INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 301.707 kilometrów, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.89 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)

DO MRDP 2025 ZOSTAŁO



baton rowerowy bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

SUPERMARATONY

Dystans całkowity:31460.00 km (w terenie 918.00 km; 2.92%)
Czas w ruchu:1484:16
Średnia prędkość:21.11 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:155712 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:642234 kcal
Liczba aktywności:79
Średnio na aktywność:398.23 km i 21h 30m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
294.00 km 0.00 km teren
14:10 h 20.75 km/h:
Maks. pr.:44.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:850 m

MRDP - III etap

Wtorek, 20 sierpnia 2013 · | Komentarze 5

Trasa: Dubicze Cerkiewne-Zosin.

FOTOGALERIA

Noc jest bardzo jasna, łysy świeci mocno i jedzie się bardzo przyjemnie. W Dubiczach spałem z nogami w górze, co sprawiło że i one dobrze wypoczęły. Dodam, że po problemach żołądkowych z pierwszej doby zdążyłem już zapomnieć. Zwracam jednak nadal dużą uwagę na to co jem.

Mijam Kleszczele, widzę drogowskaz na Grabarkę i z bólem turystycznego serca rezygnuje z odwiedzin. W Siemiatyczach jestem o 3 rano i na stacji benzynowej spożywam śniadanie. Potem zjeżdżam w dolinę Bugu, który od tej pory będzie stałym towarzyszem jazdy aż do Zosina. Droga prowadzi nieco lepszymi asfaltami w kierunku Janowa Podlaskiego, ale zanim tam dojadę korzystam ze sklepo-piekarni w Konstantynowie, której zapachy przyciągają i kuszą z daleka :-).

W Janowie Lubelskim widzę, że do sławnej stadniny są 4 km w jedną stronę i ze smutkiem rezygnuję z jej odwiedzin. Za to w Pratulinie nie mam wątpliwości, aby odwiedzić Sanktuarium Męczenników Podlaskich, bo słyszę o nim po raz pierwszy.
Niebawem natykam się na pole kukurydzy dozorowane przez … czołg, chyba T-34 :-). Punkt kontrolny w granicznym Terespolu osiągam o 7.30, wcześniej przejeżdżając nad drogę celną z Koroszczyna do przejścia w Kukurykach. Tylu kamer na metr kwadratowy jeszcze nie widziałem.

W Terespolu dłuższy postój mam na przejeździe kolejowym gdzie przetacza się z rowerową prędkością rosyjski skład towarowy. Z nudów robię kilka fotek.
Za Terespolem na trasie jest Kodeń, gdzie poddaję analizie znane sanktuarium maryjne i robię kilka zdjęć. Towarzyszy mi piękne bezchmurne niebo i nieodmiennie południowy wiatr. Momentami droga (bardzo nierówny asfalt) dotyka granicznej rzeki Bug co wykorzystuję na wykonanie zdjęć malowniczo meandrującej rzeki. Pora obiadowa wypada we Włodawie, ładnym miasteczku na ścianie wschodniej. Raczę się makaronem i tak wzmocniony ruszam w lasy włodawsko-sobiborskie. Na polach zieleni się tytoń, wszak Lubelszczyzna to krajowe zagłębie upraw tej ładnej, a jakże szkodliwej rośliny. Mijam Sobibór, odpuszczając sobie wizytę w dawnym obozie zagłady z czasów II wojny światowej, przejeżdżam przez Wolę Uhruską i docieram do Dorohuska.

Tutaj zaczyna się jazda szlakiem poznanym w zeszłym roku w ramach rekonesansu przed MRDP. Mam jednak nieodparte wrażenie że z asfaltem na odcinku do Zosina stało się przez zimę coś strasznego. Zamierzam nocować w Horodle, gdzie jest duży dom weselny, ale okazuje się być cały zajęty przez ekipę budowlaną. Ruszam więc do Zosina i tam nocuję w motelu przy przejściu granicznym, przy okazji podstemplowując kartę kontrolną.
Kategoria SUPERMARATONY, G/MRDP


Dane wyjazdu:
297.00 km 0.00 km teren
13:11 h 22.53 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:22.0
Podjazdy:1604 m

MRDP - II etap

Poniedziałek, 19 sierpnia 2013 · | Komentarze 0

Trasa: Stańczyki-Dubicze Cerkiewne.

FOTOGALERIA

Mijam uśpione miejscowości, docieram do kolejnego punktu kontrolnego w Wiżajnach na polskim biegunie zimna. Nie ma mowy o pieczątce, musi wystarczyć fotka z tablicą. Docieram do Szypliszek przy DK 8 gdzie spotykam otwarty bar. Pora na śniadanie jest dobra (3 rano;-) więc jajecznica z gorzką herbatą ląduje na stole. Po jedzeniu czuję się jak nowo narodzony i ruszam dalej.

Droga prowadzi z góry mapy na dół, więc śmieję się że mam teraz z górki. Stan dróg pozostawia jednak wiele do życzenia, chociaż zdarzają się odcinki przyjemne.
Mijam Sejny (kolejny punkt kontrolny) i już jadę DK 16 w kierunku Augustowa. Na tej drodze mam najbardziej niebezpieczny incydent na trasie MRDP. Tir wyprzedzając traktor zmusza mnie do zjechania na trawiaste pobocze, które na szczęście jest równe i rower utrzymuje równowagę. Serdecznie pozdrawiam kierowcę słowami powszechnie stosowanymi w takich sytuacjach i jadę dalej.

Niebawem opuszczam krajówkę i dalej kryjąc się w cieniu lasów Puszczy Augustowskiej jadę w kierunku Lipska. Tutaj kończą się lasy i wracamy do walki z południowym wiatrem. Do Sokółki gdzie wyznaczono punkt kontrolny docieram około 10 rano. Prowiantuję się w sklepie i ruszam na Supraśl w którym nigdy jeszcze nie byłem. Będąc tam nie mogę sobie odmówić kilku zdjęć prawosławnego klasztoru, a że lokalna restauracja ma w swojej ofercie pierogi z kaszą gryczaną … :-). W międzyczasie mija druga doba od czasu ruszenia z Rozewia. Licznik pokazuje 603 km. Nie mam w zasadzie żadnego zapasu kilometrów przed etapami górskimi.

Po obiedzie drogą przez Puszczę Knyszyńską docieram do Michałowa i zbliżam się do zalewowego Jeziora Siemianowskiego, które słynie z grobli na której jest linia kolejowa. Robię tutaj krótki odpoczynek podczas którego obserwuję spory ruch jachtów i żaglówek na zalewie. Kolejny punkt kontrolny to Narewka na obrzeżach Puszczy Białowieskiej. Jestem w niej przed 16. Niebo w końcu zachmurzone, kropi deszcz, fajnie.

W okolicach Hajnówki korzystam z nowej drogi rowerowej, której asfalt jest równy jak stół i w porównaniu z szosą - ech, to nie ma co porównywać. Jadę tak dobre kilka kilometrów!, aż docieram do Hajnówki. W mieście trzeba bacznie obserwować drogowskazy, bo jest dużo skrzyżowań i łatwo o pomyłkę.

Wyjazd na Białowieżę wyprowadza mnie z miasta i od razu wbijam się w przebudowę drogi i znane z Mazur wahadło. Wykorzystuję ponownie obecność amortyzatora w moim uszosowionym góralu i lecę poboczem. Za szybko jechać się nie da, ale przynajmniej nie stoję w korku i nie wybijam się z rytmu.

Do Siemiatycz, gdzie chciałem nocować mam jeszcze 70 km i raczej nie dotrę tam w rozsądnej porze, a muszę naładować akumulatory do oświetlenia. Korzystam więc z reklamy przydrożnej, która mówi że w Dubiczach Cerkiewnych jest schronisko PTSM. Zjawiam się tam, ale że w nocy nikt nie z niego nie wypuści to dziękuję i idę na kwaterę prowadzoną przez baptystów. Tutaj nie ma problemu, aby o północy wyjść z domu i dlatego zostaję na odpoczynek, który trwa do 1 w nocy. W międzyczasie ładuję baterie i loggera ( nie wiem w sumie po co) i ruszam w trasę.

Kategoria SUPERMARATONY, G/MRDP


Dane wyjazdu:
403.00 km 0.00 km teren
19:01 h 21.19 km/h:
Maks. pr.:44.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:2267 m

MRDP - I etap

Sobota, 17 sierpnia 2013 · | Komentarze 9

Trasa: Rozewie - Stańczyki.

FOTOGALERIA

Z kwatery w Jastrzębiej Górze oddalonej o kilkaset metrów od latarni morskiej w Rozewiu na miejsce startu wyjechałem swoim ,,Kubusiem’’ bez pośpiechu przed godziną jedenastą. Zamierzałem dobrze wczuć się w atmosferę miejsca startu i na spokojnie oczekiwać godziny ,,0’’, czyli 12.00. Słońce ładnie świeciło oraz wiał ciepły i mocny południowy wiatr.

Miło było spotkać bikerów z Elbląga (Mariusz-Sierra i Artur-ArturBike), którzy zarywając nockę przybyli na kołach nas dopingować. Godzina minęła szybko na rozmowach z innymi maratończykami, ostatnich oględzinach sprzętu i wysłuchaniu odprawy technicznej prowadzonej przez startującego dyrektora MRDP Daniela Śmieję. On też startował na rowerze MTB oczywiście lekko dostosowanym do specyfiki maratonu szosowego. Reszta chłopaków miała różnej klasy maszyny szosowe, od zupełnie normalnych po wysokiej klasy karbonowe cuda. Bardzo różnie wyglądał też sposób ,,zatowarowania’’ roweru – od plastikowego kufra, przez torby podsiodłowe po sakwy. Przed startem dokonałem też kalibracji licznika – taką dokładną metodę pomiaru jaką zastosował Daniel widziałem po raz pierwszy.
W końcu pada sygnał do startu i powoli opuszczamy plac przed latarnią morską. Z pewnością każdy z nas obiecywał sobie w myślach, że najpóźniej za 10 dni chce ją znowu zobaczyć. Chwilę potem wjeżdżamy na kostkę brukową, która jeszcze nieświadomie dla większości stanowi swoiste memento po jakich drogach przyjdzie nam kręcić korbami :-).

19 osobowy peleton spokojnie jedzie do Władysławowa, gdzie kostka w końcu się kończy i przechodzi w asfalt. Prędkość bikerów automatycznie wzrasta, na rogatkach miasta chłopaki jadą już pod wiatr ponad 30 km/h i oczywiście nie jest to tempo dla mnie. Ja uskuteczniam spokojne ,,patataj’’ w granicach 23 km/h i po raz ostatni widzę grupkę w okolicach Pucka. Na przeciwnym pasie ciągnie się potężny sznur samochodów w kierunku Mierzei Helskiej – wszak trwa długi weekend.

W Redzie zatrzymuję się przy sklepie uzupełnić napoje i wjeżdżam na główną drogę prowadzącą przez Trójmiasto. W terenie zabudowanym wiatr jest mniej dokuczliwy i w końcu mogę trochę przyspieszyć. Zielona fala mi sprzyja, a jak nie sprzyja to jej nieco pomagam ;-). W końcu jednak zaczyna się od granic Gdyni potężny zator i znowu trzeba zwolnić. Przebudowa ulicy Morskiej trwa aż do zjazdu na obwodnicę i potem znowu robi się luźno. Przelatuję przez Gdynię, zakaz jazdy rowerem w Sopocie omijam ulicą równoległą, bo nie spytałem na starcie, czy organizator pokryłby koszty ewentualnego mandatu :-).

Planuję w Gdańsku Oliwie zajechać do Mc Donaldsa na obiad, bo pora ku temu stosowna, a i snikersów mam już dość. Jak planuję, tak też robię. Mija około 30 minut i już jadę dalej.
W centrum Gdańska zmienia się kierunek jazdy na wschodni i wiatr już nie jest tak upierdliwy. Opuszczam Trójmiasto bez większego żalu – jazda między blachosmrodami to w końcu moja codzienność. Ruszam na wschód, ale na razie kawałek do mostu pontonowego w Sobieszewie to jazda na … północ. Poznaję potęgę wiatru – 30 km/h osiągam lekkimi ruchami korby. Wszystko co dobre szybko się jednak kończy i w Sobieszewie wjeżdżam na Mierzeję Wiślaną. Las chroni przed słońcem i bocznym wiatrem, a zielony kolor jest bardzo pożądany. Na promie przez Wisłę w Świbnie melduje się kilka minut przed 16. Obsługa informuje mnie, że ekipa była dwa kursy temu, czyli około 1 godziny. Byli tak kochani, że zapłacili za mnie 5 zł i ja już nie muszę :-)). Dzięki chłopaki! :-).

Za Wisłą zbliżam się do pierwszego punktu kontrolnego w Stegnie, a że nie wiem co i jak mój logger zapisuje postanawiam zbierać pieczątki na karcie z opisem trasy i fotografować tablice z nazwami miejscowości w których są wyznaczone punkty kontrolne.
Dalsza jazda do Elbląga to doskonale znane żuławskie drogi, pokonywane po wielokroć w czasie różnych wycieczek rowerowych. Gdy na horyzoncie pojawiła się ciemna wstęga Wysoczyzny Elbląskiej i białe wieżowce osiedla Zawada zacząłem się zastanawiać, czy kibicom chce się jeszcze czekać na ostatniego ze stawki:-). Odpowiedź na to pytanie otrzymałem na moście Unii Europejskiej nad rzeką Elbląg, gdzie siedzieli sobie Fish, Radek, Radek-Dziurson i Sebastian-Zadlo. Zrobili m fotki, a ja popędziłem do dopingującej rodziny( żona, syn, mama, tata, babcia) stojącej przy trasie przejazdu przez Elbląg. Trzeba było się zatrzymać, porozmawiać i przyjąć prezenty ;-). Przeszliśmy razem kilka metrów, (pchałem rower na takim małym podjeździe! :-) i czas było się pożegnać. W międzyczasie dotarli chłopaki z mostu UE i w ich towarzystwie opuściłem rodzinne miasto.

Elbląska ekipa towarzyszyła mi do Milejewa, gdzie skręcili w kierunku Łęcza bo tam była impreza z okazji otwarcia wiaty rekreacyjnej. Z pewnością dobrze się bawili ;-). Ja zaś ruszyłem w kierunku granicy z Rosją i do Gronowa, gdzie był drugi punkt kontrolny dotarłem około 21. Po drodze zjadłem niezawodne hot dogi na Orlenie w Braniewie i zrobiłem zakupy na nocną jazdę. W Gronowie podbiłem kartę w przygranicznym kantorze i musiałem w kilku zdaniach opowiedzieć co to za impreza, bo ludzie widzieli tylko szybko jadących kolarzy, ale nie wiedzieli co i jak oraz po co :-).

Za Gronowem jadę przez zupełnie wyludnione okolice, taki typowy koniec świata. Droga jest mi znana z innych wycieczek, dlatego trudności w nawigacji brak. Pojawiają się za to trudności przy przyjmowaniu płynów – czuję dziwną gorycz w ustach i nie bardzo wiem z czym to wiązać. Od początku trasy nawadniam się Poweradami, napoje są mi dobrze znane i nigdy nie powodowały problemów. Także menu mam dość standardowe i nie zawierające żadnych nowości. A więc co jest?
Pedałuję zatem dalej w ciemną, ciepłą noc. Jak to nocą wiatr się uspokoił i nie wywierał znaczącego wpływu na tempo jazdy. Przelatuję przez Lelkowo budząc wszystkie psy, w Górowie Iławeckim jest już środek nocy i śpi wszystko, nawet wesołe czworonogi. Widzę, że prędkość zaczyna mi siadać poniżej 20 km/h także siadam i ja na przystanku w rowerowo dobrze brzmiących Piastach Wielkich z zamiarem krótkiej regeneracji. Wygodny przystanek sprawia, że wyciągam nogi i tak mijają … prawie dwie godziny. Ładna mi krótka regeneracja :-).

Wstaję i ruszam w dalszą drogę. Niebawem docieram do Bartoszyc i tutaj kończy się droga, którą znam. W Sępopolu nigdy jeszcze nie byłem, a tam jest trzeci punkt kontrolny na trasie MRDP. Wyjazd z Bartoszyc jest mało intuicyjny, a że to niedziela rano to nie bardzo jest się kogo spytać. I tak przez dłuższy czas nie wiem czy dobrze jadę. W końcu jednak uzyskuję potwierdzenie dobrze obranego kierunku. Poza tym przed miastem wyprzedza mnie ekipa z Gorlic, a oni nie mogą się mylić :-). W Sępopolu jestem około 5 rano i zastanawiam się czy jest tu całodobowa stacji paliw. Stacja jest, ale nie całodobowa, także nici z ciepłego śniadania. Na słodycze nie mogę już patrzeć, muli mnie na sam widok czekolady czy batonów. W torbie mam owsiankę, która potrzebuje tylko wrzącej wody, dlatego postanawiam wypatrywać domostw gdzie ludzie już nie śpią i mogą mi zasponsorować kubek wrzątku ;-).

Docieram do Glitajn i tam udaje mi się znaleźć dom w którym się już nie śpi. Konwersacja z miłą gospodynią podczas oczekiwania na wrzątek i sama konsumpcja owsianki trwają jakiś czas. Na koniec dobra kobieta życzy mi powodzenia i błogosławi na dalszą drogę. Miłe i naprawdę wzruszające przeżycie :-).

Niestety, nie pomaga mi to w pokonywaniu dalszych kilometrów. W Barcianach dogania mnie Marek-Transatlantyk, który nocował w Bartoszycach. Robimy małe zakupy w sklepie i próbuję coś zjeść. Banany wydają mi się dobrym wyborem, ale mój żołądek jest innego zdania. Sytuacja robi się niedobra – bo bez jedzenia to ja mogę jechać, ale na najbliższą stację PKP :-/.

Postanawiam bardzo powoli jechać dalej i żyję nadzieją, że cyrk żywieniowy skończy się tak samo szybko jak się zaczął. Transatlantyk, co oczywiste, w tej sytuacji odjeżdża a ja niebawem mijam śluzę Kanału Mazurskiego w Leśniewie.

Droga przed Węgorzewem jest w przebudowie, są liczne wahadła na których często jadę niewyasfaltowaną częścią jezdni aby nie prażyć się w słońcu. Docieram w końcu do Węgorzewa ( 50 km w sześć godzin!), gdzie w pizzerii próbuję zjeść delikatny makaron zapiekany z sosem. Idzie całkiem dobrze, ale kończy się tak samo jak o poranku. Przepraszam przestraszoną obsługę za zamieszanie i opuszczam Węgorzewo. Nie mam sił na dalszą jazdę zatem w cieniu przydrożnego drzewa ucinam sobie dłuższy popas. Zasypiam i po tym odpoczynku ( trwał z 2-3 godziny) ruszam w dalszą drogę. Zastanawiam się co może być moim napędem do dalszej jazdy, a że docieram do Bań Mazurskich próbuję kultowych lodów domowej roboty. Na wszelki wypadek siadam w ustronnym miejscu :-). Lody jednak są dobrym wyborem, problemów nie sprawiają. Czuję, że mocy przybywa także ruszam dalej. Docieram do Gołdapi, gdzie trwają zawody biegowe i część ulic jest czasowo wyłączona z ruchu. Rowerzystów jednak przepuszczają. Mijam Jędrusia, gdzie kiedyś z Robertem jedliśmy wspaniałe kartacze, jednak teraz nawet o nich nie myślę.

Za Gołdapią zaczynają się Mazury garbate, co oznaczą nieco większe hopki niż dotychczas. Po wyeliminowaniu izotoników jadę na zwykłej wodzie i lodach. Dieta dość oryginalna jak dla mnie, ale skuteczna. Zastanawiam się nad koncepcją dalszej jazdy, bo prognoza wiatrowa na poniedziałek jest nadal niepomyślna i będzie wiało z południa. Dobre jest to, że nie powinno być już tak gorąco. Druga w zasadzie nieprzespana noc może nie być dobrym pomysłem w tych okolicznościach (chociaż takie miałem założenia przedstartowe) i dlatego postanawiam skorzystać z usług gospodarstwa agroturystycznego w Stańczykach ( obok sławnych mostów kolejowych).

Zjeżdżam około 1 km z trasy maratonu i doprowadzam się do porządku. Na kwaterze przebywam od godziny 19 do północy. Ruszam w dalszą drogę po zjedzeniu kartaczy (a co tam – zaryzykowałem :-) przygotowanych przez właścicielkę i czuję się dobrze.


Kategoria SUPERMARATONY, G/MRDP


Dane wyjazdu:
522.00 km 0.00 km teren
22:51 h 22.84 km/h:
Maks. pr.:49.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:2055 m

BAŁTYK MARATON

Sobota, 8 czerwca 2013 · | Komentarze 16

TRASA

GALERIA

Się działo! Relacja poniżej.




Trasa rowerowa Bałtyk Maratonu zaczęła się dla nas w Stargardzie Szczecińskim, dokąd dotarliśmy z Romanem za pomocą Polskich Kolei Przygodowych (PKP). Tym razem jazda była spokojna i bez przygód.

W ciemną noc ruszyliśmy w kierunku Pyrzyc, które były pierwszym miastem na trasie naszej jazdy. Towarzyszył nam sprzyjający wiatr i cicha, czerwcowa noc. Za Pyrzycami, które przejechaliśmy bez zatrzymywania się, zaczęło się ochładzać i postanowiliśmy się ubrać cieplej. Asfaltowa nawierzchnia drogi chwilowo się popsuła i jechaliśmy po kostce brukowej. Romanowi i jego wypasionej szosówce ( triatlonowy model Scotta) to nie mogło się podobać. Ja z Rebą na pokładzie tak tego nie odczułem :-).

Zachodni kierunek jazdy, który mieliśmy od Pyrzyc niebawem się skończył bo przed nami była już Odra i należało skręcić w prawo, na północ. Byliśmy w Widuchowej, pierwszej miejscowości na trasie MRDP, którego trasę na odcinku zachodnio-północnym do mety w Rozewiu mieliśmy zamiar sprawdzić podczas tego maratonu.

Za Widuchową minęliśmy elektrownię Dolna Odra i wjechaliśmy do Gryfina. Zaczęło się rozwidniać i nasza jazda nabrała tempa. Do tej pory średnia utrzymywała się w granicach 25 km/h, a teraz zaczęła wzrastać. Przez dzielnice Szczecina Zdroje i Dąbie minęliśmy to miasto i pedałowaliśmy w kierunku Goleniowa. Na tym odcinku wyprzedził nas lokalny biker, a my podjęliśmy wyzwanie i ruszyliśmy za nim ;-). Cisnął ostro, ale my jeszcze bardziej i przez kilka kilometrów siedzieliśmy mu na ogonie męcząc go psychicznie W końcu skręcił do jakiegoś centrum logistycznego, a my wjechaliśmy do miasta na zasłużone śniadanie.

Lokalny Orlen był zamknięty, ale w sklepie znaleźliśmy wszystko co trzeba.
Z Goleniowa wyjechaliśmy prosto na ekspresówkę S3, chociaż miało być inaczej. Z powodu objazdów coś musieliśmy przeoczyć. Nie był to jednak duży odcinek, bo za chwilę S3 przeszła w DK 3, a my skręciliśmy w Puszczę Goleniowską. Jak się potem okazało był to najprzyjemniejszy etap naszej jazdy: piękny las, cisza, zieleń i śpiew ptaków, czyli to co lubimy najbardziej.

Bocznymi drogami dotarliśmy do Wolina i przez miasto, z krótkim postojem, wjechaliśmy ponownie na DK 3, którą w towarzystwie dużego ruchu samochodowego przez Woliński Park Narodowy dojechaliśmy w pobliże Międzyzdrojów. Tutaj nastąpiła ostatnia już zmiana kierunku jazdy i ruszyliśmy na wschód, do domu. Słońce było już wysoko na niebie, ale upał był łagodzony przez północno-zachodni wiatr. Niemniej, kremy do opalania były w użyciu.

Za Międzyzdrojami dwa podjazdy nieco dały mi się we znaki i to chyba było przyczyną osłabienie koncentracji w miejscowości Wisełka, gdzie wjechałem przednim kołem w krawężnik, przeleciałem nad chodnikiem i uderzyłem kaskiem i prawym barkiem w metalowe pręty ogrodzenia posesji. Tył kasku przestał istnieć, ja po chwili podniosłem się i na oczach lekko przerażonego Romana wsiadłem na rower. W sumie nic mnie nie bolało, głowa była cała, nogi i ręce bez urazu. A o trzech uszkodzonych żebrach dowiedziałem się nieco później :-).
Jadąc dalej dotarliśmy do Dziwnowa, gdzie był czas na II śniadanie ( jajecznica z 10 jaj z chlebem i pomidorami za 48 zł!) oraz lody. Od Międzyzdrojów poruszaliśmy się drogą wojewódzką 102, której asfalt lata świetności ma już dawno za sobą. Aż do Kołobrzegu ciężko było znaleźć odcinek, gdzie można byłoby depnąć.

W miejscowościach nadmorskich na plażę nie zaglądaliśmy, bo tym razem inne były priorytety. Wyjątek zrobiłem dla Trzęsacza, bo tamtejszy kościół, a w zasadzie jego pozostała jedna ściana zawsze mnie bardzo ciekawiły. To niesamowite, patrzeć na jego pozostałości i wiedzieć, że kiedyś stał on 2 km od morza.
Za Trzęsaczem upał stał się nieznośny i zalegliśmy w przydrożnej trawie na sjestę. Po godzinie byliśmy jak nowi i niebawem wjeżdżaliśmy do Trzebiatowa. Potem męczyliśmy się na ostatnich kilometrach przed Kołobrzegiem, licząc że na DK 11 między Kołobrzegiem a Koszalinem będzie lepszy asfalt. Wcześniej jednak zjedliśmy na obiad makarony w Da Grasso, pomimo, że obsługa nie była nastawiona prorowerowo i nasze pojazdy musiały zostać na zewnątrz – chociaż lokal był pusty. 

Krajowa ,,11’’ była w podobnie opłakanym stanie jak wcześniejsze asfalty, do tego duży ruch samochodowy utrudniał jazdę środkiem pasa. Z ulgą ja pożegnaliśmy przed Koszalinem i asfaltową drogą dla rowerów dotarliśmy do Mielna.
Okrążyliśmy Jezioro Jamno i skierowaliśmy się do Darłowa. Na tym odcinku DW 203 trwają prace budowlane i w kilku miejscach jest ruch wahadłowy. Może do sierpnia skończą, wtedy to będzie jazda I klasa.

W Darłowie kolacja w postaci makaronu lasagne była ładowaniem akumulatorów na nocną jazdę. Tym razem wspaniała obsługa pizzerii przy runku nie robiła problemów z faktu, że rowerzyści przyjechali.
Odcinek 40 km do Ustki był ostatnim na którym towarzyszył mi Roman, bo niespodziewanie na wjeździe do tego miasta powiedział, że jest zbyt lekko ubrany
i drugiej nocy nie chce spędzić w siodle. Udał się na nocleg do agroturystyki, a ja poszukałem drogi wyjazdowej na Smołdzino. Pomoc policji była nieodzowna, a i tak pomimo jej zrobiłem dwie rundy po uśpionych uliczkach kurortu. W końcu jednak prawidłowo odczytałem wskazówki i ruszyłem dalej.

Droga niczym nie różniła się od tego do czego zdążyłem się już przyzwyczaić. Nowością była mgła, która w połączeniu z dziurami w asfalcie spowolniłam mnie zupełnie. Turlałem się więc 12-15 km na godzinę, modląc się tylko o nieprzebicie dętki bo wybitnie mi się nie chciało jej zmieniać. Za Smołdzinem zaczęło świtać i była szansa na lekkie przyspieszenie. Chciałem dotrzeć do Rozewia
i z Władysławowa wrócić PKP, tak aby być o godzinie 12 w Elblągu.

Po wjechaniu na DW 213, którą miałem dotrzeć w okolice Żelaznej te plany stały się zupełnie nieaktualne. Dziury, nierówności, spękania, luźny żwir i wszelkie inne udogodnienia dla opon szosowych spowodowały, że w Wicku i ja się poddałem, i zjechałem na PKP do Lęborka. Jechałem sobie ddr z polbruku, która jest wzdłuż drogi aż do samego Lęborka. Ciekawe, czy doprowadzi też do Łeby?

Czekając na transport zjadłem sobie śniadanie, zadzwoniłem do Romana i dowiedziałem się , że dotarł do Słupska i jedzie sobie tym pociągiem do którego ja zaraz wsiadam :-)).
Tak więc wspólnie wróciliśmy do naszego Elbląga mając zupełnie dobry humor pomimo nie zrealizowania wszystkich założeń wycieczki. Dzięki Romanie za wspólną jazdę i wspieranie w trudnych chwilach.

Biorąc pod uwagę stan asfaltów na Pomorzu i fakt, że w sierpniu będzie kilkadziesiąt tysięcy samochodów więcej w tej okolicy, nadmorski odcinek MRDP jawi się jako najtrudniejszy na całej trasie. Tym bardziej, że 2500 km będzie już się miało w nogach. Ale najpierw trzeba będzie tam dojechać ;-).
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
900.00 km 2.00 km teren
44:30 h 20.22 km/h:
Maks. pr.:62.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:9187 m

GÓRSKIM ŚLADEM MRDP - II ETAP

Wtorek, 7 sierpnia 2012 · | Komentarze 113

Zrobiłem mnóstwo pięknych kilometrów w cudownych sceneriach polskich pasm górskich, a i tak nie wszystkie zamierzenia zostały zrealizowane :-). Z pokorą przyjąłem warunki pogodowe, bo to one rządziły podczas tej jazdy.

TRASA: Bircza-Krościenko-Ustrzyki Dolne-Ustrzyki Górne-Cisna-Komańcza-Dukla-Gorlice-Nowy Sącz-Stary Sącz-Krościenko nad Dunajcem-Czorsztyn-Białka Tatrzańska-Bukowina Tatrzańska-Zakopane-Czarny Dunajec-Jabłonka-Zubrzyca Górna-Zawoja-Stryszawa-Żywiec-Milówka-Koniaków-Istebna-Wisła-Ustroń-Cieszyn-Zebrzydowice-Jastrzębie Zdrój-Wodzisław Śląski-Racibórz-Kietrz-Głubczyce-Prudnik-Głuchołazy-Nysa-Otmuchów-Paczków-Złoty Stok-Kłodzko-Nowa Ruda-Głuszyca-Unisław Śląski-Wałbrzych

DUŻA FOTOGALERIA  (z opisem)

RELACJA

Na dzień dobry za Birczą czekał na mnie podjazd do Kuźminy, który starł mi resztki snu z oczu i obudził na dobre. Za Kuźminą skręciłem na Krościenko, na drogę którą wracałem z BB Tour w 2010 r. (do skrzyżowania na Arłamów). Wtedy miała ona nowy i lśniący asfalt, teraz był on tylko nowy ;-).

Przyjemnie się jechało, dopóki słońce nie było za wysoko. Potem zaczął się skwar, a ja zacząłem korzystać z obecności górskich potoków w bliskości drogi. Nie odważyłem się tej wody pić, ale do oblewania się i moczenia odzieży była w sam raz :-). Trasa z Ustrzyk Dolnych do Górnych była mi już dobrze znana, długi ale łagodny podjazd do Lutowisk połknąłem sprawnie. W Ustrzykach Górnych zatrzymałem się na konkretne śniadanie a potem ruszyłem na przełęcz Wyżniańską z której było widać bieszczadzkie połoniny. Nie potrafiłem też odmówić sobie pachnącego oscypka z oryginalnej bacówki z bacową w środku.
Do Cisnej trasa wiodła w przyjemnym cieniu drzew, z licznymi zakrętami i w zasadzie z góry, dlatego mile wspominam ten odcinek. Około 14 byłem w Cisnej i z tego ,,końca świata’’ wysłałem kilka pocztówek do znajomych i zjadłem obiad. Nie było już miejsca na eksperymenty, na talerzu pojawił się sprawdzony makaron a ‘la bolognese i rosół z makaronem :-).

Za Cisną droga prowadziła do Komańczy i ten odcinek pamiętałem z pobytu w tych okolicach w 2000 roku. W okolicach Komańczy rozgrywany był akurat jakiś maraton MTB, na rynku w tej miejscowości, uzdrowiskowej co ciekawe, było prawdziwe zatrzęsienie bikerów. Oni spojrzeli z ciekawością na mnie, ja na nich, a pod sklepem spotkałem chłopaka w spodenkach BB Tour. Był to zeszłoroczny ,,absolwent’’, który teraz sponiewierał się w terenie. Jak na panujące temperatury rowery zawodników były bardzo brudne, błoto w terenie nie dało się upałom :-).

Od Komańczy do Tylawy prowadziłem nierówną walkę z makabrycznym asfaltem, bardzo się ciesząc z obecności RS Reby na pokładzie mojego Cuba, bo bez niej chyba bym stracił czucie w dłoniach. Nie było on dziurawy, ale bardzo nierówny w wyniku częstego łatania ubytków. Jazda była chaotyczna i nie pozwalała rozwinąć dużej prędkości.

Dopiero na DK 9 od Tylawy do Dukli można było depnąć, ale to był krótki odcinek. W Dukli zapragnąłem odwiedzić reklamowaną przy drodze pizzerię, ale pani z obsługi zgasiła mój zapał każąc czekać na kebab 15 minut, bo ,, ona jest sama i piecze 4 pizze’’. Nie przekonałem jej argumentem, że pizza w piecu przebywa co najmniej 10 minut, a ona kebab zrobi w 5 :-). Nie to nie, miałem przecież snickersa ;-).

W Dukli skręciłem w kierunku Gorlic i już na dobre przemierzałem Beskid Niski. Tą drogą też już jechałem w 2000 r. ale w przeciwnym kierunku. Istotnych podjazdów nie było, asfalt trzymał normę, a przede wszystkim słońce już miało się ku zachodowi co było najważniejsze. Przed Gorlicami zaliczyłem piękny zjazd , a w samym mieście odwiedziłem stację paliw Statoil, gdzie dwie duże kawy
i hot dog oraz fajna pogawędka z pracującym tam rowerzystą wygniły ze mnie chęć do spania. Kolega złapał się za głowę, jak usłyszał skąd i dokąd oraz po co jadę :-). Umówiliśmy się na spotkanie za rok, chociaż na pewno będzie ono krótsze. Dowiedziałem się jeszcze od niego o ukształtowaniu trasy do Nowego Sącza, gdzie czekał na mnie podjazd do Grybowa a potem to już z góry do Nowego Sącza.

W Grybowie moją uwagę przykuł ładnie iluminowany kościół, a potem faktycznie było z górki. Bezchmurna noc pozwalała na jazdę na słabych lampach, bo i tak było jasno, ciepło i przyjemnie. Żałowałem, że Nowy Sącz robię nocą bo to duże miasto i z pewnością kilka jego ciekawostek mi umknęło.
Za Nowym Sączem powiało chłodem bo zacząłem jechać w bezpośredniej bliskości Dunajca. Bliskość rzeki przydała się o poranku, kiedy to zimna woda przydała się do orzeźwienia. Świt zastał mnie w Łącku, gdzie spodziewałem się ujrzeć hektary rosnących śliwek, ale mijałem tylko sady jabłoni ;-).

Zbliżałem się do Krościenka nad Dunajcem, podziwiając płynący dałem Dunajec i panoramę Pienin. W Krościenku zakręciłem się nieco po uśpionym miasteczku, zaglądając na rynek i analizując dwukierunkowy pas rowerowy na moście nad Dunajcem. Takie zboczenie zawodowe :-). Za miastem zaczął się podjazd na przełęcz Snozka (dziwna nazwa), który pokonałem jadąc w zupełnej mgle. Pod górę to zbytnio nie przeszkadzało, ale zjazd w tej sytuacji nie był nagrodą a ściskaniem rąk na klamkach hamulcowych. Żeby tego było mało w Kluszkowcach wyrósł objazd związany z budową mostu i w ramach porannej promocji dostałem 14% podjazd. Przynajmniej była okazja do pierwszego spojrzenia na Jezioro Czorsztyńskie i zjedzenia śniadania przygotowanego przezornie dzień wcześniej (był niedzielny poranek).

Dalsza droga w kierunku Tatr była już spokojnym pedałowaniem i delektowaniem się widokami. Zajrzałem jeszcze do Dębna, gdzie jak informowała tablica stoi drewniany kościół klasy ,,O’’ a w dodatku jest on ,,przyjazny rowerom’’. Objawiło się to obecnością dobrych stojaków rowerowych.

Za Dębnem skręciłem niebawem w kierunku Białki Tatrzańskiej w której miałem dłuższą przerwę związaną z burzą. Po ucichnięciu grzmotów ruszyłem dalej rozpoczynając forsowny podjazd w Bukowinie Tatrzańskiej. Lekko nie było, chociaż powietrze po burzy było bardzo przyjemne, a i mokry asfalt elegancko chłodził.
Miałem nadzieję na ładną panoramę Tatr, ale szału nie było. W nagrodę był sympatyczny zjazd do Poronina, gdzie jakbym docisnął byłaby szansa na rekord prędkości, ale nie docisnąłem. W Poroninie wpadłem w korek samochodów czekających na włączenie się do ruchu na ,,zakopiance’’. Ja nie czekałem :-).

Do Zakopca dotarłem w sznurze samochodów i czym prędzej opuściłem to zakorkowane miasto. Zatrzymałem się w Chochołowie, gdzie moją uwagę przykuły piękne i oryginalne domy góralskie. Cała wieś wygląda jak skansen, tylko że zamieszkały. W Czarnym Dunajcu zjadłem obiad i jadąc w kierunku Jabłonki mogłem rzucić okiem na masyw Babiej Góry, przez który czekała mnie wspinaczka na przełęcz Krowiarki. Wcześniej zajrzałem na chwilę do do Orawskiego Parku Etnograficznego (wejście za darmo!). A potem została już tylko jazda do góry po mocno sponiewieranym asfalcie. Miałem nadzieję, że zjazd do Zawoi będzie w lepszym stanie i o dziwo tak było :-).

Za Zawoją zaczął się niebawem podjazd na przełęcz Przysłop w kierunku do Stryszawy. Ulubione serpentyny łyknąłem szybko, odkrywając przy okazji główny karpacki szlak rowerowy. Ja jednak miałem swój szlak, a on pokazywał kierunek na zachód, do Żywca. Pojechałem trasą przez Ślemień i Gilowice bo miejscowi powiedzieli, że jest ciekawsza. Przed Żywcem wyprzedziłem rowerzystę, który dostał nagłego przyspieszenia na mój widok. Wjazd do Żywca pod górę okazał się jednak ponad jego siły i więcej już go nie widziałem, chociaż oczywiście tempa nie forsowałem :-).

Mapa pokazywała że wyjazd z Żywca to droga ekspresowa S69, gdzie ,,opłata’’ za jazdę rowerem może wynosić nawet 250 zł. Wykorzystałem jednak chaos w oznakowaniu związany z budową tej drogi i 3 km odcinek pokonałem jadąc ekspresowo po niej. Tym sposobem dotarłem do Węgierskiej Górki , gdzie się ona skończyła. Do Milówki był spokój, a potem znowu wyskoczyła jak Filip z konopi S69. Imponująca estakada i most niezawodni drogowcy wybudowali nad domami mieszkańców, co wygląda dość groteskowo. Nikt z napotkanych miejscowych nie umiał mi wskazać sensownej alternatywy jak dojechać do Koniakowa, to rad nierad wspiąłem się do góry . Podczas długiego (około 4 km) i najbardziej dołującego (długie proste, otwarte zakręty) podjazdu w trakcie tej jazdy dostrzegłem biegnącą obok drogę, ale już nie było jak się na nią dostać.

Po zjeździe z S69 droga dalej pięła się w górę, a na końcówce pojazdu na Ochodzitą pojawiła się kostka brukowa. Ładnie tam rower nosiło, oj ładnie :-). W Koniakowie już nic nie widziałem, bo zapadł zmierzch i należało się skupić na znakach drogowych. Przeleciałem więc przez Koniaków i Istebną, wgramoliłem się w zupełnych ciemnościach na przełęcz Kubalonka, potem zjechałem do Wisły i na dłuższy popas zatrzymałem się w Ustroniu na stacji Orlenu. Niezawodne hot dogi i mocna kawa włączyły mi V bieg. W Ustroniu nieco pobłądziłem, jadąc obwodnicą tego miasta a nie kierując się do centrum, gdzie miałem odbić do Cieszyna. Koniec końców dzięki taksówkarzom znalazłem prawidłową drogę przez Goleszów.

Do miasta nad Olzą przeskoczyłem szybko, bo to zaledwie 13 km. Za Cieszynem przejechałem przez Zebrzydowice i w okolicach Jastrzębia Zdrój zaczęło świtać. Pasma gór zostawiałem chwilowo za sobą, krajobraz się wypłaszczył i pojawiły się pierwsze wieże szybów kopalnianych. Przez Jastrzębie przejechałem bez postojów, niebawem byłem w Wodzisławiu Śląskim, gdzie skierowałem się do Raciborza. Mimo wczesnej pory słońce już dawało popalić, tak że na wałach Odry w Raciborzu zdecydowałem się na odpoczynek. Podczas śniadania oczy mi się zamknęły i zaległem w trawie na dłużej :-).

W Raciborzu miałem też najbardziej niebezpieczną sytuację drogową podczas tej jazdy, kiedy to zamotany kierowca wymusił mi pierwszeństwo chcąc zrobić szybki lewoskręt. Za Raciborzem droga wiodła przez Kietrz do Głubczyc. Jazdę urozmaicały liczne przerwy w sklepach po wodę i spory ruch samochodowy, aczkolwiek bez większych ekscesów. Po minięciu Głubczyc skorzystałem z lokalnego potoku i się wykąpałem; piękne uczucie. W Klisinie natknąłem się na znaki objazdu w związku z remontem mostu, ale nie skorzystałem z propozycji dodatkowych kilometrów, zwłaszcza że miejscowi poinformowali mnie o stosownym, spontanicznie utworzonym skrócie przez pola.

A że mój szosowy góral piachu się nie boi, no - może trochę, to dwu kilometrowy odcinek terenowy dało się przejechać a nie przepchać. Jak na zamówienie popadał lekki deszcz, który sprawił że mi się nie kurzyło. Poczułem, że szczęście mi sprzyja :-).
W międzyczasie pora zrobiła się obiadowa i w Prudniku stanąłem na przerwę obiadową. Menu standardowe-makaron :-). Od Prudnika do Głuchołaz jechałem pod dość uciążliwy przeciwny wiatr; to w zasadzie był jedyny odcinek na trasie gdzie zauważyłem jego obecność. Z Głuchołaz chciałem jechać na Otmuchów wykorzystując lokalne drogi o omijając Nysę, która nie jest obowiązkowa na trasie MRDP ale lokalni bikerzy odradzili mi to rozwiązanie. Ja sam zresztą patrząc na plątaninę lokalnych dróg nie byłem przekonany do tego rozwiązania. Wybrałem wiec wariant prosty i nieskomplikowany, czyli pojechałem przez Nysę. Nie była to zła decyzja z turystycznego punktu widzenia bo zobaczyłem tam kilka ciekawych zabytków.

Dalej trasa wiodła przez Otmuchów, gdzie za miasteczkiem wdrapałem się na szczyt zbiornika retencyjnego na Nysie Kłodzkiej i rzuciłem okiem na rozległą taflę jeziora. Z każdym kilometrem zbliżałem się do Kotliny Kłodzkiej, w panoramie znowu zagościły góry, na razie po czeskiej stronie. Upływ czasu spowodował, że postanowiłem nie wjeżdżać na przełęcze Gór Złotych i Bialskich oraz Bystrzyckich, Orlickich i Stołowych. Znałem je z udziału w Klasyku Kłodzkim w 2008 r. oraz z 10 dniowej eksploracji Kotliny Kłodzkiej w czasach jeszcze dawniejszych. Nieznane za to były dla mnie Sudety i tam postanowiłem jechać.

Tak więc ze Złotego Stoku uderzyłem na Kłodzko, wspinając się na przełęcz Kłodzką i w mieście obierając kierunek na Nową Rudę. Przed tą miejscowością ujrzałem na horyzoncie pierwsze błyski piorunów, które zwiastowały brzemienną w skutki burzę. Na razie jednak jechałem dalej, motając się nieco w oznaczeniach dróg i ładując się na obwodnicę Nowej Rudy, której w przeszłości nie było.
Po zjechaniu z niej szybko musiałem znaleźć schronienie bo burza była już nade mną i rozpoczął się koncert. Prawie trzy godzinny koncert (!!!) podczas którego zdążyłem dokładnie przeczytać nowy numer magazynu ,,Rowertour’’ :-). Eleganckiego miejsca na najdłuższą przerwę podczas tej jazdy użyczył mi daszek pewnej starej chaty.

Burza w końcu zaczęła przechodzić, co bynajmniej nie oznaczało końca opadów. One jednak nie stanowiły istotnego problemu, byłem na to przygotowany. Popedałowałem dalej, do Głuszycy z której do końca planowej trasy w Świeradowie Zdrój miałem jeszcze 110 km. Dochodziła godzina druga w nocy i nie było już szans aby dotrzeć do Świeradowa o poranku i jeszcze wrócić do Szklarskiej Poręby na pociąg.
Tak wiec podjazd z Głuszycy do Unisławia Śląskiego był ostatnim odcinkiem trasy MRDP, a potem zostało mi zjechać do nieodległego Wałbrzycha na PKP.

Miasto w nocy wywarło na mnie katastrofalne wrażenie, ulice oświetlone przeplatały się z nieoświetlonymi, dobry asfalt gwałtownie przechodził w dziurawy, co biorąc pod uwagę dużą ilość wody groziło glebą na sam koniec jazdy. Dobrze, że to był środek nocy i można była jechać środkiem jezdni. Bardzo pozytywne wrażenia odniosłem natomiast z odwiedzin stacji Wałbrzych Miasto. Wygląda jak odnowiona na EURO.

W ten sposób rowerowa część urlopu dobiegła końca. Teraz czekało na mnie prawdziwe plażowanie :-). Podstawowy cel wyjazdu, czyli zapoznanie się z trasą najtrudniejszego odcinka przyszłorocznego MRDP został zrealizowany prawie w całości. Cóż, Karkonosze i Góry Izerskie będę odkrywał w trakcie przyszłorocznej jazdy. Całość dystansu z Dorohuska udało mi się pokonać w niespełna 4 doby, co - biorąc pod uwagę liczne przerwy i bogatą fotorelację, ale także ominięcie Kotliny Kłodzkiej - pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Sprzęt mam skonfigurowany optymalnie, nic mnie nie zawiodło. Zawsze oczywiście można wziąć mniej rzeczy, ale wolę nie popadać w przesadę. I tak największą zagadką i głównym rozgrywającym MRDP 2013 pozostanie pogoda, wszak będzie to już koniec września.
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
277.00 km 0.00 km teren
11:45 h 23.57 km/h:
Maks. pr.:67.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:1617 m

GÓRSKIM ŚLADEM MRDP - I ETAP

Piątek, 3 sierpnia 2012 · | Komentarze 2

TRASA: Dorohusk-Zosin-Hrubieszów-Tomaszów Lubelski-Jarosław-Pruchnik-Babice-Nienadowa-Bircza

DUŻA FOTOGALERIA ( z opisem)

II etap 

Etap rozgrzewkowy przed właściwymi górami rozgrzał mnie aż za bardzo. Po trudnej i bolesnej podróży samochodem do Dorohuska dobre kilka godzin jazdy zajęło mi usunięcie nieznośnego bólu pleców w okolicy, gdzie tracą one swoją szlachetną nazwę. Przez chwilę byłem bliski poddania się i chętny jazdy do Przemyśla na PKP. Uporałem się jednak z tymi niewłaściwymi zamierzeniami, ale realizacja planu zakładającego dojazd do Hotelu Górskiego PTTK w Ustrzykach Górnych nie była już możliwa.

Początkowe kilometry jazdy to nadgraniczna droga wzdłuż Bugu z ciekawym widokiem na jego dolinę i snujące się gdzieniegdzie mgły. Zbliżając się do Horodła uruchomiłem swoje najgłębsze zasoby wiedzy historycznej, bo nazwa tej miejscowości była jakby mi znana. I faktycznie, w Horodle została podpisana w 1413 r. Unia Polski z Litwą.

Kolejne mijane miejscowości już nie wywoływały u mnie żadnych skojarzeń, może poza Bełżcem, a o bliskości Ukrainy świadczyły tylko roamingowe SMS z numerami do ambasady w Kijowie :-). Drogi były dobrej jakości, ze śladowym ruchem samochodów. Jazdę utrudniał i spowalniał dziki upał, sięgający 39 stopni. Woda i isotoniki z bidonów znikały błyskawicznie, ale było to konieczne bo kto nie pije ten nie jedzie.

Droga jak na złość omijała większe kompleksy leśne, które mogłyby dać nieco cienia i ochłody od tego upału. Na obiadokolację zatrzymałem się w Jarosławiu, gdzie pierogi z kaszą gryczaną i miska żurku pozwoliły mi na sprawne pokonywanie pierwszych wzniesie jakie pojawiły się na trasie. Należało też spojrzeć nieco dokładniej na mapę, bo droga wiodła bardzo lokalnymi szosami, gdzie nie zawsze występowały drogowskazy.

Zapadające powoli ciemności sugerowały aby rozejrzeć się za noclegiem w normalnych warunkach, które gwarantowały możliwość regeneracji przed dalszą jazdą. Agroturystyka w Birczy miała wszystko co potrzebowałem, czyli jednoosobowy pokój z łazienką i dużym łóżkiem za jedyne 30 zł. Osiem godzin spania do piątej rano spowodowało, że wstałem jak nowo narodzony :-). Można było ruszać na podbój polskich gór, a pierwsze na liście były Bieszczady ...
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
557.00 km 0.00 km teren
22:03 h 25.26 km/h:
Maks. pr.:45.00 km/h
Temperatura:10.0
Podjazdy: m

ŚWIEBODZIN TOUR

Sobota, 26 maja 2012 · | Komentarze 8

FOTOGALERIA

Wieczorową porą w piątek o 22.00 na elbląskim Placu Dworcowym pojawiło się 10 bikerów, z których trzech zamierzało się zmierzyć z całym, ponad 500 km dystansem, na trasie do Świebodzina i Poznania.

Grupa zaczęła się rozpraszać już na rogatkach Elbląga, gdzie opuścili nas Martinez i DareckiEB. Jazdę DK22 do Malborka, która tradycyjnie maratonowym tempem trwała równą godzinę kontynuowali Maniek, Jarhaw i nowo poznany biker Sebastian. Nieco wcześniej, w Starym Polu, pożegnał nas Leszek , a najdłużej, do mostu na Wiśle w Knybawie, przebywał z nami Mirek.

Potem już tylko towarzyszami jazdy był Robert, Rafi oraz ciemna kociewska noc :-).

Dalsza droga wiodła śladem dawnej ,,berlinki'', która momentami była pokryta doskonałym asfaltem, a momentami przeżywaliśmy swoiste ,,deja vu'' tłukąc się po betonowych płytach, a zwłaszcza ich połączeniach.

Wschód słońca zastał nas w okolicach Chojnic, powitaliśmy go z zadowoleniem, bo noc nie należała do najcieplejszych. Na drodze panował mały ruch samochodowy i gdyby nie zmienna nawierzchnia można by zamknąć oczy ;-).

Chojnice minęliśmy nową obwodnicą, a w Człuchowie poprowadziłem kolegów pod zamek, który jest jednym z ostatnich zamków na Szlaku zamków gotyckich, którego nie widziałem. Kilka minut poświęciliśmy na fotograficzny rekonesans, a potem należało szukać wyszynku ze śniadaniem.

Miejscowy rowerzysta wskazał nam restaurację na rogatkach Człuchowa, gdzie poza restauracją znaleźliśmy stację paliw, salon samochodowy i... ZOO! W karcie dań jednak potraw z egzotycznych zwierząt nie oferowali toteż zadowoliliśmy się swojską jajecznicą, kaszanką, kawą i herbatą :-). Spędziliśmy tam dobrą godzinę i potem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Trasa wiodła bocznymi drogami, na których był spokojny i mały ruch samochodowy. Kolejnym dużym miastem była Piła, w której nasze liczniki pokazywały 250 km (10.00). Sprawnie przeprowadziłem grupę przez miasto, w którym spędziłem wesołe 3 miesiące w kamaszach i jeszcze co nieco pamiętałem.

Potem znowu na trasie były małe i urokliwe miasteczka Wielkopolski i tak łykając kolejne kilometry zbliżała się pora obiadu. Niedaleko Drezdenka natknęliśmy się na wiejską restaurację z pizzą i kebabem, gdzie byliśmy jedynymi klientami. Jedzonko było dobre i treściwe, tak bardzo treściwe że chłopaki nie dali rady schabowemu z frytkami, a ja makaronowi po chińsku :-).

Za Drezdenkiem kierunek naszej jazdy zaczął prowadzić na południe, ale wiatr tego dnia uparł się i wiał nam zawsze w plecy. Było już widać, że do Świebodzina dotrzemy jeszcze za dnia i na krótki postój zatrzymaliśmy się w Skwierzynie, 39 km przed Świebodzinem. Małe zakupy, kilka fotek wieży ciśnień i drobna pomyłka nawigacyjna podczas wyjazdu z miasta to fakty z tego miejsca.

Na DK 3 panował zwiększony ruch TIR-ów, zwłaszcza z czeskimi i słowackimi tablicami rejestracyjnymi. Pojawiły się też pierwsze podjazdy, na płaskiej do tej pory trasie. W okolicach Międzyrzecza odbiliśmy 2 km w prawo aby obejrzeć bunkry wchodzące w skład MRU.

Chwilę potem przejechaliśmy pod autostradą A2 i dotarliśmy do podstawowego celu naszej jazdy, Świebodzina (19.30). Miasto jest otoczone pagórkami, a my wjeżdżając od północy pomnik Chrystusa mieliśmy po jego drugiej stronie.

Najpierw więc zajrzeliśmy na świebodzińską starówkę, gdzie odkryłem 2 sklepy rowerowe i planszę zawierającą informację - nie wiem czy aktualną - że Świebodzin ma fabrykę rowerów. No, bardzo ładnie :-). Poza tym w oko wpadł mi odrestaurowany ratusz i kościół pw. NMPKP.

Dotarcie do pomnika zajęło nam chwilę, bo pomimo jego wielkości nie jest on widoczny z każdego miejsca miasta. Jak już jednak się wyjedzie za budynków, widać od razu. Dodam, że pomnik stoi na kopcu co jeszcze optycznie go podwyższa. Monumentalna konstrukcja, chociaż nie przytłacza tak bardzo jak licheńska bazylika. W planach, z którymi zapoznał mnie lokalny bodyguard, jest budowa centrum pielgrzyma i uporządkowanie otoczenia pomnika, bo na razie wszystko wygląda dość prowizorycznie.

W Świebodzinie byliśmy około godziny i nadszedł czas jechać na Poznań, skąd o godzinie 3 w nocy mieliśmy pociąg w nasze okolice. Dystans spod pomnika na dworzec PKP Poznań Główny wyszedł mi 118 km, a na trasie zrobiliśmy jeden dłuższy popas w Pniewach, gdzie niezawodne hot-dogi i kawa pozwoliły na szybką i sprawną jazdę.

DK 92, czyli droga równoległa do A2 była pod mocnym panowaniem TIR-ów poruszających się w kolumnach po 4-5 samochodów. Wrażenia dźwiękowe i świetlne związanie z tymi kolosami były niesamowite- człowiek choćby chciał zasnąć to nie dałby rady :-).

Do Poznania wjechaliśmy oddzielnie, bo Robert popędził jeszcze sprawdzić co się dzieje na Starym Mieście i w okolicach stadionu. A my z Rafim uskutecznialiśmy spokojne patataj, zwłaszcza że przed samym miastem ruch się uspokoił i można było porozmawiać.

Nawigację w Poznaniu ułatwiła posiadana przeze mnie mapa, do dworca PKP dotarliśmy bez problemu. Większym problemem był zakup biletu, bo na dworcu była ,,przerwa technologiczna'' do godziny 4.00 :-)). Ale w końcu udało się nam bilety kupić i nawet wsiąść bez problemu do pustego pociągu. Nasze rowery miały komfortowe miejsca stojąc w przedziale, gdzie normalnie siedzą ludzie. Przedziału dla rowerów bowiem nie było w tym składzie.

W Tczewie Robert poleciał rowerem przez Żuławy, a my przez Żuławy pojechaliśmy PKP. W ten sposób o godzinie 8 rano byliśmy w Elblągu, w miejscu gdzie wycieczka się zaczęła.

Dziękuję za wspólną jazdę wszystkim bikerom, gratulacje składam Rafiemu, który tylko potwierdził to, co sam wiedziałem już od dobrego czasu. Jest trzeci maratończyk rowerowy w Elblągu i to jest bardzo dobra wiadomość :-).
Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
188.00 km 80.00 km teren
09:09 h 20.55 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:10.0
Podjazdy: m

ERnO HARPAGAN 42 - ELBLĄG

Sobota, 15 października 2011 · | Komentarze 10

Pełna FOTORELACJA W GALERII

Po HARPAGANIE w Redzie pisałem, że było ekstremalnie. Wczorajsza jazda to w takim razie niezły hardkor :-). I już pomijam deszcz który padał przez kilka godzin, ale z taką odmianą gliniastego błota to się jeszcze na Wysoczyźnie Elbląskiej nie spotkałem. Zapchanie kół spowodowało niemożliwość pchania roweru, o jego wzięciu na plecy w ogóle mowy nie było. Punkt numer 9 w okolicy Stygajn będzie mi się długo śnił :-).

A teraz po kolei ...

Mając bazę pod nosem, pakiet startowy wziąłem w przeddzień imprezy, spokojnie zamontowałem wszystko na rowerze i integrowałem się z organizatorami. Wspaniali, pełni pasji ludzie, których miło było mi poznać.

O poranku spotkałem się w strugach padającego deszczu z ANDRZEJEM, drugim czynnym uczestnikiem Harpagana z ramienia Urzędu Miejskiego, pod Pomnikiem Odrodzenia i w doskonałych humorach pojechaliśmy na start :-).

O godzinie 6.30 łaskawie przestało na chwilę kapać i rozdanie map odbyło się na sucho. Nie chciało mi się na ciemno analizować całej mapy, a znając kilka punktów na podstawie zdjęć umieszczonych na stronie zawodów, już wcześniej podjąłem decyzję, że jadę na punkt kontrolny przy depresji w Raczkach Elbląskich i tam już za dnia na spokojnie przeanalizuję mapę i kierunek dalszej jazdy.

Dołączyli do mnie jeszcze Andrzej, Leszek i Jurek M. i popedałowaliśmy do najniższego miejsca w Polsce. Na miejscu (punkt 5) byliśmy o 6.49 jako pierwsi z uczestników.
PKT 5-RACZKI ELBLĄSKIE © MARECKI

Potwierdzenie obecności za pomocą karty elektronicznej było szybkie i łatwe i już wracaliśmy do Elbląga, aby udać się do Weklic, gdzie był zlokalizowany punkt przy wodospadzie na Kowalewce. Ponownie zaczął padać deszcz i tak było do godziny około 11. Dołączył do nas jeszcze Maciek i w tym składzie jechaliśmy przez jakiś czas.

Nad Weklicami (punkt 18-7.49) nastąpił pierwszy kontakt z terenem, jazda po polu i pod górę w błocie lekka nie była. Zjazd z góry był zresztą jeszcze trudniejszy. Jeden wielki rowerowy dryft :-).
PKT 18-WEKLICE © MARECKI


Z Weklic pojechaliśmy w okolice Słobit (punkt 13-9.11) gdzie do znalezienia był przepust w lesie. Jak na pechową trzynastkę przystało przestrzeliłem nieco zjazd do lasu, co kosztowało nas 2 km gratis.
PKT 13-SŁOBITY © MARECKI

Potem już bez problemu i już jechaliśmy dalej na wschód do punktu 7-10.32 zlokalizowanego na skraju lasu przy wsi Dąbrówka. Dużym ułatwieniem był widoczny z daleka dym ogniska, co zaprowadziło nas na miejsce jak po sznurku.
PKT 7-DĄBRÓWKA © MARECKI


Po zaliczeniu tego punktu Andrzej postanowił zawrócić do Elbląga, widać spotkany wcześniej drogowskaz Elbląg-49 km podziałał na niego demobilizująco ;-). Jak na debiutanta w Harpaganie pokazał dużą odwagę jadąc w takich okolicznościach i okazał się twardym bikerem. Poza tym dochodzę do wniosku, że wykazał się perfekcyjną intuicją w kontekście błotnego Sajgonu przed punktem numer 9, który był kolejnym celem naszej grupki :-).

Do Stygajn dotarliśmy asfaltem i betonowymi płytami, miejscowi coś mówili o bardzo ciężkiej drodze, ale potraktowaliśmy to z lekkim przymrużeniem oka, bo lekko nie było od początku. I faktycznie na początku było standardowe brązowe pole, które nagle zakleiło mi opony :-).

Nie szło jechać, nie szło iść, nie szło nieść. Można było siąść i płakać :-). Wybieranie błota kijem było bez sensu-kije się łamały, ręką było mało efektywne, skuteczną metodą okazało się walenie kierownicą o podłoże, a najlepiej jak tym podłożem była koleina wypełniona wodą bo wtedy glina się odklejała.

I tak powoli dwa obroty koła w przód, jeden w tył, powoli dobrnąłem do punktu 9-11.57, opisanego jako drabina na skraju lasu.
PKT 9-STYGAJNY © MARECKI

Na tym odcinku kilkuset metrów wypiłem cały bidon, zjadłem snickersa i opakowanie kabanosów i uświniłem się po pas. Jak wyglądał rower można obejrzeć na fotkach.

Na punkcie spytałem się dziewczyn z obsługi, czy dotarły helikopterem? Odpowiedziały, że dowiózł je z trudem samochód terenowy :-). Teraz należało wydostać się z tego pola, powrót po własnych śladach nie wchodził w rachubę. Ruszyliśmy wraz z Maćkiem i Leszkiem (Jurek zagubił się gdzieś między wsią a punktem) w kierunku znanej mi wsi Łoza. Jazda skrajem lasu była możliwa, zamiast pola była trawa i opony się nieco oczyściły.

W Łozie Maciek pojechał dalej, a ja zabrałem się do wymiany przebitej dętki w przednim kole. Asystował mi Leszek, nawadniając mnie napojem i wodą od Maćka, bo ja wszystkie zapasy straciłem w walce z błotem. Wymiana dętki to bezcenne doświadczenie biorąc pod uwagę stan opony i niechcącą się odkręcić obrączkę z wentyla dętki Continentala.

Po tej przymusowej przerwie pojechaliśmy w kierunku punktu 14 zlokalizowanego w Chruścielu przy wiacie ścieżki edukacyjnej. Byliśmy tam o 13.59, spotykając wielu bikerów, w tym Kudłatego, który krążył po lesie w jego poszukiwaniu. Nadjechał też Jurek, ale z przeciwnego kierunku i z inną grupą, której pozostał wierny :-).
PKT 14-CHRUŚCIEL © MARECKI


My zaś z powrotem mieliśmy ze sobą Maćka i po krótkiej wizycie w sklepie w Chruścielu skierowaliśmy się na punkt nr 10 w okolicach Fromborka opisany jako wiata przy stawkach. Ostatni odcinek wzdłuż tory kolei nadzalewowej to ponownie była błotna kąpiel tym razem w kolorze black; a już rower zaczynał ładnie wyglądać :-).

PKT 10-FROMBORK © MARECKI

Na punkcie byliśmy o 15.24 i należało zacząć zjazd w kierunku Elbląga, bo w tym momencie do zamknięcia mety były 3 godziny 6 minut. W planach był punkt przy Świętym Kamieniu, wieża widokowa w Kadynach i na koniec obelisk Augusta Papau w Bażantarni.

W szybkim tempie przelecieliśmy za Narusę i za kapliczką skręciliśmy z Leszkiem z prawo. Maciek został gdzieś z tył i już z nami nie jechał. Po kilku metrach na polnej drodze poczułem znaną miękkość w tylnej oponie i już było po Świętym Kamieniu :-). Leszek pojechał na punkt, umówiliśmy się w Kadynach pod wieżą, a ja do torby i za wymianę drugiej dętki. Przyjemnie świecące październikowe słoneczko chyliło sie już powoli ku zachodowi, ale jeszcze sympatycznie grzało. Dętkę wymieniłem, napompowałem i w drogę przez Pogrodzie i Tolkmicko. Na asfalcie przydybał mnie ROBERT, który towarzyszył mi do Elbląga.

W Kadynach na wieżę widokową udałem się z buta znanym sobie skrótem, rower porzucając u podnóża skarpy. Ślady wskazywały, że piechurzy z trasy pieszej Harpagana też tędy się przedzierali. Na wieży (punkt 16) byłem o 17.30, na Leszka już nie czekałem, słusznie przypuszczając, że dawno już tutaj był i ruszyłem na metę.
PKT 16-KADYNY © MARECKI

Do Łęcza 4 km podjazd pokonałem najszybciej chyba w mojej historii, bo wizja karnych punktów za spóźnienie dodawała mi sił :-). Od Łęcza 40 km/h nie schodziło w zasadzie z licznika, co spowodowało że na mecie byłem o 18.26 po zaliczeniu 8 punktów kontrolnych za 27 pkt. przeliczeniowych. W klasyfikacji zająłem 201 miejsce, także potencjał do poprawy wyniku jest :-)).

Nie ma już co poprawiać DARECKI, któremu udało się wygrać całą imprezę i mógł się napić szampana ze stosownego naczynia ;-). Wielkie gratulacje, tym bardziej że wynik osiągnął w bardzo trudnych warunkach.
DARECKI Z PUCHAREM ZA ZWYCIĘSTWO © MARECKI

W bazie nakarmiłem się grochówką i wróciłem na losowanie nagród oraz wręczenie pucharów. Nastąpiła też dalsza integracja ze znanymi z Bikestats: WILKIEM i CIMANEM.

A w końcu udałem się na zasłużony wypoczynek. Pozdrawiam wszystkich z którymi jechałem i tych napotkanych na trasie też :-).

Dane wyjazdu:
797.00 km 0.00 km teren
37:41 h 21.15 km/h:
Maks. pr.:65.00 km/h
Temperatura:22.0
Podjazdy: m

NIEMCY TOUR

Piątek, 1 lipca 2011 · | Komentarze 30

Przygotowania do jazdy w poprzek Niemiec rozpocząłem od analizy różnych źródeł internetowych w poszukiwaniu najciekawszej i najkrótszej trasy przejazdu.

Analiza ta nie przyniosła żadnego skutku, większość imprez po Niemczech to objazdówki wybranych regionów, a nie przeloty ze wschodu na zachód i to w formule non-stop :-).
Wziąłem więc mapę do ręki i powstało coś takiego:

Trasa rowerowa:SZCZECIN-Prenzlau-Neuruppin-Rathenow-Tangerműnde-Gardelegen-Braunschweig-Hildesheim-Hameln-Paderborn-Erwitte-Unna-Dortmund-Witten-Hagen-Wuppertal-Mettmann-DŰSSELDORF


STATYSTKA-KM © MARECKI

STATYSTYKA-CZAS © MARECKI


Wszystkie zdjęcia w FOTOGALERII.

Pierwszym sukcesem było załadowanie się do pociągu Olsztyn-Szczecin, który niezawodne PKP złożyło z 3 wagonów. Nietaktem było w tej sytuacji oczekiwać wagonu do przewozu rowerów :-)).

Sama podróż minęła spokojnie i po małych zakupach w Szczecinie ruszyliśmy z ROBERTEM na zachód. Z miasta wyprowadziła nas DK 10 do Lubieszyna, gdzie około 17.00 swobodnie przejechaliśmy obok zabudowań dawnego przejścia granicznego.

Pierwszą niemiecką miejscowością był Bismark, co zabrzmiało nieco groźnie ;-). Potem jednak nazwy niemieckich wsi i miasteczek nie budziły już historycznych reminiscencji .

BISMARK-PIERWSZA NIEMIECKA MIEJSCOWOŚĆ © MARECKI


Pogoda była dobra, niebo było nieco zachmurzone a chmury ganiał po niebie dość silny wiatr z tradycyjnych kierunków zachodnich. Trasa naszej jazdy wiodła przez Niemcy po ukosie, także nie wiało nam prosto w twarz, a nieco z boku. Mimo wszystko nie pozwalał na uzyskanie takiej prędkości, jaką byśmy chcieli.

PRENZLAU-KOŚCIÓŁ MARIACKI © MARECKI


Pierwsza noc minęła na spokojnym pedałowaniu, obyło się nawet bez tradycyjnych u mnie drzemek na przystankach . O poranku (ok. 6.00) w sobotę przejechaliśmy Łabę i tutaj zaczęło na nas kapać. Całkowicie zaciągnięte chmurami niebo wskazywało, że kurtki deszczowe będą potrzebne na dłużej i tutaj pojawiła się nieprzyjemna informacja od Roberta, że on takowej nie ma. Odchudził mocno swój bagaż, ale w tym punkcie lekko przesadził ;-).

ŁABA-MOST W OKOLICACH TANGERMÜNDE © MARECKI


Ogarniająca mnie nieubłagana senność oraz moknący Robert spowodowały nasz postój w przydrożnej szopie, gdzie ja zaległem na sianku, a co robił Robert to nie wiem :-).

DROGA NR 1 I OBOK DDR © MARECKI


Po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, mając świadomość, że nie uda się w niedzielę rano być w Dusseldorfie. Spowolnienie spowodowane wiatrem oraz deszczem było już nie do nadrobienia, tym bardziej że przed nami był odcinek z górkami.

Na trasie naszego przejazdu było jedno duże miasto – Braunschweig, gdzie Robert postanowił zakończyć pedałowanie i skorzystać z usług Deutsche Bahn. Mając 400 km w nogach postanowiłem kontynuować dalszą jazdę samotnie.

BRAUNSCHWEIG-STYLOWE CENTRUM HANDLOWE © MARECKI


Około godziny 20 Robert wsiadł w pociąg, a ja skierowałem się drogą nr 1 w kierunku Hildesheim. Drogą tą poruszałem się aż do Dortmundu. Pomiędzy Hameln a Paderborn wyrosły wspomniane wzniesienia Lasu Teutoburskiego, ale bez przesady. Zaliczyłem dwa 3 kilometrowe, spokojne, podjazdy a reszta to nieistotne hopki. Do tego o poranku w niedzielę przestało padać, a wiatr w lesie był nieodczuwalny. Robertowi zabrakło kilku godzin cierpliwości ;-).

WZNIESIENIA LASU TEUTOBURSKIEGO © MARECKI


Wspomnę jeszcze, że w nocy miałem przerwę w Mc Donaldzie, gdzie doceniłem działające suszarki elektryczne i zużywając chyba kilka kWh prądu osuszyłem sobie skarpety i częściowo buty. Niemiecka obsługa potraktowała mnie ze zrozumieniem, chociaż jak zamykali bar o 1 w nocy, to trzeba było jechać dalej :-).

Przed Paderborn miałem spotkanie z policją, która w uprzejmych i pełnych troski słowach poinformowała mnie, że jazda drogą ekspresową (w jaką na kilkanaście km przekształciła się droga nr 1) jest bardzo niebezpieczna, bo samochody jeżdżą tutaj ponad 60 km/h. Więcej z pouczenia nie zrozumiałem, ale szczerze przeprosiłem i na najbliższym węźle zjechałem do Paderborn :-). W Polsce by nie było chyba tak miło.

Pogoda z każdą chwilą robiła się coraz lepsza, widać było nawet błękitne niebo. I tylko wiało bez zmian. Za Paderborn droga nr 1 do złudzenia przypomina dawną berlinkę z Elbląga do Gronowa, tylko jest nieco szersza.

DROGA NR 1- BETONKA BEZ SZCZELIN :-) © MARECKI

ERWITTE-DREWNIANY, DZIAŁAJĄCY MŁYN WODNY © MARECKI

UNNA-ZAJAZD W WIATRAKU © MARECKI


Przed Dortmundem, w miasteczku Unna zjadłem obiad w postaci potężnego spaghetti i ruszyłem do pierwszego miasta Zagłębia Ruhry. Miałem przykazane przez kuzyna, aby do Dűsseldorfu jechać miastami, czyli przez Dortmund, Essen i Duisburg, ale na mapie tak ładnie wyglądała droga nr 7, że postanowiłem pojechać po swojemu, bo co to za przyjemność jazda po mieście ;-).

I to był największy błąd tej wycieczki. Władowałem się w takie góry, że podjazdy po 5-7 km nie były niczym nadzwyczajnym. Do tego powtórzyły się z kilka razy powodując, że będąc w Dortmundzie (około 100 km od celu) o 15, do Dűsseldorfu dotarłem o godzinie 23. Dodam jeszcze, że droga nr 7 dwukrotnie ginęła mi z oczu, co spowodowało kilometry błądzenia.

WETTER-RATUSZ © MARECKI

WUPPERTAL-NADZIEMNY TRAMWAJ © MARECKI


Widać po dystansie, że było to dobre 70 km gratis. Miałem już myśli, żeby wjechać na autostradę, gdzie tablice z nazwą Dűsseldorf widziałem co kilka kilometrów. Obawiałem się jednak, że tutaj policja może już nie być taka miłosierna ;-).

W końcu dotarłem do celu, wspomagając się namiarami niemieckich kierowców i spokojnym zjeżdżaniem (przez szybkie zjazdy dwukrotnie myliłem drogę).

JESTEM U CELU! © MARECKI


W Dűsseldorfie wypadało znaleźć dom cioci, co po ciemku i będąc w tym 700-tysięcznym mieście po raz pierwszy nie było łatwym zadaniem. Nie wdając się w zbędne eksperymenty udałem się na postój TAXI i po chwili już wiedziałem gdzie jechać.

Tym samym niemiecka epopeja po 54h w trasie dobiegła końca, a ja mogłem napić się z ciocią herbaty :-).





Dane wyjazdu:
534.00 km 0.00 km teren
22:07 h 24.14 km/h:
Maks. pr.:56.00 km/h
Temperatura:24.0
Podjazdy: m

MARATON ŚLADEM MRDP

Sobota, 4 czerwca 2011 · | Komentarze 13

Nowe twarze pojawiły się na starcie kolejnego maratonu, który tym razem miał na celu zapoznanie się z trasą MRDP. Wraz z ROBERTEM mamy zamiar podjąć próbę jego pokonania, a najbliższa okazja już w 2013 r. :-).

TRASA:Elbląg-Braniewo-Żelazna Góra-Lelkowo-Górowo Iławeckie-Bartoszyce-Kętrzyn-Węgorzewo-Gołdap-Wiżajny-Sejny-Augustów-Lipsk Murowany-Sokółka-Białystok

PEŁNE FOTO

Z licznego grona 7 rowerzystów najdłużej z nami przebywał znany z dobrych, lecz pechowych występów w elbląskich alleycatach Marcin_Ch, który towarzyszył nam aż do Kętrzyna. Pozostali nieco wcześniej pojechali w różne strony zgodnie ze swoimi wcześniejszymi priorytetami.
NA STARCIE © MARECKI


Początkowe kilometry to walka z uporczywym zimnem (tylko +7) i szybkie tempo jazdy. Od Braniewa jechałem już w nogawkach, bo inaczej się nie dało. Po wschodzie słońca zaczęło się ocieplać, ale na dobre rozebraliśmy się o 7 rano w Kętrzynie, gdzie mieliśmy przerwę śniadaniową u Grzegorza. Jeszcze raz dzięki za śniadanko :-).

Potem było nieco walki z nawierzchniami dróg pomiędzy Gierłożą a Węgorzewem, zwłaszcza 3,5 km odcinek specjalny kostki brukowej to było to ;-). Amor w rowerze szosowym czasami naprawdę się przydaje :-)).
ROBERT I 3,5 KM ŁOMOTU :-) © MARECKI


Już wtedy zacząłem lekko wątpić, czy zdążymy na powrotny autobus z Siemiatycz, bo naszym oczom ukazywało się coraz więcej ciekawych miejsc. Jedno z nich uwieczniłem na tym zdjęciu.
PNIEWO-ZABYTKOWY BUDYNEK TOWARZYSTWA UBEZPIECZEŃ OD OGNIA © MARECKI

Odpuściliśmy sobie bunkry w Mamerkach i śluzę na Kanale Mazurskim w Leśniewie, a wcześniej bocianią wieś Żywkowo. Trzeba to będzie kiedyś nadrobić ;-).

W Baniach Mazurskim zatrzymałem się przed odnowionym budynkiem, który okazał się urzędem gminy. Fotka dla kolegi WILKA, który kolekcjonuje i odwiedza wszystkie gminy w Polsce. Bań Mazurskich już nie musisz ;-)
BANIE MAZURSKIE-URZĄD GMINY © MARECKI


W Baniach przeżyliśmy też z Robertem swoiste deja vu- lody z epoki lat 80-tych XX wieku. Tylko w 3 smakach i podawane z termosów :-).
BANIE MAZURSKIE-DOMOWE LODY W STYLU PRL :-) © MARECKI

Za Gołdapią (w której zjedliśmy na obiad pierwszą tego dnia porcję kartaczy) zrobiliśmy sobie przerwę nad jeziorem w Kiepołciach, gdzie elbląska ekipa gościła 2 lata temu. Teren, ukształtowanie i widoki Mazur Garbatych bardzo przypadły Robertowi do gustu, a że i ja byłem tutaj w czasach sprzed ery aparatu cyfrowego, ostatecznie zdecydowaliśmy, że nie pędzimy do Siemiatycz, a skupimy się na widokach ciekawszych niż uciekający asfalt :-).
KIEPOJCIE-CZAS NA OCHŁODZENIE © MARECKI


Zaraz potem odwiedziliśmy Stańczyki,
STAŃCZYKI-LEGENDARNE MOSTY © MARECKI

JAK WIDAĆ, JEST GDZIE JEŹDZIĆ © MARECKI

KRAJOBRAZ MAZUR GARBATYCH © MARECKI

a następnie spotkaliśmy samotnego bikera pomykającego na kolarzówce. Polecieliśmy za nim i w ten sposób poznaliśmy Maćka z Gołdapi na treningu do cyklu maratonów Mazovii. Towarzyszył nam do Żytkiejm, gdzie schodzą się granice 3 państw tworząc trójstyk.
ŻYTKIEJMY-TRÓJSTYK GRANIC PL-LT-ROS I ROBERT Z MAĆKIEM © MARECKI


Przed Wiżajnami zaliczyliśmy najdłuższy podjazd na trasie, a zaraz potem elegancki zjazd do Rutki-Tartak. Na ostatnim podjeździe Gór Sudawskich spotkaliśmy 4 rowerzystki, w ogóle na trasie ruch rowerowy był duży (dodam, że spotkaliśmy BIKERA z Tucholi w 4 dniu wyprawy dookoła Polski).

Wkrótce dotarliśmy do Sejn, gdzie naszą uwagę przykuł ten zabytek.
SEJNY-KLASZTOR PODOMINIKAŃSKI I BAZYLIKA NMP © MARECKI


Za Sejnami jechaliśmy dobrze znaną zmotoryzowanym elblążanom DK 16, na której odcinku do Augustowa jest zakaz poruszania się TIR-ów i panował spokój. Do tego klimatyczny las otaczający drogę powodował, że wspominam to jako jeden z najprzyjemniejszych odcinków.

W Augustowie byliśmy około 21 i uznaliśmy, że czas na kolację. Napotkany lokal miał w ofercie kartacze, więc skorzystaliśmy :-). Elegancką estakadą pieszo-rowerową przedostaliśmy się na drugą stronę opanowanej przez TIR-y DK 8 i z powrotem wjechaliśmy w Puszczę Augustowską. Egipskie ciemności rozświetlały nasze bocialarki i nieliczne samochody.

Przez Lipskiem Murowanym zacząłem zasypiać, tempo siadło i trzeba było jechać wolniej, tym bardziej, że zaliczyłem krzaki, ale bez gleby. Energetyk o wdzięcznej nazwie Burn nieco mnie rozpalił, ale szału nie było :-).

W Lipsku byliśmy około 24 i ledwo zdążyłem zrobić fotki poniższego kościoła, cała wieś zaległa w ciemnościach. Nie wiem, czy to było planowe, oszczędnościowe działanie, czy coś może zepsuliśmy ;-).
LIPSK MUROWANY-KOŚCIÓŁ NEOGOTYCKI pw. MATKI BOSKIEJ ANIELSKIEJ © MARECKI


Za Lipskiem dalsza droga prowadziła przez liczne miejscowości, gdzie nasze rowery były porównywane do dyskoteki z uwagi na bogate oświetlenie i odblaski. Jechało się spokojnie, młodzież nie szalała w samochodach :-). W Sokółce, z którą nasza Olimpia właśnie co zremisowała w piłkę nożną, byliśmy już za jasności. Do Białegostoku pozostało 40 km i o godzinie 5 rano pojawiliśmy się w mieście. PKP odjeżdżał o 6.16, toteż nieco czasu mieliśmy na śniadanie. Podróż minęła szybko i sprawnie, a rowery jechały wisząc w przedziale 3 rowerowym.

Dziękuję wszystkim za zarwanie co najmniej jednej nocki, wspólne pedałowanie i moc pozytywnych wrażeń. Robert dzięki za towarzyszenie na całej trasie.
Kategoria SUPERMARATONY