętym Gaju) który z misją chrystianizacyjną dotarł także w te rejony. Dysponując w miarę dokładnymi informacjami od polskich księży jednak go nie znaleźliśmy, gubiąc się w plątaninie leśnych dróg.

Do miasta Kanta dotarliśmy równo z zachodzącym słońcem i po 23 kilometrach jazdy po mieście, które zaczynam znać coraz lepiej udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

DALEJ 



Dane wyjazdu:
110.00 km 0.00 km teren
05:29 h 20.06 km/h:
Maks. pr.:42.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:

ROSJA-OBWÓD KALININGRADZKI. Dojazd do Kaliningradu

Czwartek, 4 czerwca 2015 · | Komentarze 0

Trasa: ELBLĄG-Milejewo-Frombork-Braniewo-Gronowo-Mamonowo-Ładuszkin-KALININGRAD

FOTOGALERIA (z opisem)





Mały ruch graniczny stworzył tańszą możliwość rowerowej eksploracji rosyjskiego Obwodu Kaliningradzkiego. Po pierwszej wizycie na granicy, następnie odwiedzeniu Kaliningradu i pielgrzymce Szlakiem Świętego Jakuba nadszedł czas na dłuższy wyjazd.
Czworo elbląskich rowerzystów zdecydowało się spędzić ze mną rowerowy weekend na trasach zachodniej części Obwodu Kaliningradzkiego. Mieszana ekipa (Ela, Gosia, Krzysiek i Marek) punktualnie o 15 ruszyła na trasę do Kaliningradu. Zawieszone na bagażnikach sakwy wskazywały, że podjazd do Milejewa będzie nieco cięższy niż zwykle.

Po jego pokonaniu już bez większego wysiłku kręciliśmy kolejne kilometry na trasie prowadzącej prosto do przejścia granicznego w Gronowie. Po drodze zatrzymaliśmy się u mojego brata w Braniewie i zabraliśmy kupione wcześniej artykuły żywnościowe. Na granicy powitał nas elbląski biker Bartek, który jednak nie chciał sprawdzić nam paszportów  :-).

To czekało na nas kilkanaście metrów dalej i nawet było połączone z zajrzeniem do sakw co też tam ciekawego wywozimy z Polski. Na granicy rosyjskiej tradycyjnie ominęliśmy sznur samochodów i bez kolejki podjechaliśmy do kontroli. Poszła szybko i sprawnie i już po 20 minutach oba przejścia graniczne mieliśmy za sobą. Znana droga do Kaliningradu minęła szybko i kilkanaście minut po 21 (obecnie jest ten sam czas w obwodzie co u nas) byliśmy na miejscu naszego noclegu w Parafii Świętego Wojciecha.

DALEJ





Dane wyjazdu:
86.00 km 0.00 km teren
05:40 h 15.18 km/h:
Maks. pr.:37.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:

POMORSKA DROGA ŚW. JAKUBA - Etap I Kaliningrad-Frombork

Wtorek, 23 września 2014 · | Komentarze 0


Trasa: KALININGRAD-Uszakowo-Ładuszkin-Mamonowo-Braniewo-Klejnowo-Różaniec-FROMBORK

GPS

PEŁNA FOTOGALERIA (444 zdjęcia z opisem)

Pierwszy dzień pielgrzymki powitał nas lejącym w Kaliningradzie deszczem i totalnymi ciemnościami o poranku. Nikt nie oczekiwał, że będzie łatwo, ale żeby tak od razu :-).

Chmury jednak do godziny 9 ustąpiły za sprawą silnego wiatru i po mszy świętej cztery osoby ( wicestarosta lęborski Ryszard Wenta, chłopaki z Głogowa i ja) ruszyliśmy w trasę. Kilkanaście kilometrów zrobiliśmy po mieście, odwiedzając Plac Zwycięstwa, katedrę (salę koncertową) i bulwar nad Pregołą. 

W końcu wyjechaliśmy z miasta, a kilka kilometrów za nim dołączył do nas Aleksiej na rowerze. I tak w piątkę kręciliśmy pierwsze kilometry na Jakubowym szlaku. Dwa razy dorwał nas przelotny deszcz, ale że świeciło na nas też słońce to szybko wysychaliśmy. Szlak na terenie Rosji nie jest jeszcze oznakowany lecz prowadzi prostą, ale i niestety główną drogą w kierunku granicy to i problemów z nawigacją żadnych nie mieliśmy.  Ruch na niej panował dość spory, ale Rosjanie nie mieli większych trudności z bezpiecznym wyprzedzaniem naszej grupki. Pomagał nam też z pewnością samochód techniczny jadący za nami z prędkością rowerową. 

Ogromna kolejka aut na granicy pokazała w tym miejscu przewagę roweru. Podjechaliśmy bezpośrednio do kontroli paszportowej, która jednak po stronie rosyjskiej mocno się przeciągała, tak że na przejściach spędziliśmy  w sumie  50 minut. Na polskiej granicy uzyskaliśmy pieczątki nie tylko do paszportu oficjalnego ale i pielgrzymiego i już mogliśmy jechać dalej. Około kilometr za granicą dostrzegliśmy na drzewie pierwszy znak żółtej muszli.  Obowiązkowa fotka była w tym miejscu konieczna. 

Dalsze znaki doprowadziły nas do Braniewa gdzie szlak skręcał w kierunku Nowej Pasłęki. Przez Klejnowo jadąc po betonowych płytach dotarliśmy do wału przeciwpowodziowego nad Zalewem Wiślanym i podziwiając  piękne widoki oraz zbliżającą się panoramę Fromborka z górującym nad miasteczkiem Wzgórzem Katedralnym kręciliśmy ostatnie kilometry. Nieco spóźnieni dotarliśmy w końcu do grodu Kopernika i zakwaterowaliśmy się w hotelu, a jakże,  Kopernik :-).







Dane wyjazdu:
229.00 km 0.00 km teren
11:02 h 20.76 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy:631 m

SZCZECIN-ŚWINOUJŚCIE

Czwartek, 21 sierpnia 2014 · | Komentarze 0

Założenie nowego napędu chwilę przed startem w BB Tour 2014 spowodowało konieczność jego dotarcia. Z prawdziwą przyjemnością popełniłem więc turystyczną jazdę na trasie przez Niemcy :-). 

Trasa: SZCZECIN-Police-Dobieszczyn-Eggesin-Ueckermunde-Anklam-Lassan-Wolgast-Peenemunde-Koserow-Bansin-Heringsdorf-Ahlbeck-ŚWINOUJŚCIE

FOTOGALERIA (ogromna - 490 zdjęć)





Dane wyjazdu:
247.00 km 1.00 km teren
11:38 h 21.23 km/h:
Maks. pr.:52.00 km/h
Temperatura:34.0
Podjazdy:1367 m

KALININGRAD (RUS)

Niedziela, 3 sierpnia 2014 · | Komentarze 3

Trasa:ELBLĄG-Milejewo-Pogrodzie-Frombork-Braniewo-Gronowo-Mamonowo-Ładuszkin-Usakowo-KALININGRAD-Usakowo-Ładuszkin-Mamonowo-Gronowo-Braniewo-Pogrodzie-Tolkmicko-Kadyny-Suchacz-Kamionek Wielki-ELBLĄG

BIKEMAP


FOTORELACJA


Elbląski Plac Jagiellończyka w niedzielny poranek ( godzina 4.00) był zupełnie opustoszały, dopóki nie pojawiła się na nim grupka czterech osób mających w planie spędzić wiele godzin na rowerze kręcąc kilometry na wycieczce do Kaliningradu. Ela, Krzysiek, Leszek i ja jako sprawca całego tego zamieszania poczekaliśmy jeszcze chwilę na ewentualnych śpiochów i nie doczekawszy się takowych ruszyliśmy w drogę.

Ulica Królewiecka wyprowadziła nas z miasta i do Milejewa pracowicie wspinaliśmy się na Wysoczyznę Elbląską. Niebawem mogliśmy oglądać czerwony wschód słońca, które towarzyszyło nam w nadmiarze przez cały dzień.
O poranku jazda była jednak bardzo przyjemna, kilometry szybko mijały i o godzinie 6 byliśmy już w Braniewie. Zakupy w sklepie, małe śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Niebawem zameldowaliśmy się na pustej granicy w Gronowie, gdzie  podobnie jak w zeszłym roku przyjęto nas szybko i sprawnie ograniczając się do sprawdzenia paszportów ( nie oczekujcie wbicia pieczątki zarówno polskiej jak i rosyjskiej kontroli granicznej). Po rosyjskiej stronie było podobnie i w ten sposób na przejściach byliśmy około 20 minut. Dodam, że rowerzyści nie muszą czekać razem z samochodami tylko podjeżdżają ,,bez kolejki’’. Przestrzegam tylko przez podjeżdżaniem, gdy świeci się czerwone światło. Aż tak to się nie spieszcie ;-). I nie wolno zgubić karty migracyjnej, którą otrzymuje się na wjeździe  i oddaje przy wyjeździe  po rosyjskiej stronie.

Za granicą dalsza droga prowadziła dobrej jakości asfaltem (droga A 194), który towarzyszył nam aż do Kaliningradu z kilkusetmetrowym odcinkiem kostki kamiennej w miejscowości bodajże Piatidorożnoje. Ruch na niej panował niewielki, samochody tylko rosyjskie (polskie rejestracje pojawiły się 4 razy). Nie było żadnego wyprzedzania ,,na gazetę’’, wymuszeń pierwszeństwa - pełen spokój. Policja drogowa kilka razy nas mijała, ale nie zainteresowała się nami, ani stylem naszej jazdy ( jechaliśmy parami). Oznakowanie drogi bardzo dobre, kilometraż podawany poprawnie i często.

Tak sobie miło pedałując o godzinie 9.15 ( cały czas podaję czas polski – wg. rosyjskiego była to już 10.15) byliśmy na rogatkach Kaliningradu po drodze kosztując arbuzów od przydrożnego sprzedawcy ( 30 rubli/kg - 2,64 zł). Wjazd do miasta to szeroka, dwujezdniowa arteria zwężająca się dopiero przed samym centrum.
Plan Kaliningradu wydawnictwa Globus z 1994 roku ( nowszego nie znalazłem – może ktoś wie czy jest gdzieś dokupienia) pojawił się na mapniku  i zaczęło się zwiedzanie miasta. Kilka razy mapa nie odwzorowała rzeczywistości rozciągającej się przed oczami, ale w sumie nie było trudno. Katedry i innych zabytków nie przeniesiono, pojawiły się nowe drogi.

Co obejrzeliśmy widać w fotogalerii. Nieznośny upał spowodował, że z przyjemnością korzystaliśmy z kaliningradzkich fontann i jechaliśmy wzdłuż Pregoły i innych zbiorników wodnych, które dawały ochłodę.
Niezbędne okazały się zakupy w lokalnym ,,magazinie’’ (sklepie). I tak woda Bonaqua 1 litr to koszt 38 rubli ( 3,34 zł),coca-cola 1 litr to 58 rubli (5,10 zł), lód-rożek to koszt 39 rubli (3.43 zł). Walutę kupowałem po 0,88 zł za 10 rubli. Z oferty obiadu nie korzystaliśmy ale widziałem ofertę bogatego ,,biznes-lunchu ‘’ za 350 rubli. Jest w Kaliningradzie Mc Donalds przy dworcu północnym, ale jak go zobaczyliśmy to już byliśmy najedzeni.

Ekipa miała kanapki, ja jechałem na upało-odpornych sezamkach, tak więc pozostało znaleźć fajny park najlepiej nad wodą. Nasz wybór padł na park  o ciekawej nazwie Kolos, wody niestety w nim nie było. Rozłożyliśmy się na popas na trawie budząc żywe zainteresowanie przechodzących Rosjan. Jedna pani nawet sprawdziła, co to też za flaga powiewa przy moim rowerze.

Po odpoczynku pogoniłem jeszcze trochę ekipę po kaliningradzkich ulicach i w końcu robiąc ostatnią fotografię głównego dworca kolejowego ruszyliśmy około 15.00 w drogę powrotną.

Podczas wyjazdu poruszaliśmy się już w dużym ruchu, ale w dalszym ciągu kierowcy nie sprawiali nam trudności. Kilka kilometrów za miastem zdecydowaliśmy się na kąpiel w jednej z zatok Zalewu Kaliningradzkiego (po naszemu Zalew Wiślany). Zakazy kąpieli stały w ogromnej ilości, ale jeszcze większe tłumy Rosjan koncertowo miały je w poważaniu. Znaleźliśmy więc i my dogodne miejsce i dawaj do wody. Jak dla mnie była nieco za ciepła, ale na pewno chłodniejsza niż powietrze ( wyjeżdżając z Kaliningradu było 34 stopnie w cieniu). Pływanie utrudniały wodorosty plączące się do rąk i nóg, ale nie miało to większego znaczenia. Było świetnie.

Dalsza droga to mozolne kręcenie w słońcu ( większy kompleks leśny jest tylko w okolicy Ładuszkina) i coraz mniejszy ruch samochodowy. Po drodze uwieczniam suszące się cały dzień spadochrony na brzozie i bunkier w Mamonowie. Na granicy meldujemy się około 18.00. Odprawa przebiegła po obydwu stronach szybko i sprawnie. Odwiedziliśmy jeszcze sklep wolnocłowy ( za przejściem rosyjskim, a przed polskim). Małe zakupy stosownych używek dla familii ( można płacić w euro, złotówkach, rublach, dolarach) i jazda do Polski.

W Braniewie zatrzymaliśmy się w pizzerii na obiadokolację i wciągnęliśmy zasłużone porcje makaronu ze szpinakiem, schabowego i kotleta de volaille. Z nowym zasobem sił i już bez upierdliwego towarzystwa słońca rozpoczęliśmy kręcić ostatnie 40 km dzielące nas od Elbląga.
Dla urozmaicenia trasy zdecydowaliśmy się w Pogrodziu na jazdę nową DW 503 i przez Tolkmicko i Suchacz z przerwą przy sklepie w Kadynach dotarliśmy około 22.20 do Elbląga. Tym samym niedziela bogata w moc wrażeń i kilometrów dobiegła końca. Czas na zasłużony odpoczynek w wannie i lulu :-).

Podsumowanie

Wyjazd do Kaliningradu (Rosja) miał na celu rowerowe rozpoznanie miasta o którym słyszałem wiele opinii wzajemnie wykluczających się. Na trasie jechałem w doborowym towarzystwie Eli, Krzyśka i Leszka. Kaliningrad okazał się miastem w którym nowoczesności towarzyszą naleciałości starych czasów. Przesadzone jednak są opinie skrajnie negatywne.Warto się o tym naprawdę  osobiście przekonać. Nie bać się -jechać :-)

Nowe i na europejskim poziomie przestrzenie sąsiadują z tymi niskiej jakości. Jest to miasto kontrastów, ale nie można tego powiedzieć o jego mieszkańcach, którzy z zainteresowaniem i życzliwością obserwowali naszą ekipę.

Sytuacja rowerzystów na ulicach miasta jest klarowna. Nie ma ścieżek rowerowych, nie ma zakazów dla rowerów, jeździmy po ulicy, gdzie możemy liczyć na normalne traktowanie przez kierowców. Wyjątkiem są kierowcy komunikacji miejskiej (autobusy, trolejbusy), którzy muszą mieć bardzo napięte rozkłady bo wyprzedzają bez pardonu spiesząc się na przystanki. Na wielu skrzyżowaniach mamy liczniki czasu, które ułatwiają jazdę nie tylko kierowcom. Lokalną specyfiką jest oznakowanie przejść dla pieszych, a w zasadzie jego brak. Stoją tylko znaki pionowe, zebr brak. Kierowcy jednak nie mają trudności aby zatrzymać się i przepuścić ludzi.

Wycieczkę uważam za bardzo udaną i z pewnością wartą powtórzenia, ale już w kilkudniowym wymiarze, bo zaledwie kilka godzin to pozwala jedynie posmakować miasta.   Dziękuję Wam za wspólne kręcenie i gratuluję Eli poprawienia kolejnej życiówki ( 245 km). Trzysta na horyzoncie?