INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 284.763 kilometry, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.91 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)



baton rowerowy bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

G/MRDP

Dystans całkowity:5223.00 km (w terenie 0.00 km; 0.00%)
Czas w ruchu:258:34
Średnia prędkość:20.20 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:45489 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:84974 kcal
Liczba aktywności:14
Średnio na aktywność:373.07 km i 18h 28m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
479.00 km 0.00 km teren
24:37 h 19.46 km/h:
Maks. pr.:66.00 km/h
Temperatura:33.0
Podjazdy:5230 m

GÓRY MRDP - III ETAP

Poniedziałek, 26 sierpnia 2019 · | Komentarze 4

Trasa: BUKOWINA TATRZAŃSKA-Krościenko nad Dunajcem-Piwniczna Zdrój-Tylicz-Banica-Małastów-Sękowa-Krempna-Tylawa-Komańcza-Wetlina-Ustrzyki Górne-Krościenko-Arłamów-PRZEMYŚL

GPS (całość)

GALERIA (z opisem)

GALERIA  (Łapszanka)



Z uśpionego schroniska wymknąłem się jak dobrej klasy złodziej, cichutko i niepostrzeżenie o 3:30 rano. Ciepła noc sprawiła, że zjazd przez Bukowinę do Brzegów nie wychłodził mnie zupełnie, a dwa wolno biegające ,,pieski’’ wielkości cielaków sprawiły, że zjazd pokonałem z prędkością podjazdową. I w sumie dobrze wyszło, bo na Łapszance byłem o godzinie 4:40, czyli dobrą godzinę za szybko. Coś mi się pomyliło …

W drodze na tą wspaniałą przełęcz zaliczyłem podjazd ,,Harnaś’’ znany z trasy Tour de Pologne. Na krótkim odcinku licznik zwariował i pokazał mi 22% nachylenia. Ja rower pchałem tak już od 15 %, bo mi przednie koło uniosło się do góry. I to było drugie, i ostatnie pchanie na tegorocznej edycji GMRDP. Siedząc na trawie hal na Łapszance i napawając się coraz wyraźniejszą panoramą Tatr spędziłem tam prawie 2 godziny, zupełnie ignorując limit 96 godzin w którym pierwotnie chciałem się zmieścić. W końcu to był urlop :-). Zresztą, nie ja jeden tam się pojawiłem na wschód słońca – było kilku kierowców samochodów, dwóch pieszych i koło gospodyń wiejskich.

W końcu trzeba było jednak ruszać dalej, bo co za dużo to niezdrowo. Długi zjazd w zasadzie do samej Niedzicy, który w roku 2015 był podjazdem w kierunku Łapszanki , przerwałem tylko na postój w Łapszach Niżnych, gdzie w sympatycznej budce piekarnio-cukierni zatrzymałem się na śniadanie. Konsumpcję uprzyjemniła mi rozmowa z miłą sprzedawczynią, która złapała się za głowę jak usłyszała skąd jestem i w jakiej imprezie biorę udział.

Jadąc dalej zaliczyłem krótki podjazd ze Sromowców w kierunku Hałuszowej, która jako przełęcz Osice dała mi się we znaki w roku 2015. Teraz było zupełnie inaczej, bo podjazd był zjazdem i do Krościenka pędziło się elegancko. Po drodze obejrzałem stado pienińskich owiec, którym zarządzał jednohasłowymi zwrotami baca i jego równie profesjonalny, czworonożny przyjaciel. Gdy mimo to czarny baran, czy też może czarna owca zbytnio zbliżył się do drogi, ryzykując przyspieszone zostanie baraniną, to i ja wkroczyłem do akcji. Baca podziękował mi uśmiechem.

Od Krościenka nad Dunajcem do Tylicza trasa GMRDP prowadziła – umownym rzecz jasna – szlakiem wytwórni wód mineralnych z których te okolice słyną. Kinga Pienińska, Piwniczanka, Muszynianka, Galicjanka czy Kropla Beskidu to napoje, które zna cała Polska. A że upał dalej trzymał 33-36 stopni to i woda szła jak woda. Na siebie i w siebie.

Od Krościenka jechałem piękną trasą widokową wzdłuż Dunajca, dobrze znaną już z kilku poprzednich wyjazdów. Płynną jazdę nieco utrudniały prace drogowe, ale mając amortyzator i dość pancerne opony mogłem korzystać z niewykończonych odcinków jezdni czy też poboczy. Minąłem Łącko, reklamujące się jako ,,stolica małopolskich sadów’’ i wjechałem na kolejną terra incognita, zaplanowaną przed Daniela, jako mijanka Starego Sącza i zbieranie kolejnych podjazdów do kolekcji. Zwłaszcza jeden, po przekroczeniu Dunajca, wprawił mnie w mocne zdziwienie, bo znajdował się na nowym szlaku Vel o Dunajec i miał na tabliczce podane, że wynosi … 19%. W zasadzie od razu chciałem schodzić z roweru, ale pomyślałem sobie, że coś chyba jest nie tak z oznakowaniem, bo takich gór na trasach rowerowych się nie projektuje. I faktycznie, podjechałem to w siodle, także z pewnością 19-tki nie było. Licznik pokazał mi 14% :-).

Nagrodą były piękne widoki na Dunajec, jakże odmienne od jazdy DW 969, kiedy to Dunajec miało się na jednym poziomie z drogą. Velo Dunajec to w ogóle miejscówka warta oddzielnego wyjazdu. Jak już szlak się skończył prowadząc, zgodnie z nazwą, wzdłuż Dunajca, to od Gabonia zaczęły się interwały Beskidu Sądeckiego. Niektóre całkiem okazałe. Walka z nimi i upałem zakończyła się dynamicznym zjazdem do Rytra na DK87, czyli w dolinę Popradu, który z lewej a potem z prawej strony towarzyszył zawodnikom aż do Muszyny. W tą stronę zdarzyło mi się jechać po raz pierwszy, więc z ciekawością podziwiałem panoramy , które w roku 2013 i 2015 miałem za plecami. Droga była ta sama, ale nie taka sama.

Na drodze dużo się działo, na torach kolejowych obok drogi także, na nudę więc nie było co narzekać. I tak sobie pokonywałem powoli kolejne hopki mijając uzdrowiska Piwniczna Zdrój, Łomnica Zdrój Żegiestów Zdrój i obserwując momentami jak ludzie moczą nogi w Popradzie i szukają skrawka cienia. W takich to okolicznościach przyrody spotkałem Krzyśka, znanego blogera spod znaku Bikestats. Planując obiad w Muszynie i co najmniej dwu godzinną sjestę po nim rzuciłem mu hasło, czy by się nie przyłączył. Jazda w taki upał była w moim wykonaniu mało efektywna i należało najgorętsze godziny przeczekać. A że pora była obiadowa …

Krzysiek się zgodził i w ten sposób wylądowaliśmy w Muszynie na obiedzie. Knajpka sprawdzona rok wcześniej podczas rodzinnego wypadu okazała się dobrym wyborem i teraz. W zajeździe ,,U Hutka’’ przeczekaliśmy najgorętsze godziny wtorkowego żaru, z miejsca zamawiając zimnego Żywca 0%, a potem coś do jedzenia. Ja posiliłem się żurkiem i pierogami ruskimi. Wyjeżdżając z Muszyny – Puntu kontrolnego nr 8 - zajrzeliśmy jeszcze do sklepu zaopatrzyć się w wodopój, bo powoli opuszczaliśmy cywilizację i zaczęła się wspinaczka w kierunku Beskidu Niskiego, czyli dla odmiany, najmniej zurbanizowanych polskich gór. Bez stacji paliw, bez sklepów co i rusz, bez ludzi.

Przed nami była góra Piorun i sławna Banica, ale w wersji zjazdowej. Bułka z masłem. Piorun został wciągnięty piorunem a Banica bez podjazdu jest tylko zwykłą Banicą. W ten sposób opuściłem Beskid Sądecki gubiąc gdzieś Krzyśka po drodze.
Niebawem skręciłem z trasy poznanej wcześniej i wjechałem na nowe asfalt Beskidu Niskiego wypatrzone przez ojca dyrektora Daniela Śmieję. Jadąc przez Kwiatoń i Gładyszów, które odwiedziłem podczas moich pierwszych rowerowych odwiedzin w roku 2000, mijaliśmy też ruchliwą DK 28 Ropa-Gorlice. W prezencie dostaliśmy jeszcze przełęcz Małastowską, którą po raz pierwszy zdobywałem w strugach deszczu o którym teraz można było tylko pomarzyć.

Przed przełęczą nawiązałem kontakt z jedyną zawodniczką na trasie GMRD, Gośką z Łodzi. Kilka kilometrów razem przejechaliśmy, rozstając się dopiero przed Krempną, gdzie ona miała zaplanowany nocleg. Wcześniej jeszcze zaliczyliśmy przeprawy na remontowanych mostkach na DW 993 między Gorlicami a Nowym Żmigrodem. Tym razem kładki dla pieszych były.
Przed zjazdem z tej drogi w kierunku Krempnej, która także była nowością na trasie GMRDP zatrzymaliśmy się większą ekipą we wsi Pielgrzymka, gdzie był sklep i to czynny o godzinie 20. W Beskidzie Niskim takie okazje trzeba wykorzystywać, więc zrobiłem od razu zakupy na środowe śniadanie.

Późną obiadokolację zaplanowałem w Kątach gdzie – dzięki miejscowym to wiedziałem – była czynna restauracja o wszystko mówiącej nazwie ,,Chono tu’’. Jak chono, to chono. W oczekiwaniu na sałatkę sączyłem zimnego Lecha 0% i rozmawiałem z dwoma ciekawymi imprezy lokalsami. Jeden z nich miał doświadczenia kolarskie, tylko – jak to powiedział – na nieco krótszych dystansach . Po sałatce z łososiem zarządziłem dokładkę w postaci pizzy margherity, bo w sumie nie było wiadomo kiedy znowu coś ciepłego uda się upolować. Do cywilizacji w Komańczy albo Cisnej było tak daleko.

Pożegnałem się w końcu z Kątami i przez uśpioną Krempną będącą punktem kontrolnym nr 9 drogami Magurskiego Parku Narodowego pożeglowałem w ciemną noc Beskidu Niskiego. Zastanawiając się czy dojadę do wschodu słońca bez spania dotarłem na Tylawy, gdzie na chwilę pojawiły się jakieś samochody na prowadzącej z granicy w Barwinku DK 19. Po chwili trasa jednak skręcała na wschód i prowadziła znowu opustoszałymi drogami w środku nocy.

Jak głowa zaczęła mi spoglądać w kierunku mijanych przystanków autobusowych to już wiedziałem, że do 6 rano to ja bez krótkiej drzemki nie dojadę. Tak więc w Wisłoku Wielkim wbiłem się na przystanek, rozłożyłem folię NRC by Karrimor, czyli dwumetrowy pomarańczowy worek na śmieci, trochę tylko mniej szeleszczący od zwykłej NRC i poszedłem spać. Po dwóch godzinach wstałem, nakarmiłem zakupami z Pielgrzymki lokalnego kota oraz siebie i ruszyłem na Przemyśl. Dostrzegłem też brak jednego z litrowych bidonów Isostara i do dziś mam zagwozdkę, czy wypadł mi gdzieś czy też komuś się spodobał?

Do Komańczy daleko już nie było, przeleciałem przez śpiące miasteczko i wjechałem w Bieszczady. Do głównych przełęczy na trasie, Wyżnej i Wyżniańskiej był jeszcze kawałek, ale że nie chciałem się na tych podjazdach czuć jak jajko na patelni postanowiłem ograniczyć postoje do niezbędnego minimum. Dalsza jazda prowadziła przez Łupków, gdzie spojrzałem na – chyba – jeden z najpiękniej położonych zakładów karnych w Polsce, a w Woli Michowej ująłem fotograficznie stylowy drewniany kościół. Dostrzegłem też artystkę malarkę, która na poboczu drogi malowała obraz bieszczadzkiej chaty. Kolejnej bieszczadzkiej atrakcji nie można było przegapić, bo jej zapach mocno wniknął w receptory węchu. Tak, to był zapach wypalanego węgla drzewnego a w oddali dymiły retorty. Musiałem tam na chwilę zajrzeć, bo to podobno coraz rzadszy widok Bieszczadach.

Teraz już tylko krótki podjazd na nienazwaną przełęcz z wieżą widokową dzielił mnie od Cisnej, ale jeszcze w Majdanie, nieopodal stacji bieszczadzkiej ciuchci, zatrzymałem się na krótkie śniadanie i już jechałem dalej. W Cisnej pomimo wczesnej pory widać było już turystów na chodnikach, wszak to jedna z najbardziej kultowych miejscówek w Bieszczadach i w sezonie sporo się tutaj dzieje.
Za Cisną wjechałem w wyższe partie gór i niebawem moim oczom ukazał się widok na Połoninę Wetlińską. Oznaczało to że przełęcz Wyżna już niedaleko. Zanim jednak rozpocząłem wspinaczkę byłem w Wetlinie, gdzie moim oczom ukazała się oferta śniadań w formie bufetu za … 15zł. A że jajecznica chodziła za mną już od 2 dni :-D.

Dom Wypoczynkowy PTTK okazał się mistrzowską miejscówką, z klimatem i możliwością wprowadzenia roweru do środka –życzliwa ekipa , śmiesznie niskimi cenami jedzenia i picia oraz smakowitą jajecznicą i pozostałą ofertą śniadaniową. Podładowałem też nieco telefon i obserwując kolorowy i momentami bardzo oryginalny tłum turystów z bólem serca ruszyłem dalej, bo przełęcz była ciągle przede mną, a słońce już zaczynało swoją pracę.

Za kilka kilometrów i z pół godziny wspinaczki byłem już na przełęczy z której prowadzi jedna z dróg na Połoninę Wetlińską. Na parkingu samochodów było cała masa, mnie tylko zastanowiło kiedy one tu przyjechały, bo na podjeździe raczej pusto było. Pewnie dotarły od strony Ustrzyk Górnych. Tym samym byłem na najwyższym punkcie ostatniego dnia jazdy.
Szybki zjazd i krótki podjazd pod drugą z przełęczy, Wyżniańską, z której z kolei można wygodnie wejść na Połoninę Caryńską zaliczyłem już bez zatrzymywania i dynamicznie ruszyłem do Ustrzyk Górnych. Dwukrotną metę BB Tour, będącą teraz punktem kontrolnym nr 10, przeleciałem bez zatrzymywania i doliną Wołosatego ruszyłem na północ. Minęła właśnie 4 doba w trasie, do mety miałem 100 km, czyli około 6 godzin na trasie.

Przed upałem chronił mnie las, dość dobrze zacieniający drogę chociaż podjazd za Lutowiskami trochę zdrowia mnie kosztował. Na szczycie wzniesienia zapachniało sensacją, po tym jak asfalt został skropiony kroplami deszczu, ale trwało to może minutę. O wiele za mało, ale chmura z której spadła woda to była raczej chmurka, przybyła niewiadomo skąd :-).
Pora robiła się obiadowa, wiec skorzystałem z restauracji przy stacji paliw Krzemień w Czarnej Górze. Zobaczywszy w menu kartacze nieco się zdziwiłem, bo to regionalizm z Podlasia i Suwalszczyzny i generalnie litewskich okolic. Spróbowałem więc kartaczy bieszczadzkich, które jednak nie dorównywały oryginałowi, za to reszta obiadu czyli żurek, pomidorowa oraz odkrycie tej imprezy - Lech 0% - trzymały poziom.

W trakcie obiadu zadzwonił Robert, nudzący się od prawie doby na mecie w Przemyślu, z pytaniem gdzie jestem. Jak usłyszał odpowiedź, to odparł, że dojeżdża do Ustrzyk Dolnych i tam na mnie poczeka, żeby wspólnie pokręcić na metę, moją metę ;-) Jak już do Ustrzyk dotarłem to musieliśmy się rozminąć i spotkaliśmy się pod sklepem w Krościenku, niedaleko ukraińskiej granicy. Zatankowałem się pod korek na podjazd do Arłamowa i wspólnie ruszyliśmy na finisz. Co by nie mówić, szkoda było że to już się kończyło. Przez Arłamów, miejsce mojego pechowego końca MRDP 2017, przejechaliśmy bez dłuższego postoju, wysyłając tylko SMS o zdobyciu 11, ostatniego punktu kontrolnego na trasie GMRDP. Była godzina 17 i do mety było około 30 km. W większości z górki. Zatrzymałem się na chwilę na niesławnej prostej przed Huwnikami na której zjeżdżając w nocy od Przemyśla postradałem dwie szprychy i tak zakończyłem walkę w MRDP 2017.

Na metę na przemyskim ukośnym rynku wjechałem o godzinie 18:56. O dziwo ktoś tam był, robił fotki, stała brama i ogólnie było całkiem miło. Na mecie pierwszego GMRDP w 2015 roku nikt nie czekał a i brama jakby opadała ze zmęczenia. Na trasie przebywałem 102 godziny 51 minut robiąc 424 zdjęcia i mimo to nie przyjeżdżając ostatni. Można? Można :-)

Teraz w pierwszej kolejności pojechałem na PKP spróbować kupić bilety na pociąg powrotny. O dziwo nie było problemów i miejsca się znalazły. Afterparty w małym gronie późnych finiszerów odbyło się w Restauracja Dominikańska, gdzie mieliśmy wykupiony obiad w ramach pakietu startowego. Zajrzeliśmy także z Robertem na afterek pod schroniskiem PTTK a potem udaliśmy się na swój after do Hotelu Accademia, gdzie po swojemu uczciliśmy sukces. Piwem i stalą :-)

Następnego dnia dokonałem transferu PKP do Elbląga i tym samym urlop w górach dobiegł końca.

Podsumowanie:


- najtrudniejsza na trudnej trasie była walka z upałem w którym nie bardzo lubię jeździć,


- trudna trasa była jednak łatwiejsza niż jazda w kierunku przeciwnym w roku 2015, najtrudniejsze podjazdy były teraz zjazdami albo nie było ich wcale (Szare),


- ćwiczenia EMS, które podjąłem w marcu dla wzmocnienia górnej połowy ciała dały wspaniały efekt, nie musiałem się rozciągać w czasie jazdy, gimnastykować na postojach i nic mnie nie bolało,


- na trasie nie miałem istotnych kryzysów, nic mi się nie zepsuło w rowerze, szprychy sprawdzone tensometrem ogarnęły temat ;-),


- za przepiękną trasę z niezapomnianymi widokami należą się podziękowania organizatorowi maratonu Danielowi Śmieji,


- czy wystartuję w odwróconym MRDP w roku 2021? – nie wiem, trasa pierwotna jest w mojej ocenie trudniejsza i dlatego bardziej pożądana. A i konkurencja bardzo atrakcyjnymi trasami kusi ...






Kategoria G/MRDP


Dane wyjazdu:
320.00 km 0.00 km teren
17:31 h 18.27 km/h:
Maks. pr.:74.00 km/h
Temperatura:33.0
Podjazdy:3775 m

GÓRY MRDP - II ETAP

Niedziela, 25 sierpnia 2019 · | Komentarze 0

Trasa: GŁUBCZYCE-Zebrzydowice-Cieszyn-Wisła-Zawoja-Zakopane-BUKOWINA TATRZAŃSKA

GPS (całość)

GALERIA (z opisem)

GALERIA (Łapszanka)

Dalej >>>



Pobudka nastąpiła o godzinie 20 a obudziła mnie burza. Rzut oka na prognozy upewnił mnie, że to nie potrwa długo i zacząłem się zbierać do wyjazdu, który nastąpił o godzinie 21, kiedy to chmury burzowe opuściły Głubczyce. Mokrymi ulicami i przy dźwiękach jakiegoś koncertu ze sceny na rynku opuściłem Głubczyce, których po tak długim pobycie w nim już raczej nigdy nie pomylę z Głuchołazami :-) i ruszyłem w kierunku Kietrza.

Na tym punkcie kontrolnym nr 4 byłem o 22:08 i ponownie jadąc zmienioną trasą zapuściłem się na nowe drogi. Tym razem była to mijanka Raciborza, Wodzisławia Śląskiego i Jastrzębia Zdrój. Kompletnie pustymi drogami jechałem sobie mijając dwujęzyczne nazwy miejscowości i licząc światła na różnych kominach, słupach i wieżach. Za Gorzyczkami przekroczyłem A1 i zameldowałem się na dużej stacji benzynowej o nazwie Uniwar. Dochodziła 2 w nocy z niedzieli na poniedziałek i uświadomiłem sobie, że dobrze było by zdążyć przed porannym szczytem komunikacyjnym minąć Cieszyn i być już w Wiśle. Duża kawa została wypita tak na wszelki wypadek i depnąłem na pedały. Do Wisły miałem 45 km. Po drodze zajrzałem po raz trzeci i ostatni do Czech, jadąc w cieniu kominów elektrowni w Detmarowicach. To był najkrótszy odcinek, zaledwie 3 km.

Zebrzydowice to ogromna stacja kolejowa, ale nie wiedziałem , że tunele pod nasypem z torami też są tak długie. Kilka fotek w tym miejscu powstało. Tutaj też było widać najwyraźniej, że kiedyś istniała w tym miejscu granica i kontrola graniczno-celna. Z Zebrzydowic prosta droga prowadziła do Cieszna przed którym wzmógł się ruch TIR-ów zjeżdżających z drogi S52.To tylko przyspieszyło mój przelot przez Cieszyn w którym tylko sprawdziłem, jak stoję godzinowo z moim planem na maraton. Był on ustawiony na 96 godzin, czyli 4 doby. W Cieszynie miałem być o godzinie 4 rano, a zameldowałem się w centrum o godzinie 4:15. Czyli było bardzo dobrze.

Z Cieszyna zaczęła się powolna wspinaczka do Ustronia i dalej w kierunku Wisły i przełęczy Kubalonka, czyli wracałem w góry. Nareszcie. Beskid Śląski to mocno zurbanizowane tereny, ale na szczęście jeszcze nie wszystko zostało zabudowane. Świt zastał mnie nieopodal Hotelu Gołębiewskiego w Wiśle, na licznik wskoczyło 500 km a po godzinie 6 ja wskoczyłem do sklepu spożywczego na śniadanie. Było na bogato: jogurty, drożdżówki, bułki z ziarnami, ser żółty, ser topiony. Normalnie, bufet szwedzki i zabrakło tylko jajecznicy oraz parówek :-).

Obserwując lokalsów jadących do pracy i robiących zakupy, poczułem się szczęściarzem, który za chwilę będzie zdobywał przełęcze i podziwiał piękne panoramy. Urlop! Kubalonka po takim śniadaniu została łyknięta ekspresowo, inna sprawa, że jak zmierzyłem ten podjazd to było to tylko 2-3 km bardziej konkretnej wspinaczki. Dłuższe podjazdy to my mamy na Wysoczyźnie Elbląskiej.
Tablica ,,Istebna’’ pojawiła się zatem bardzo szybko i rozpocząłem długi zjazd, znacznie dłuższy niż podjazd od Wisły. Za Istebną lekki podjazd na Jaworzynkę oznaczał zdobycie punktu kontrolnego nr 5 (7:22) na 517 km trasy.

Teraz czekały na mnie wąskie asfalty ciekawie meandrujące po okolicznych przysiółkach i momentami będące niezłym testem dla hamulców tarczowych. Do tego nawigacja w smartfonie była w ciągłym użyciu, bo zagubić się tutaj można było bardzo łatwo. Sceneria jazdy w dolinach wypełnionych mgłami była iście bajkowa. Zdjęcia w galerii z tej okolicy nazwałem ,,Chce się żyć’’, ale jak zobaczyłem cmentarz to przyszło mi do głowy, że ,,umierać też się chce’’. Tam nawet po odejściu z tego świata, mają dalej piękny widok na niego ;-)
I tak sobie wspinając się i zjeżdżając – jeden ze zjazdów przypominał skocznię narciarską i przez mgłę na dole oraz zabudowania odbył się na hamulcach – kręciłem sobie kilometry kładąc do głowy widoki, które będzie się wspominać w szare, listopadowe wieczory i poranki.

Tutaj też w okolicach wsi Sól-Kiczora jeden z podjazdów 14% zdjął mnie z siodełka, bo prędkość spadła do 3 km/h a wtedy warto uruchomić inne mięśnie nóg. Jak się okazało, było to jedno z dwóch podejść na całej trasie do Przemyśla. O drugim za chwilę. Tymczasem przypomniało mi się, że dostałem wczoraj informację, że Robert miał kraksę z Marcinem ze Sztumu i w wyniku uszkodzenia opony nocuje w Milówce i czeka na otwarcie sklepu rowerowego. A ja do Milówki właśnie się zbliżałem i niebawem zameldowałem się w jej centrum.

Porozmawiałem chwilę z kolegą, zakupiłem lampkę tylną utraconą w Kotlinie Kłodzkiej i ruszyliśmy wspólnie dalej walcząc zacięcie z porannym zatłoczeniem na odcinku Milówka-Węgierska Górka. Górale pędzili jak szaleni, ale o dziwo nie wyprzedzali ,, na gazetę’’ i nie wpychali się przed nas. Styl mojej jazdy znudził się Robertowi tuż za Węgierską Górką i ruszył z innym zawodnikiem tempem bardziej szosowym. To tylko Wiki w roku 2015 był w stanie przejechać ze mną 2/3 całej trasy :-)
Większą miejscowością na trasie była teraz Zawoja z punktem kontrolnym nr 6, którą odwiedziłem wrześniową porą w zeszłym roku podczas Maratonu Północ-Południe (MPP). Wtedy to była nocna wspinaczka na przełęcze Przysłop i Krowiarki, teraz miałem okazję podziwiać je obydwie w pełni sierpniowego słońca. Gorącego słońca.

Przysłop poszedł sprawnie, w Zawoi planowałem obiad, ale tak skutecznie mijałem kolejne wyszynki, że jak się już połapałem, że to koniec miejscowości, to byłem w lesie rosnącym na zboczach Babiej Górze. W ten sposób na Krowiarkach zameldowałem się o 14:30, chłodząc się i napełniając bidony ze źródełka u stóp przełęczy. Lodowata woda była jak na zamówienie.
Zeszłoroczny zjazd z Krowiarek wspominam jako koszmar, podczas którego zmarzłem nieprawdopodobnie i w sumie nie wiem, jak znalazłem się na Orlenie w Jabłonce gdzie doszedłem do siebie dzięki pomocy zawodników MPP, szczególnie Anity i Stasia. Teraz było zupełnie inaczej, chociaż nie było mowy o odpoczynku podczas zjazdu bo od strony Tatr nadciągała piękna chmura burzowa. Przyspieszyć trzeba było, bo zjazd w ulewie i burzy na odkrytym terenie to raczej słaba koncepcja.

Wraz z pierwszymi kroplami deszczu dotarłem do Restauracji Pasieka w Jabłonce, gdzie zjadłem zasłużony obiad i dyplomatycznie przeczekałem burzowe opady. Wbrew nazwie restauracja miała coś więcej niż miody i zjadłem tam żurek, pierogi z bryndzą, suszonymi pomidorami i pesto oraz dwie kawy mrożone. Lecha tym razem nie było.

Odcinek z Jabłonki do Czarnego Dunajca jechałem z duszą na ramieniu, bo bardzo długa prosta tego odcinka sprawia, że kierowcy szaleją tutaj jak na torze wyścigowym. Fatalnie to się jechało w porze powrotów do domu i dużego ruchu. Od skrętu w Czarnym Dunajcu na Chochołów wiedziałem już, że na jednej burzy to się dzisiaj nie skończy. Ołowiane chmury szły od strony Zakopanego i pytaniem było, nie czy lunie, tylko kiedy i czy pada nad Zakopanem czy może tylko w samym mieście. Zbliżałem się bowiem do najwyższych punktów maratonu i pomny tragedii na Giewoncie sprzed kilku dni nie chciałem tego robić w burzowych obłokach.
Na razie jednak nie padało, a ja skupiłem się na fotografowaniu chochołowskiej architektury drewnianej, która zawsze mi się podoba. Widząc na poboczu mieszkańców zatrzymałem się i spytałem, jak oceniają nadchodzącą burzę. Stwierdzili, że w Zakopanem to pada na pewno, a w okolicach Głodówki to różnie być może.

Zatem jak zaczęło kropić, zatrzymałem się w przydrożnej wiacie która pojawiła się jak na zamówienie. Po chwili padać przestało, a kierunek przesuwania się chmur wskazywał, że główne uderzenie pójdzie bokiem i mnie ominie. Nie tracąc więc czasu ruszyłem do Zakopanego. Jego ulicami płynęły potoki wody, a że od sanktuarium na Krzeptówkach jechałem w dół to i potoki towarzyszyły mi aż do ronda. Oczywiście nie jechałem w tej wodzie wypełniającej koleiny jezdni, tylko ciąłem środkiem nieco blokując Zakopane, za co oczywiście niniejszym serdecznie przepraszam kierujących ;-).

Zatrzymywać się nie było po co, więc od razu rozpocząłem wspinaczkę do schroniska Głodówka w Bukowinie Tatrzańskiej. W tym przyjemnym miejscu – poznanym w zeszłym roku jako meta MPP – zamierzałem bowiem coś zjeść i nabrać sił na ostatnim już noclegu przed finałową jazdą na metę w Przemyślu. Wraz z napotkanym zawodnikiem zignorowaliśmy znaki objazdu i idąc z rowerami przez plac budowy nieco się ubłociliśmy. Najśmieszniejsze, że ten skrót nic nam nie dał, bo objazd był króciutki.

Jadąc pod górę i kilka razy dynamicznie zjeżdżając dotarłem przed 21 na Głodówkę, gdzie wysłałem SMS-a o zdobyciu punktu kontrolnego nr 7 i poszedłem spać. Jedzenia nie było, bo kuchnia była już zamknięta. Wykąpałem się, naładowałem elektronikę chociaż Hammer nie wymaga ładowania co 20 godzin jak standardowe smartfony i poszedłem spać. Pobudkę ustawiłem na 4 rano, tak żeby zdążyć na wschód słońca nad Łapszanką. To miał być hit tego wyjazdu.



Kategoria G/MRDP


Dane wyjazdu:
394.00 km 0.00 km teren
20:48 h 18.94 km/h:
Maks. pr.:69.00 km/h
Temperatura:33.0
Podjazdy:5200 m

GÓRY MRDP - I ETAP

Sobota, 24 sierpnia 2019 · | Komentarze 0

Trasa: ŚWIERADÓW ZDRÓJ-Szklarska Poręba-Jelenia Góra-Kowary-Wałbrzych-Głuszyca-Kudowa Zdrój-Lądek Zdrój-Głuchołazy-GŁUBCZYCE

GPS (całość)

GALERIA (z opisem)

Dalej




Z miejsca noclegu na miejsce startu mieliśmy do przejechania w sumie cały Świeradów, więc skorzystaliśmy z transportu busem, którym przyjechał Marcin Stec z Lidera Sztum też startujący w GMRDP. Zaoszczędziliśmy w ten sposób trochę czasu i dobre 2 km podjazdu.

Start był zaplanowany sprzed Szkoły Podstawowej nr 2 i tam udaliśmy się po odwiedzeniu biura zawodów, które było na prywatnej posesji kilkaset metrów w drugą stronę. Tam był czas na przywitanie się ze znajomymi z ,,reala i wirtuala’’ oraz wykonanie kilku zdjęć i montaż lokalizatorów GPS, dzięki którym pół Polski i cała Europa, albo na odwrót, mogło oglądać naszą bohaterską jazdę w polskich górach :-). Tradycyjnie też obejrzałem sobie sprzęt zawodników i konfigurację różnego rodzaju sakw, toreb, torebek i plecaków. Kuferek dostrzegłem tylko jeden, tradycyjnie miał go założonego Wojtek Łuszcz, ale mój był fajniejszy ;-)

Czas szybko płynął i kilka minut po 12 w eskorcie radiowozów Policji ruszyliśmy na 1148 km trasę wzdłuż południowej granicy Polski. Nowością był fakt zaplanowania trasy z trzykrotnym przekraczaniem granicy Czech.
Do centrum Świeradowa Zdrój mieliśmy na ,,dzień dobry’’ niezłą wspinaczkę i co mnie wprawiło w lekkie zdumienie – były osoby, które ten pierwszy podjazd pchały. Moje zdumienie szybko przeszło w irytację, gdyż w wyniku złej pracy przerzutki prawie tak samo nie skończyłem tego podjazdu. Ktoś tam zasugerował, że z takim napędem to ja daleko nie ujadę. Ależ żeś się kolego pomylił …

Solidna górka została w końcu pokonana, rozgrzewka została przeprowadzona i można było rozpocząć spokojniejszą wspinaczkę na Zakręt Śmierci w Szklarskiej Porębie. Peleton poszatkował się na małe grupki, ktoś tam wyprzedzał mnie, kogoś brałem ja. Nie miało to większego znaczenia, bo na tak długiej trasie istotne dla końcowej klasyfikacji są długości różnych przerw okolicznościowych, a nie to czy ktoś jedzie na początku trasy z przodu czy z tyłu. Pozostali elblążanie, czyli Robert i Marek pognali do przodu, bo wolno to oni kręcić nie potrafią. A że ja nie potrafię szybko – zresztą jazda w kategorii Total Extreme nie pozwalała na zbyt długie komunikowanie się i jazdę z innymi zawodnikami – to i jechałem samodzielnie od początku.

Odcinek do Szklarskiej Poręby był jedynym na którym mieliśmy kibiców przy drodze, co było bardzo miłym doświadczeniem. Potem trudno było się ich spodziewać. Dobra pogoda, lekko zachmurzone niebo i temperatura nie przekraczająca 25 stopni sprzyjała wydajnemu kręceniu i Zakręt Śmierci dość szybko został osiągnięty. W tym miejscu kilka zdjęć wydało mi się obowiązkowych i tak też zrobiłem.

Ciężki podjazd z roku 2015 z Piechowic do Szklarskiej Poręby teraz był zjazdem więc w ekspresowym tempie dotarłem do miasteczka leżącego przy DK 3, którą przez chwilę trzeba było się poruszać. Rzeka Kamienna przyjemnie szemrała przy trasie i jechało się dobrze. Niebawem pojawiły się tablice Jeleniej Góry i tym sposobem znowu byłem w mieście, które i wczoraj widziałem. Teraz to jednak były bardzo dalekie przedmieścia i za chwilę byłem już w Podgórzynie, miejscowości sławnej z początku podjazdu na przełęcz Karkonoską, którą dziwnym trafem Daniel pominął :-)

Na tym odcinku zapoznałem się z Piotrem Organkiem, jadącym maraton w barwach Niniwa Team, który – wybiegnę nieco do przodu – zakończył GMRDP 10 minut przed limitem 120 godzin. To się nazywa precyzja. Gratulacje! Tymczasem jadąc drogami Kotliny Jeleniogórskiej z pięknym widokiem na królową Karkonoszy – Śnieżkę dotarłem do Kowar, zaliczając po drodze jazdę po trasie Górskich Szosowych Mistrzostw Polski. Akurat jechała kategoria jakichś młodych bikerek, które śmignęły koło mnie jak pociski. A ja wróciłem do podziwiania panoramy Karkonoszy …

W Kowarach pora dnia zrobiła się bardzo obiadowa i zatrzymałem się w Zajeździe PrzyWodzie. Siedziało tam już trochę ludzi, a to najlepsza gwarancja dobrego cateringu. Co zamówiłem? Klasyka maratonowa, czyli makaron, makaron i jeszcze raz makaron. Makaron w rosole, w pomidorowej i tagiatelle z kurczakiem i szpinakiem. Do tego 2 zimne Lechy 0% z limonką i godzina zeszła. Trochę za długo, ale kuchnia faktycznie miała co robić, bo drugie tyle ludzi siedziało wewnątrz lokalu. Poza tym wspinaczka z Kowar na przełęcz o tej samej nazwie prowadziła Drogą Głodu, więc wolałem nie ryzykować ;-)

Długi, ale dość łagodny podjazd z centrum na przełęcz prowadził wzdłuż rzeczki Jedlica przypominającej swoim rozmiarem elbląską Kumielę i tak samo pewnie groźnej podczas obfitych deszczy. Na końcówce wspinaczki przejechałem nad tunelem (jednym z najdłuższych w Polsce) nieczynnej linii kolejowej Kowary-Kamienna Góra. Dodając do tego mijane drogowskazy do sztolni kopalni uranu trzeba stwierdzić, że w te okolice trzeba będzie kiedyś na spokojnie wrócić i obejrzeć te wszystkie ciekawostki turystyczne.
A teraz wjeżdżałem już na DW 367 i tym samym na przełęcz Kowarską a chwilę potem osiągnąłem Rozdroże Kowarskie z którego zaczął się zjazd do Miszkowic w dolinie Bobru. Na rozdrożu skalibrowałem sobie licznik wysokości wykorzystując tabliczkę wiszącą w tym miejscu.

Jak już jesteśmy przy technice, to pochwalę się że po raz pierwszy w życiu wspierałem się nawigacją elektroniczną ( do tej pory wykorzystywałem moją pamięć do map i wizje lokalne na trasach oraz poprzez GSV). Zainstalowałem w smartfonie aplikację OsmAnd, która dokładnie i energooszczędnie prowadziła mnie ,,za rączkę’’ w miejscach niepewnych i nieznanych. Fajna sprawa.

Ale wracajmy na trasę, na której to zacząłem krótką ,,sztajfę’’ do Lubawki a potem odpowiedni do podjazdu zjazd do tego przygranicznego miasteczka. Przejechałem je bez zatrzymywania i niebawem dotarłem do Chełmska Śląskiego. Klimatyczne domki tkaczy z których słynie ta miejscowość miałem już okazję fotografować o różnych porach dnia i nocy, ale nigdy w warunkach festynu odbywającego się na jej ulicach. Jarmark Tkaczy Śląskich bo tak nazywał się ów festyn zmienił minimalnie trasę GMRDP bo rynek był zamknięty i trzeba było go objechać. Z bólem turystycznego serca nie zajrzałem co działo się na scenie i w jej okolicach, bo jak maraton to maraton. Oczywiście zdjęć urokliwych i stylowych domków po raz kolejny sobie nie odmówiłem ;-).

Za Chełmskiem pojawił się podjazd na którym zobaczyłem punkt widokowy. Takich okazji to ja nawet na maratonie nie przepuszczam, więc i tutaj zajrzałem. Gmina wykorzystała tutaj naturalne wzniesienie, aby postawić platformę widokową z widokiem na Sudety Środkowe, a przy dobrej pogodzie i na Śnieżkę. Za chwilę zameldowałem się na przełęczy Strażnicze Naroże i rozpocząłem zjazd do Mieroszowa.

W Mieroszowie skręciłem na Wałbrzych i jadąc pustą DK 35 dotarłem do Unisławia Śląskiego. Zgodnie z mapą zawodów nie wolno nam było tutaj skręcić na Głuszycę, tylko należało wjechać na południowe rubieże Wałbrzycha z powodu remontu drogi wojewódzkiej 380 i podobno pilnującej zakazu ruchu Policji. Policji na pewno nie było, remontu też nie było widać, ale że nawierzchnia tej drogi już od dawno wołała o pomstę do nieba to posłusznie wspiąłem się do Wałbrzycha, aby następnie zjechać do Rybnicy Leśnej i dalej już kontynuować jazdę do Głuszycy po dobrej nawierzchni.

W Głuszycy natomiast czekał na trasie objazd nie oznakowany przez Daniela, a dość trudny do przeskoczenia bo był związany z brakiem mostku nad lokalną strugą o nazwie Rybna. Gdyby nie pomoc lokalnych mieszkańców to raczej nie wpadłbym na pomysł przejścia po kładce w czyimś ogródku.

Przez Głuszycę przejechałem bez zatrzymywania się, robiąc tylko kilka fotek z roweru i mijając jakiegoś bikera w stroju BB Tour, który dopingował wcześniejszych zawodników. Ja się nie załapałem z przyczyn oczywistych ;-). Za kilka kilometrów zaczął się odcinek przeklinany chyba przez wszystkich uczestników pierwszej edycji GMRDP w roku 2015, czyli wspinaczka do Krajanowa. Zniszczony mocno asfalt dał się wtedy wszystkim we znaki. Teraz sytuacja uległa pewnej poprawie, bo dziur nie było a i momentami trochę nowej nawierzchni się pojawiło. Tak więc bez strat w sprzęcie dotarłem do Tłumaczowa aby rozpocząć podjazd w kierunku Radkowa. Nieco się zdziwiłem widząc znak informujący o 18% podjeździe, ale faktycznie w najlepszym momencie mój licznik pokazał 10%. Krótki, ale soczysty.

Powoli zapadał już zmierzch i rozpoczęła się pierwsza nocka w trasie. Przed Radkowem na zjeździe wypadła mi ze szlufki torebki podsiodłowej lampka tylna i upadła na asfalt. Nie przestała w wyniku uderzenia świecić, więc znalazłem ją szybko. Niestety, powtórny jej upadek za 2 kilometry już nie był tak fartowny. Lampka się rozpadła i po dość długim przeszukaniu poboczy poddałem się znajdując tylko baterie. Miałem jednak sporo innych świecidełek, żeby nie musieć się aż tak bardzo przejmować utratą jednego z nich – fakt, że najlepszego.

Z Radkowa rozpocząłem podjazd na przełęcz Lisią, czyli jechałem sławną drogą 100 zakrętów, która faktycznie aż tylu ich nie ma. Nieprzeniknione ciemności nie pozwoliły cieszyć się widokiem Gór Stołowych, których liczne formacje stoją przy samej drodze, ale jadąc tędy już kilkukrotnie wiedziałem, że one tam są. Także Szczeliniec Wielki mógłby być iluminowany na potrzeby nocnej jazdy ;-).
Wspinaczka tym samym się skończyła i ruszyłem w dół, do Kudowy Zdrój, obiecując sobie coś przekąsić na lokalnym Orlenie. Jako że przy trasie pojawił się Shell to nie wybrzydzałem i skorzystałem z oferty muszli. Pora była słuszna (23:00) na dużą kawę i taką też wypiłem. Spotkałem się tutaj z kilkoma zawodnikami i prawie razem ruszyliśmy zdobywać Zieleniec. Wspinaczka była niezbyt trudna, ale jej długość mogła zdziwić mniej przygotowanych – około 20 km. Do tego jej część poprowadzona była DK 8 na której większość obawiała się TIR-ów, a mnie tymczasem wyprzedził ,,na gazetę’’, pomimo dwóch pasów podjazdowych jakiś baran w osobówce.

Do przełęczy Polskie Wrota dogoniłem całą ekipę z Shella, a potem walczyłem już samodzielnie z ciągiem dalszym pamiętnego podjazdu z mojego pierwszego w życiu ultra – Klasyka Kłodzkiego 2008. Wtedy to był podjazd finiszowy, a teraz tylko jeden z wielu na tej długiej trasie. Przez uśpiony Zieleniec przemknąłem bez zatrzymania, a stanąłem dopiero w okolicach Mostowic ubrać się w nogawki i rękawki, bo do tej pory noc była rozkosznie ciepła (+17 stopni). Dalsza droga to generalnie zjazd do Międzylesia, gdzie zameldowałem się około 3 rano.

Na Orlen w Międzylesiu zajrzałem coś zjeść i chwilę odpocząć, tak aby wschód słońca oglądać z przełęczy Puchaczówka. Tutaj spotkałem Marka, któremu odnowiła się kontuzja Achillesa i czekał na busa sztumskiej ekipy serwisowej. Wkurzony i zły był niesamowicie, niewiele można było mu pomóc. Powtórzę to , co powiedziałem wtedy: ,,Co się odwlecze, to nie uciecze’’.
Niebawem ruszyłem dalej, w kierunku wschodzącego słońca. Przełęcz Puchaczówka to podjazd długi ale o łagodnym procencie nachylenia, co sprawia że po ustawieniu przełożenia pozostaje po prostu kręcić swoje. Do tego poprawiła się nawierzchnia drogi na nią prowadzącej. Poświęciłem dobre kilka minut na sesję fotograficzną świtu i ruszyłem pędem do Stronia Śląskiego. Przez uśpione miasteczko przejechałem bez zatrzymania, chociaż jak by Biedronka była czynna … Czynna jednak być nie mogła bo było za wcześnie (niedziela była handlowa).

W Lądku Zdrój minąłem dawne schronisko PTSM w którego progach gościłem w roku 2001 poznając rowerowe oblicze Kotliny Kłodzkiej po raz pierwszy. Teraz to Willa Skalniak i jak głosi jej strona www, standard znacznie wzrósł. Samo miejsce jako bazę wypadową polecam z pełnym przekonaniem.
Przejechałem sobie przez lądecki rynek i rozpocząłem ostatnią na pierwszym odcinku górskim wspinaczkę na przełęcz Jaworową. Za nią czekał mnie zjazd do Złotego Stoku i ponad 200 km transfer do następnych gór, Beskidu Śląskiego. Tymczasem czekał mnie pierwszy wjazd do Czech, którego oczekiwałem z pewną ekscytacją i podnieceniem związanych z kręceniem po nieznanych terenach i w otoczeniu kierowców innej narodowości. Tych drugich zbyt wielu nie było, bo niedziela w Czechach pewnie niezbyt się różni od niedzieli u nas.

Jedyna nietypowość z jaką spotkałem się na terenie Czech to sygnalizacja na przejeździe kolejowym, która sobie mrugała białym światłem cały czas. Wyglądało to, jakby informacja dla kierowcy że sygnalizacja działa. Przy mrugającej na biało pociąg oczywiście nie jechał, pewnie inaczej by było przy mrugającej na czerwono. Poza tym dobre asfalty i minimalny ruch samochodowy. Ten pierwszy odcinek po Czechach był najdłuższy, a miał na celu ominięcie DK 46 ze Złotego Stoku do Otmuchowa. Dwa pozostałe to kilkukilometrowe skróty.

Po powrocie na drugą stronę granicy zaliczyłem Kijów, ale nie było to teleportacja na Ukrainę, ale wieś znana już z jazdy w roku 2015. Przez dźwięcznie brzmiące w nazwie wsie Burgrabice i Gierałcice dojechałem do Głuchołaz, gdzie mój urlop mógł się zakończyć, a przynajmniej bardzo utrudnić. Poprawiając bowiem portfel po zakupach wody w sklepie wypadł mi on na ulicę. Nie ja go podniosłem, a uczynił to lokalny biker, który stał ze mną na światłach. Niestety, nie zdążyłem mu podziękować materialnie, bo byłem mocno zaskoczony a on szybko odjechał w swoją stronę. Nie da się ukryć, że uratował mi imprezę.

Na zegarach wybiło południe, co oznaczało że pierwsza doba maratonu dobiegła końca. Licznik wskazywał 345 km, co nie było wynikiem kompromitującym, ale mogło być tych km nieco więcej. Za Głuchołazami wjechałem w zupełnie nowe dla mnie okolice, a Pokrzywna z dużym ruchem turystycznym była dla mnie sporym zaskoczeniem. Wysyp blachosmrodów spowodowany był zapewne upalną pogodą, jaka smażyła mnie na odkrytych przestrzeniach Opolszczyzny, a ludzi wpędziła do wody Złotego Potoku w Pokrzywnej. Zazdrościłem im. Uwieczniwszy wiadukt na tle wspomnianego kąpieliska musiałem obejść się smakiem i pojechałem dalej.

Niebawem zajechałem do Prudnika, miasta odwiedzonego już w roku 2015. Za Prudnikiem trasa prowadziła jednak innymi drogami w kierunku Głubczyc niż w roku 2015 i wiązała się z drugimi odwiedzinami naszych południowych sąsiadów. Krótkimi, 5 kilometrowymi. Po powrocie do Polski Głubczyce były już na wyciągnięcie ręki.
Kolejnym miastem na trasie były Głubczyce, które notorycznie mylą mi się z Głuchołazami tylko dlatego że obydwa są na literę ,,G’’. Tak więc w Głubczycach byłem w porze obiadowej i zajrzałem do Cafe Paradiso, która poza wyborem kaw miała też pizze, makarony i naleśniki francuskie. I to właśnie naleśnika z kurczakiem, suszonymi pomidorami i szpinakiem ogromnych rozmiarów zamówiłem sobie na obiad. Chciałem dwa, ale dano mi do zrozumienia że dwom nie podołam. I faktycznie nie dałbym rady :-). Był bardzo konkretny a popity Lechem 0?ł uczucie sytości. Na makaron w tym upale nie miałem ochoty.

Plan przygotowany na maraton zakładał nocleg z niedzieli na poniedziałek w okolicach Zebrzydowic/Cieszyna. Byłem około 100 km od tych miejsc, więc siedząc w Głubczycach o godzinie 15 nie było szans przy tych temperaturach i zmęczeniu dotrzeć o normalnej godzinie na nocleg w tych miastach. Zmieniłem więc plany i postanowiłem zamienić dzień w noc. Obdzwoniłem kilka miejscówek noclegowych w na trasie Głubczyce-Kietrz ale nie znalazłwszy nic przy trasie, postanowiłem poszukać w mieście w którym byłem, czyli w Głubczycach. I tak trafiłem do Hotelu Domino, gdzie w przyjemnych warunkach poszedłem spać o … 16. Regeneracja miała trwać tyle ile trzeba, czyli do momentu obudzenia się ;-).



Kategoria G/MRDP


Dane wyjazdu:
371.00 km 0.00 km teren
17:54 h 20.73 km/h:
Maks. pr.:60.00 km/h
Temperatura:17.0
Podjazdy:2291 m

MRDP 2017 - III etap

Wtorek, 22 sierpnia 2017 · | Komentarze 2

Trasa: WŁODAWA-Dorohusk-Zosin-Tomaszów Lubelski-Przemyśl-Arłamów-PRZEMYŚL

FOTOGALERIA (z opisem)




Motto: ,,Do trzech razy sztuka''





Dane wyjazdu:
300.00 km 0.00 km teren
13:27 h 22.30 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:15.0
Podjazdy:1129 m

MRDP 2017 - II etap

Poniedziałek, 21 sierpnia 2017 · | Komentarze 0

Trasa: KRYNKI-Michałowo-Narewka-Hajnówka-Siemiatycze-Terespol-Kodeń-WŁODAWA

FOTOGALERIA (z opisem)




Motto: ,,Do trzech razy sztuka''





Dane wyjazdu:
625.00 km 0.00 km teren
27:28 h 22.75 km/h:
Maks. pr.:58.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy:3555 m

MRDP 2017 - I etap

Sobota, 19 sierpnia 2017 · | Komentarze 0

Trasa: ROZEWIE-Gdynia-Gdańsk-Sobiszewo-Stegna-Marzęcino-Elbląg-Tolkmicko-Braniewo-Górowo Iławeckie-Bartoszyce-Węgorzewo-Gołdap-Sejny-Kuźnica-KRYNKI

FOTOGALERIA (z opisem)





Motto: ,,Do trzech razy sztuka''



Kategoria G/MRDP, SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
326.00 km 0.00 km teren
20:04 h 16.25 km/h:
Maks. pr.:63.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy:4744 m

GÓRY MRDP - II ETAP

Wtorek, 25 sierpnia 2015 · | Komentarze 0

Trasa:OTMUCHÓW-Złoty Stok-Lądek Zdrój-Międzylesie-Zieleniec-Kudowa Zdrój-Radków-Głuszyca-Chełmsko Śląskie-Lubawka-Kowary-Podgórzyn-Szklarska Poręba-ŚWIERADÓW ZDRÓJ

GPS (całość)

BIKEMAP

FOTOGALERIA




Pobudka wyznaczona na 4 rano przeciąga się do 4.30 i przed szóstą jesteśmy już w trasie. Płaska i odkryta droga krajowa 46 to krajobraz wyjęty żywcem z Żuław Wiślanych, tylko garbaty horyzont mówi że do morza to mamy daleko. Za Paczkowem zaczyna nas demolować silny, zachodni wiatr – marzę o schowaniu się do lasów za Złotym Stokiem. Po drodze mijamy dwóch bikerów z kategorii Sport – panowie spotkają sie z nami jeszcze nie raz na ostatnich kilometrach.

W Złotym Stoku (PK 11 na 846 km - 7.09) jestem pierwszym klientem lokalnej Biedronki otwieranej o 7 rano – czemu nie czekały na mnie kwiaty albo chociaż darmowe zakupy? Po zaprowiantowaniu ruszamy na pierwszą z kotlińskich przełęczy, czyli Jaworową. Spokojnie pokonywany slalomem między dziurami, kawałkami drzew podjazd ma na części nowy asfalt, ale kładziony wedle jakiego algorytmu to nie wiem. Podobnie było na zjeździe – część zmasakrowana, część nówka.

Do Lądka Zdroju docieramy w całości, po krótkiej chwili jesteśmy w Stroniu Śląskim, gdzie rozpoczynający się deszcz zagania nas pod dach kolejnej Biedronki. Siedząc pod dachem jemy sobie II śniadanie, piszę SMS z kolejnego, dwunastego już punktu kontrolnego 871 km – 8.56. Jak ulewa nieco przechodzi ruszamy pod górę na przełęcz Puchaczówka. Dawno na niej nie byłem, pamiętam że jest długi i łagodny. Kręcą sobie korbami na poziomie 12km/h wspinam się prawie godzinę, przeżywając lekki szok po zobaczeniu zmian budowlanych pod Czarną Górą.

W 2003 r. i nawet jeszcze w 2008 r. podczas Klasyka Kłodzkiegoto były puste pola, a teraz jest gęsto od wyciągów, domów wczasowych i innych ciekawostek. Przed przełęczą zaczyna kropić, odpoczywamy z Wikim w bacówce nieopodal szczytu. Chmury są tak nisko, że Czarnej Góry i wieży na jej szczycie zupełnie nie widać.

Zjazd w deszczu do Idzikowa to nie jest to co lubimy najbardziej, ale przynajmniej nie przegapiamy zjazdu na Wilkanów. Nowy asfalt prowadzi nas do tej wsi, gdzie twardo ruszam do Międzygórza, myląc je z Międzylesiem. Wszystko jakieś takie podobne :-). Wiki gromkim krzykiem i machaniem nawraca mnie na jedynie słuszną drogę i już spokojnie zmierzamy do kolejnego punktu kontrolnego. W Międzylesiu na 902 km jesteśmy o 11:36 i zaczynamy jazdę w kierunku Zieleńca. Jakoś tak ułożyłem sobie w głowie że stąd będzie cały czas pod górę, więc miłym zaskoczeniem jest szybki zjazd do Różanki. Czekając na Wikiego doceniam twórczość mieszkańców tej wsi, którzy symbolami róży udekorowali różne w niej obiekty. Mija też trzecia doba imprezy, na liczniku 910 km.

Zaczynamy wspinaczkę na przełęcz nad Porębą. Jedziemy Autostradą Sudecką, ale bez przesady z tym nazwami. Jest na szczęście pusto, napisy z tegorocznego Klasyka Kłodzkiego każą hamować, zwalniać, uważać. Ostrzę sobie zęby i aparat na nieznany mi Zamek Szczerba, ale gęste listowie sprawia, że jest on dalej dla mnie niepoznany.
Na przełęczy odbijamy w kierunku granicy czeskiej i do samego Zieleńca (który teraz jest częścią Dusznik Zdrój) jedziemy po dobrej nawierzchni i wcale nie cały czas pod górę. W jakiejś miejscowości kurier UPS pyta mnie o lokalny numer, ale co ja mogę mu powiedzieć?

W Zieleńcu też duże zmiany w stosunku do 2008 roku, przybyło wyciągów, restauracji, cały czas coś się buduje. Obiad mamy zaplanowany w Kudowie więc ruszamy zjazdem na przełęcz Polskie Wrota na DK 8. Po drodze zatrzymujemy się na punkcie widokowym nad Dusznikami Zdrój, bo pogoda z każdą chwilą robi się coraz lepsza i o deszczu nie ma już mowy.
Na krajówce czekamy dobrą minutę aby włączyć się do ruchu bo jadą jakieś ,,karawany’’ blachosmrodów osobowych wymieszanych z TIR-ami. Jeden pas prowadzi w dół, a dwa pod górę i urzekające jest patrzeć jak te dwa pasy zajmują wyprzedzające się TIR-y. Gdyby nie 60 km/h to zrobiłbym fotkę.

Szybko i sprawnie docieramy do Kudowy (PK 14 959 km – 15.41), i szukając obiadowej miejscówki spotykamy Lucjana i Marcina. Lucjan po złamaniu karbonowej obręczy jedzie na sztukowanym kole, a Marcin uszkodzone wiezie na swoich … plecach! Podziwiam.
Zatrzymujemy się na mocarny obiad, makaron wręcz mnie owija i wychodzi ze mnie :-). Po godzinie odpoczynku nie mogę się ruszyć, ale łagodny podjazd Drogą Stu Zakrętów na przełęcz Lisią pozwala obiadkowi się ułożyć. Rzucam okiem na Szczeliniec Wielki, zjeżdżamy do Radkowa po częściowo nowym, częściowo starym asfalcie i przy sklepie uzupełniamy zapasy.

Skręcamy na Tłumaczów, jest lekko pod górę a potem mocno z góry. We Włodowicach skręcamy na drogę do Głuszycy żegnani współczującymi spojrzeniami pewnej pani która powiedziała, że tam jest cały czas pod górę i jest zniszczona nawierzchnia. Tak faktycznie było, ale w końcu uporaliśmy się z tym odcinkiem. Zakończyły się też widoki na Góry Sowie i zaczęła się ostatnia noc na trasie.

W Głuszycy, gdzie jest przedostatni punkt kontrolny (20.40 – 1013 km) Daniel zaplanował jazdę przy dworcu PKP i tak też jedziemy ulicą Kolejową docierając do DW 380 prowadzącej do Unisławia Śląskiego. Tutaj zakończyłem moją jazdę w 2012 roku i jestem trochę niezadowolony, że cały nowy dla mnie odcinek jechać będę w nocy, kiedy g… widać. Ale nie ma się co wygłupiać, bo jest zawsze ryzyko nie zmieszczenia się w 96 godzinach. Za dnia zrobię ten odcinek w przyszłym roku.

Za Unisławiem jedziemy w kierunku Mieroszowa, gdzie należy skręcić na Chełmsko Śląskie. Przejeżdżamy to miasteczko i zbliżamy się do granicy. Znowu mamy kilometry gratis o czym informuje nas z okna mieszkaniec .. Golińska. Pada komenda w tył na lewo i wracamy na właściwą trasę.
Zapowiadam Wikiemu, że w Chełmsku to ja muszę , obowiązkowo muszę zrobić sesję fotograficzną zabytkowym chatom śląskich tkaczy, choćbym nie wiem co :-). Wiki nie protestuje, więc pomimo ciemności kilka fotek wychodzi w miarę przyzwoicie.

Zaraz potem jest Lubawka czyli ostatni punkt kontrolny na trasie GMRDP. Jesteśmy tam o 1.15 – 1050 km i już tylko kataklizm może sprawić że nie zdążymy na metę. Szukamy w Lubawce stacji paliw bo robi się chłodno i ciepła kawa to coś czego pragniemy. Znajdujemy ją nie bez małego trudu – jakiś taksówkarz informował nas, że najbliższa czynna stacja jest w … Kowarach. Na szczęście Lotos jest w Lubawce, tylko na wyjeździe z miasta w kierunku Kamiennej Góry.

Po przerwie kawowej ruszamy na przełęcz Kowarską, która okazuje się podjazdem chyba długim, a na pewno łagodnym. Starannie czytając drogowskazy nie jedziemy na Okraj tylko ruszamy zjazdem do Kowar. Tutaj pamiętam z analizy mapy że trzeba wjechać do miasta, bo jak się człowiek zapomni to wyląduje w Jeleniej Górze.

W lekkiej panice zjeżdżam z głównej drogi nieco za szybko i klucząc po ulicach Kowar w końcu wydostajemy się na drogę do Karpacza. Potem jeszcze jedno newralgiczne skrzyżowanie i zostawiając Karpacz z lewej ruszamy w kierunku Piechowic.
Niesamowicie marznę jadąc świtem koło zbiornika Sosnówka ale w końcu wychodzi słońce i od razu robi się miło. W Piechowicach docieramy do DK3, ja ruszam do Szklarskiej Poręby Górnej sprawdzając po drodze czy można kupić bilet PKP na drogę powrotną. Nigdzie nie ma kas biletowych, bilety kupuje się w pociągu. Nie bardzo sobie wyobrażam zakup biletu na podróż przez Polskę z rowerem i miejscówkami u konduktora więc jadę dalej. Wiki w tym czasie zgodnie z GPS jedzie przez Szklarską Porębę Dolną w kierunku Zakrętu Śmierci. Po drodze spotykamy znowu Lucjana i Marcina z kołem na plecach. Szacun, chłopie!   

Zostaje mi do podjechania ostatnie 2, 5 km drogi do sławnego Zakrętu Śmierci a potem to, co jeszcze kilkadziesiąt godzin temu było wielką niewiadomą staje się faktem. Po wspaniałym, chociaż z wiatrem z twarz, kilkunastokilometrowym zjeździe melduję się na tablicy Świeradów Zdrój. Wykorzystuję fakt, że Robert wyjechał z miasta naprzeciwko i nie muszę robić wygibasów z aparatem na siodełku, tylko on robi mi fotkę.

Jeszcze chwila i jestem na mecie mieszcząc się w wąskiej furtce prowadzącej do środka. Jest środa, godzina 8.10, tak, więc byłem na trasie 92 godziny i 10 minut. Wiki dociera do bazy kilkanaście minut po mnie.
Czas niestety goni nieubłaganie, więc biorę szybki prysznic, próbuję maratonowego makaronu z brokułami lub szpinakiem (nie pamiętam już) przebieram się w świeże ciuchy i idę rzucić okiem na uzdrowisko. Pora jest wybitnie śniadaniowa, więc nie odmawiam sobie delicji. Senność nie występuje, tak więc postanawiam odebrać medal i pożegnać się.
Przez Mirsk z wichurą w plecy docieram do DK 30, która doprowadza mnie w licznym towarzystwie blachosmrodów fajnym zjazdem do Jeleniej Góry. Tam wsiadam w pociąg do Wrocławia, skąd jadę autobusem do Gdańska a potem pociągiem do Elbląga. I tak urlop dobiega końca.



PODSUMOWANIE:
Maraton Góry MRDP to najtrudniejsza jak do tej pory pokonana przeze mnie trasa. Nie sposób jej porównywać z BBTour, ani nawet z dłuższym kilometrowo przejazdem podczas MRDP 2013. Fakt, że nie odnotowałem podczas tej ekstremalnej jazdy żadnych kontuzji (opuchnięte kolana i prawa kostka się nie liczą) bardzo mnie cieszy. Także sprzęt sprawował się bez zarzutu - zwłaszcza opony Schwalbe Durano warte są każdych pieniędzy.

Przepięknie poprowadzona trasa ułożona przez Daniela to prawdziwy majstersztyk. Gdyby tak jeszcze dało się zahaczyć o Góry Świętokrzyskie to byłby komplet …;-). Super robota Panie Dyrektorze:-).

Dziękuję za wspólną jazdę mojemu towarzyszowi Krzysztofowi – Wikiemu. Nigdy bym się nie spodziewał, że ktoś wytrzyma na tak długim dystansie mój - nieco specyficzny - sposób podróżowania:-). Przywykłem już pokonywać długie dystanse samotnie, niezależnie od kategorii open czy solo, ale zawsze to miłe jak można z kimś porozmawiać. Jeszcze raz dzięki za wspólne kręcenie:-).

I do zobaczenia w 2017 roku ...



Kategoria SUPERMARATONY, G/MRDP


Dane wyjazdu:
854.00 km 0.00 km teren
42:06 h 20.29 km/h:
Maks. pr.:75.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:9468 m

GÓRY MRDP - I ETAP

Sobota, 22 sierpnia 2015 · | Komentarze 9

Trasa: PRZEMYŚL-Arłamów-Ustrzyki Górne-Cisna-Tylawa-Nowy Żmigród-Gorlice-Banica-Tylicz-Muszyna-Stary Sącz-Niedzica-Łapszanka-Bukowina Tatrzańska-Zakopane-Zawoja-Stryszawa-Węgierska Górka-Wisła-Cieszyn-Jastrzębie Zdrój-Racibórz-Głubczyce-Głuchołazy-OTMUCHÓW

GPS (całość)

BIKEMAP

FOTOGALERIA

>>>DALEJ>>>



Zapisując się na maraton podałem w formularzu, że dystans 1120 km zamierzam pokonać w 110 godzin (limit ustalony przez organizatora to 120 godzin). Zakładałem tradycyjnie spokojną, turystyczną jazdę z dużą ilością fotek zwłaszcza z odcinków, których nie miałem okazji odwiedzić w 2012 roku.

Już w bazie zawodów w Przemyślu dowiedziałem się, że aby uzyskać kwalifikację do MRDP 2017 trzeba góry przejechać w maksymalnie 96 godzin, czyli 4 doby. I spokojną turystykę szlag w tym momencie trafił. Wychodziło że trzeba będzie w pierwszą dobę zrobić co najmniej 400 km, potem 300 km i dwa razy po 200 km. Bułka z masłem i banan ;-).

Start z ukośnego rynku w Przemyślu nastąpił bez podziału na grupy startowe, za to w eskorcie policji i przy zamkniętym ruchu samochodowym. Eskorta towarzyszyła nam do miejscowości Aksmanice, a droga była zamknięta i obstawiona przez strażaków z lokalnych OSP aż do Arłamowa. Zupełnie gratis policjanci kierowali lewoskrętem jeszcze w Ustrzykach Dolnych, ułatwiając nam skręt w kierunku Ustrzyk Górnych. Dobra robota!

Jazda w grupie w której niektórzy mieli sakwy jakby wybierali się na podbój Azji, spowodowała włączenie u mnie żyłki sportowego współzawodnictwa (miewam takową czasami, ale na ogół wyprzedzam dzieci i leśnych dziadków:-). Start ostry był więc naprawdę szybki, tak że na pierwszym podjeździe przed Huwnikami zagotowałem się porządnie, tętno wyższe niż wtedy już się nie pojawiło do samego Świeradowa.

Na zjeździe do Huwnik chciałem wykorzystać całą szerokość zamkniętej drogi do wyprzedzania na łukach, ale jednak stare przyzwyczajenie nie tak łatwo wykorzenić i grzecznie jechałem za zamulającymi zjazd bikerami. Moja ułańska szarża trwała do Arłamowa, gdzie dałem sobie spokój z pogonią nieuchwytnych celów i skupiłem się na jeździe, tym bardziej że blachosmrody zaczęły odreagowywać długi podjazd po nowym asfalcie pokonany z prędkościami rowerowymi.

Droga przez Ustrzyki Dolne do Górnych to na pamięć już znana trasa z poprzednich wyjazdów. Dla statystyki odnotuję, że pierwszy z zapowiadanych przelotnych deszczy pojawił się na mnie w Żłóbku, a przed Lutowiskami zaczęły mnie chwytać skurcze w mięśniach ud. Jakbym kończył BB Tour to bym to jeszcze zrozumiał, ale po 80 km 1220 trasy ? Na szybko stworzyłem teorię, że to przez deszcz, który schłodził rozgrzane nogi. Co sądzicie o takiej teorii? ;-) Skurcze już się więcej nie pojawiły, przed 17.00 byłem na pierwszym punkcie kontrolnym w Ustrzykach Górnych (107 km) jadąc ostatnie kilometry przed punktem z Wikim. Krótka przerwa na wodopój, SMS, zakup magnesu na lodówkę dla mojego młodego bikera i ruszam w prawdziwe Bieszczady - przełęcze Wyżniańska i Wyżna.

W międzyczasie przelotny po raz trzeci deszcz przeszedł w upierdliwą mżawkę, która na zjazdach ze wspomnianych przełęczy była oberwaniem chmury. Nisko wiszące chmury spowodowały, że już po 19 robi się ciemno. W Cisnej zatrzymuję się na obiadokolację, gdzie winszuję sobie smażone pierogi z kaszą gryczaną i zupę pomidorową z makaronem. Prowiantuję się w sklepie ,,na bogato’’, bo w Bieszczadach a zwłaszcza w Beskidzie Niskim nie wiadomo kiedy w niedzielę zechcą otworzyć sklepy.

Przed Komańczą trwa przebudowa drogi, o mały włos nie kończę udziału w maratonie na przejeździe kolejowym, którego szlabany wyrastają mi w ciemnościach przed nosem. Kreatywni drogowcy pozabierali wszystkie znaki ostrzegawcze, a przejazd jest umiejscowiony na łuku drogi i jadąc od Cisnej lekko z górki. Dobrze mieć na mokrym hamulec tarczowy.
W samej Komańczy oznakowanie też zniknęło. W momencie jak widzę i mijam wiadukt kolejowy obsługa samochodu zawodnika z kategorii Sport krzyczy do mnie, żeby skręcić w lewo na Tylawę. Ja już daję na Rzepedź, ale mnie też się przypomina, że pod tym wiaduktem to trzeba przejechać, a nie go mijać.

Na odcinku do Tylawy mijam grupki zawodników, ktoś na poboczu skuwa łańcuch, ktoś mnie wyprzedza, kogoś biorę ja. Z jakiegoś przystanku dochodzi chrapanie, ale nie wiem czy to był ktoś od nas czy zmęczony tubylec.
Od Tylawy jadę nowy dla mnie odcinek przez Mszaną i Chyrową mijając w ten sposób ruchliwą DK 19 i Duklę przy okazji. Większych górek na tym odcinku nie odnotowałem. Przed Nowym Żmigrodem znowu zaczyna kropić, wjeżdżam do zupełnie ciemnego miasta – w totalnych ciemnościach brakuje tylko żeby dostać w łeb. Jest tutaj drugi punkt kontrolny(235 km - 23:48) więc trzeba napisać SMS, że się żyje. Wykorzystuję do tego przystanek znajdujący się przy oświetlonym rynku (okolice urzędu gminy oświetlone rzęsiście) na którym siedzi sobie mieszkaniec i mówi, że otwarta jest stacja paliw przy drodze na Jasło). Ruszam tam z grupką zawodników odpoczywających po drugiej stronie przystanku. Na stacji jak zwykle – hot dogi, kawa i w drogę. Deszcz już nie padał, do Gorlic leciałem sam. Po zawsze sympatycznym zjeździe do tego miasta nie umiałem sobie odmówić odwiedzin na Statoilu, gdzie duża kawa i ciacho odganiają sen na kolejne kilometry.

Do Ropy docieram szybko jadąc DK 28 i skręcam w kierunku Brunar. Z MRDP 2013 dobrze zapamiętałem ściankę w Banicy, ale zapomniałem o pierwszym podjeździe jeszcze przed sławną Banicą. Spokojne patataj wprowadza mnie na szczyt, na zjeździe też nie szaleję bo krzaki żyją i ciągle widzę oczami wyobraźni jelenie i inne łosie na drodze.
Do Banicy na punkt numer 3 docieram przed 4 rano (293 km) i usiłuję wysłać SMS. Nic z tego – brak zasięgu na dole. Robię więc foto dokumentalne szkoły i wspinam się z buta na pierwszą cześć podjazdu. Na szczycie jest zasięg, SMS idzie w świat a ja z siodełka pokonuję dalszą cześć przewyższenia.

Przez Mochnaczkę i Tylicz lecę sobie w dół, myląc Muszynkę z Muszyną i w Tyliczu kierując się do przejścia granicznego ze Słowacją. W porę odkrywam błąd, ale z 2 km mam gratis. Mijam wytwórnie znanych wód mineralnych i w Muszynie na przystanku piszę SMS z pkt. kontrolnego nr cztery (320 km – 5.54). Dopada mnie tutaj senność, trochę odpoczywam na siedząco czuję że ktoś się zatrzymuje i na mnie patrzy. To Wiki (Krzysztof Wiktorowski) z Łodzi, z którym od tej pory aż do Szklarskiej Poręby Dolnej będę jechał razem.
Cudownie widokową drogą wzdłuż Popradu jedziemy sobie w kierunku Starego Sącza na piąty punkt kontrolny (366 km – 8.16). Po drodze zajeżdżamy na stację paliw w Piwnicznej Zdrój, gdzie śniadanie pałaszują LucjanMarcin, czyli ekipa z Żuław Wiślanych. My też coś tam pijemy, coś jemy i ruszamy dalej bo 24 godziny niebawem miną, a do 400 km jeszcze daleko.

W Starym Sączu za szybko wjeżdżamy w miasto i jedziemy po remontowanej ulicy. Wiki ma trekinga z amorem na szerokich oponach, ja górala z amorem na slickach więc ogarniamy temat szybko i sprawnie.
Za Starym Sączem Poprad zamieniamy na Dunajec i lecimy drogą widokową wzdłuż tej ładnej rzeki. Niestety, niedzielny poranek to też wysyp blachosmrodów i to fajne nie jest. Hałas robi się duży i nie ma co podziwiać widoków, tylko trzeba skupić się na technice jazdy. Niemniej, zawsze się zastanawiam dlaczego w Łącku słynącym z przedniej śliwowicy ciągle widzę z drogi sady jabłoni :-). Gdzie oni chowają te śliwki?

W Krościenku nad Dunajcem ilość turystów poraża, zatrzymujemy się jednak na  kolejne śniadanie przy sklepie i po solidnym wzmocieniu  niebawem skręcamy w lewo na przełęcz Osice nad Hałuszową. Ten odcinek to dla mnie nowość, tak więc spokojnie mielę korbami na poziomie 10 km/h i pnę się w górę. Pod koniec podjazdu nachylenie wzrasta i mój góral nie ogarnia rzeczywistości swoją geometrią. Ja też nie chcę się kopać z koniem i jechać 5 km/h – wolę sobie pochodzić.

Z przełęczy prowadzi piękny zjazd do Jeziora Sromowieckiego, gdzieś tam migają mi pienińskie Trzy Korony ale prędkość jest za duża aby robić zdjęcia. Sesję fotograficzną robimy za to przy brzegu jeziora, które jest zbiornikiem zaporowym na Dunajcu. Lanszafty z zamkiem w Niedzicy w tle zostają zapisane i ruszamy dalej.
Myślimy z Wikim o obiadowym wzmocnieniu przed dwoma tatrzańskim ściankami, ale pod zamek nie chce nam się podjeżdżać a przy drodze w samej Niedzicy nic nie widać. Za to w Łapszach Niżnych widzimy restaurację ,,U Nowaka’’ ale dziwnie brakuje przy niej życia. A znajomy szef kuchni zawsze mnie ostrzegał, aby nie iść do knajpy gdzie nie ma ludzi. Mijamy więc Nowaka bez większego żalu i zaczynamy  powolną wspinaczkę w Tatry. W międzyczasie mijają 24 godziny od startu w Przemyślu, mój licznik wskazuje 431 km. Jest bardzo dobrze :-).

Podjazd w Łapszance dłuży się niemiłosiernie, Tatr jeszcze nie widać, rozglądam się więc na boki. Końcówka jest mocno nachylona, idę więc sobie z buta po raz drugi. Po dojściu na szczyt widok jest powalający, pomimo lekkiej mgiełki skrywającej tatrzańskie szczyty. Sesja foto jest oczywiście obowiązkowa, potem ruszamy drogą szczytową i w końcu zaczyna się zjazd do Jurgowa.
Na nim puszczam wodze fantazji i w pewnym momencie jadę 75 km/h. Istne szaleństwo i nowy rekord ;-). Z Jurgowa czeka wspinaczka w kierunku Zazadniej Polany gdzie jest zlokalizowany punkt numer 6. Nikt nie wie, co to jest ta zazadnia polana – miasto, wieś osada, przysiółek, kolonia, polana w lesie? Nieważne – SMS idzie w świat o godzinie 15.28 - 454 km. Wcześniej boli podjazdo-podejście do Brzegów, gdzie czuję jak tracę siły i bez makaronu długo nie pojadę. Po dotarciu do drogi w Bukowinie Tatrzańskiej wspinaczka się nie kończy, ale wyraźnie łagodnieje. Przy drodze wyłania się karczma widokowa Szymkówka i w niej biesiadujemy dobrą godzinę delektując się lokalną kuchnią i widokami.

Teraz czekała nas gwałtowna utrata wysokości (znajdowaliśmy się w najwyższych punktach na całej trasie – altimeter pokazywał mi momentami 1170 metrów), czyli zjazd do Zakopanego. Jak wygląda niedzielne popołudnie w ,,stolicy’’ polskich gór nie ma co pisać, pewnie je znacie, a jak nie to niewiele tracicie. Sajgon na ulicach i Sajgon na chodnikach.
Czym prędzej ewakuowaliśmy się z miejskiej dżungli i ruszylismy w kierunku Diablaka, aby zdążyć na przełęcz Krowiarki przed nocą. Zamiar ten udał się nam w pełni, trochę pomagała nam w jego osiągnięciu lokalna młodzież z Zubrzycy, która urządziła sobie z nami starymi wyścig w kierunku przełęczy. Byli szybcy, ale niecierpliwi, więc wypalili się daleko przed szczytem. Fenomenalny zjazd do Zawoi po nowym asfalcie szybko się skończył i czekała nas teraz wspinaczka na przełęcz Przysłop w drodze do Stryszawy. Było już ciemno, na przełęczy pamiętałem, aby jechać prosto i nigdzie nie skręcać. Bez problemów dotarliśmy do Stryszawy na siódmym punkt kontrolny ( 548 km – 21.27).

Postanawiamy się przespać na przystanku PKS, piękna ławka mieści nas obu na długość. Noc jest chłodna, w granicach +10 stopni. Śpimy około 2 godzin, po czym decydujemy się odwiedzić widoczną stację paliw. Panuje tam rozleniwiające ciepło, ekipa z pełnym zrozumieniem wie kogo obsługuje. A ja dumam, dlaczego marzliśmy na przystanku zamiast spróbować od razu uderzyć na stację i regenerować się w znacznie lepszych warunkach.

Po mocnych kawach ruszamy dalej, droga w Beskidzie Żywieckim jest poprowadzona po nowemu, mamy ominąć Żywiec i wjechać od razu do Węgierskiej Górki. Nie wiem czy to zmiana na lepsze bo w nocy nie widziałem wiele, ale pewnie widoki były ładne.
Przez Jeleśnię i Sopotnię docieramy w dolinę Soły w okolicach Węgierskiej Górki po drodze myląc się na jednym skrzyżowaniu i zaczynając wspinaczkę we wsi Brzuśnik. Tutaj jednak korekta była błyskawiczna :-).

Z Węgierskiej Górki jedziemy przez Milówkę i pomny doświadczeń z 2012 roku dbam aby nie wpakować się w podjazd do Koniakowa ekspresówkę S69. Zjazd z głównej drogi pod estakadą jest zupełnie nieoznakowany, prowadzi nas GPS Wikiego.
Zaczynamy kilkukilometrową wspinaczkę na Ochodzitą - idzie dobrze aż wyrastają przede mną płyty ,,jumbo’’ tak dobrze znane z wycieczek po Żuławach Wiślanych. Tylko że u nas są położone płasko a nie pod kątem 20% :-). Szybciutko uciekam z siodełka i daję z buta – po raz czwarty i ostatni na trasie. Potem jest jeszcze kamienna kostka na podjeździe, ale to nawierzchnia bardzo komfortowa.
Mijamy Koniaków, Istebną (ósmy pkt. kontrolny 613 km – 5.27) podziwiając wschodzące poniedziałkowo słońce nad Beskidem Śląskim. W Istebnej zaczyna się poranny szczyt komunikacyjny, ruch na drodze do Wisły wzmaga się z każdą chwilą. Jak zwykle trafiają się oszołomy pędzące na wariata i wyprzedzające ,,na gazetę’’ - jednego z nich dochodzę na zjeździe przed Wisłą i serdecznie pozdrawiam stosownym palcem.

W Wiśle jemy śniadanie przed dobrze zaopatrzonym sklepem i ruszamy dalej. W Ustroniu odbijamy na Cieszyn, tutaj blachosmrodów jest już trochę mniej ale już widać że przejazd przez dwa duże śląskie miasta (Jastrzębie Zdrój i Wodzisław Śląski) nie będzie sielanką.
Przelatujemy przez Cieszyn, w Zebrzydowicach stajemy na Orlenie gdzie trzeba w końcu zrobić poranną toaletę po bezskutecznych poszukiwaniach stacji z prysznicem. Jastrzębie Zdrój przejeżdżamy prowadzeni jak za rączkę przez doskonałe oznakowanie drogowe i wbijamy się do Wodzisławia Śląskiego gdzie już tak różowo nie jest. Do tego znajdują się kierowcy wskazujący nam na pseudo ścieżki rowerowe. Nie wiem do dziś o co im chodziło ;-).

Za Wodzisławiem zaczyna się płaski odcinek trasy, w Raciborzu nie zatrzymujemy się (a tak fajnie się tam spało w 2012 roku na wałach Odry). Jedziemy w otoczeniu aut wszelkiej maści, pojawiają się roboty drogowe i dwa czy trzy wahadełka, które mijamy bokiem albo środkiem. Dokuczliwy robi się upał co w połączeniu z brakiem lasów (na szczęście są chociaż drzewa na poboczach) jest bardzo niezdrową mieszanką. W takim to otoczeniu docieramy do Kietrza, gdzie jest dziewiąty punkt kontrolny (726 km – 13.08). W międzyczasie minęła druga doba w trasie, ponad 700 km to bardzo dobry wynik. Dostajemy info pogodowe z którego wynika że zbliża się od zachodu pogodowy armagedon, czyli w mordę wind i deszcz, którego tak brakuje rolnikom i leśnikom ale na pewno nie rowerzystom.

Postanawiamy dotrzeć przed zmrokiem w okolice Kotliny Kłodzkiej, tam się przespać i - a nuż się uda - minąć z frontem atmosferycznym. W szybkiej jeździe pomaga nam sprzyjający wiatr, zatrzymujemy się tylko w Głubczycach na obiad gdzie pani w barze ma trudności ze zrozumieniem, dlaczego chcę dwa talerze pomidorowej z makaronem, a kotlet de vollaile jest z serkiem topionym w środku zamiast z masłem – może to taka głubczycka odmiana :-).

Z Głubczyc jedziemy przez Prudnik do Głuchołaz (PK 10 794 -18.14) km i tutaj zaczynamy kolejny odcinek dla mnie nieznany, czyli nie przez Nysę a skrótem do Otmuchowa. Jak ojciec dyrektor Daniel wymyśla skrót to wiadomo że będzie krócej ale ciężej. I tak jest faktycznie – z Głuchołaz wyrasta jakiś masywny podjazd i zjazd do Gierałcic, potem jest powiedzmy pagórkowato, mijamy wieś Kijów gdzie uwieczniam się na tablicy zaliczając z nazwy jakby nie było stolicę dużego państwa.

Zachodzące słońce każe się rozejrzeć za noclegiem już w Otmuchowie, bliżej Kotliny Kłodzkiej już nie zdążymy dotrzeć. Analiza miasteczka nie nastraja pozytywnie, brak kwater, agroturystyki, hoteli – jest tylko zamek. Obawiamy się że cena za nocleg będzie mało rycerska, ale spróbować trzeba. Zostawiam Wikiego z rowerami u podnóża skarpy zamkowej, a sam wspinam się do góry. Po schodach już w zamku idę jakoś dziwnie, ale dochodzę do recepcji. Pani w recepcji mówi że nie ma wolnych pokoi, bo było wesele i jeszcze nie posprzątali. Ja odpowiadam, że nam to zupełnie nie przeszkadza, jesteśmy na pewno bardziej brudni od każdego pokoju w tym zamku. Narada telefoniczna z panią kierownik skutkuje tym, że wbijamy się do dwuosobowego pokoju i jeszcze dostajemy promocję bo zamiast 150 zł za pokój płacimy 80 zł. Pięknie :-).

Zanim zasypiamy odwiedzamy jeszcze sklep bo ,,chodziły’’ za mną kabanosy, ogórki i musztarda a i Wiki był głodny. Z rachuby czasu wychodzi, że do mety mamy 300 km więc trzeba ruszyć o poranku aby na spokojnie dotrzeć w środę do 12.00 na metę w Świeradowie Zdroju. Jeżeli tylko drzewa nie będą się łamały przed nami na drogi Kotliny Kłodzkiej to zdążymy bez trudności.
Wiki zasypia szybko, ja trochę wolniej ale w końcu też odpływam. 




Kategoria SUPERMARATONY, G/MRDP


Dane wyjazdu:
73.00 km 0.00 km teren
03:53 h 18.80 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:273 m

MRDP - VI etap

Piątek, 23 sierpnia 2013 · | Komentarze 12

Trasa: Tylicz-Stary Sącz. Zjazd z trasy maratonu na PKP w Nowym Sączu.

FOTOGALERIA

Pobudka o 1 w nocy, ( te moje noclegi trwały po 4-5 godzin, najdłużej biwakowałem z suszarką w dłoni w Ustrzykach Dolnych), śniadanie i w drogę.
Do Muszyny (punkt kontrolny tylko z fotką) towarzyszy mi kosmiczna mgła, tak że korzyści ze zjazdu nie mam zbyt wielkich. Mijam jeszcze w Tyliczu wytwórnię wód mineralnych (chyba Kropla Beskidu), a w Muszynie Muszyniankę.

Urokliwą drogą widokową wzdłuż Popradu mijam kolejne miejscowości zdrojowe i zastanawiam się jak jechać dalej, skoro widzę na 4-5 metrów przed rowerem. Najlepiej jedzie mi się na zjazdach, bo wtedy człowiek naturalnie patrzy w dół. No, ale do Rozewia cały czas z górki nie będzie :-)). Wzdłuż drogi prowadzi linia kolejowa i jadący pociąg podpowiada mi jedyną słuszną koncepcję.

Na rogatkach Starego Sącza jestem o 7 rano, postanawiam dokonać rewolucji w kokpicie mojego roweru. Podnoszę kierownicę, odwracam mostek na ,,+’’( ten ruch konsultuję telefonicznie z Jankiem z elbląskiego Neksusa, który perfekcyjnie przygotował mi sprzęt do jazdy), pionuję rogi i obniżam lekko siodełko. Robi się z tego prawie rower miejski, siedzi mi się nawet wygodnie, ale prędkość jazdy to około 15 km/h. To już za wolno nawet jak na urlopową jazdę :-).

Mimo wszystko jadę jeszcze do centrum Starego Sącza na rynek. Kiedy jednak na jednym ze skrzyżowań prawie nie dostrzegam samochodu, bo akurat patrzę w dół, dochodzę do wniosku, że robi się niebezpiecznie. Zbyt niebezpiecznie. To jest koniec.

Licznik wskazuje przejechane 1554 km. Mam poprawiony rekord życiowy w jeździe non-stop i teraz to musi wystarczyć. Przywracam rowerowi starą geometrię i jadę na objazd Starego Sącza. Potem kieruję się do nieodległego Nowego Sącza, tam zalegam na dobre kilka godzin w fajnej knajpce, porządkuję notatki, kupuję pamiątki i odpoczywam, a wieczorem nocny pociąg wiezie mnie na północ.

Podsumowanie.
Źle zaczęło się już podczas pierwszej doby, kiedy to straciłem mnóstwo czasu na pozbieranie się po problemach żołądkowych. Obawa przed powtórzeniem się dolegliwości zmusiła mnie do skorygowania planów noclegowych i w zasadzie odpuszczenia walki o powrót do Rozewia.

Mocno się jednak rozczarowałem będąc zmuszonym przerwać jazdę z powodu urazu, którego przyczyny nie potrafię sobie wytłumaczyć i którego nigdy nie zaznałem. Byłem przygotowany na bóle kolan, ścięgien, pleców, połamanych w czerwcu żeber. Przypuszczałem, że d… może mi odpaść od tylu godzin w siodełku :-). Dopuszczałem, że nie będę mógł patrzeć na rower po iluś tam dniach. Ale szyja? Tutaj nawet tabletki przeciwbólowe nie pomogły. Swoje jedyne podejrzenia kieruję na rogi zamontowane w moim rowerze na których opierałem się przez długie kilometry walcząc na ścianie wschodniej z południowym wiatrem. Może taka wyciągnięta i dość nietypowa dla mnie geometria miała wpływ na ten uraz. Pozostaje mi to sprawdzić już w przyszłym roku.

Sama idea imprezy bardzo mi się podoba i już wiem, że za 4 lata spróbuję tej sztuki która nie udała się w tym roku. Do tego czasu postaram się objechać pozostałe odcinki MRDP, tak aby w 2017 r. nic mnie turystycznie nie rozpraszało. Nie ukrywam, że ciężko było mi jechać obok takich znanych miejsc ściany wschodniej jak Supraśl, Grabarka, Jabłeczna, Kostomłoty, czy też Sobibór lub Bełżec ze świadomością, że nie mogę ich dokładnie obejrzeć. Że nie wspomnę o moich ulubionych górach, nieznanym mi Beskidzie Sądeckim, Pieninach czy Sudetach.
Bogatszy w tegoroczne doświadczenia spróbuję jeszcze raz i wierzę, że ta sztuka uda mi się również na rowerze MTB.
Pozdrower :-).

Ps. Rzućcie też okiem na inne relacje z MRDP. Pasjonująca lektura :-).




Dane wyjazdu:
244.00 km 0.00 km teren
12:32 h 19.47 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:23.0
Podjazdy:3139 m

MRDP - V etap

Czwartek, 22 sierpnia 2013 · | Komentarze 3

Trasa: Ustrzyki Dolne-Tylicz.


FOTOGALERIA

Kolejny dzień zaczynam o 3 rano i ruszam dużą obwodnicą bieszczadzką. Trasa mi dobrze znana i z BB Tour, i z innych wojaży sakwiarskich. Za Ustrzykami Górnymi zaliczam konkretne podjazdy na przełęcze Wyżną i Wyżniańską, a potem zjazd do Wetliny. W Cisnej jestem w porze śniadania, ale że brakuje kilkunastu minut do godziny 8, to obsługa w jednym z barów nie jest jeszcze gotowa, a raczej nie chce być gotowa. Nie to nie, są też inne możliwości.

Zbliżam się do Komańczy i opuszczam Bieszczady. Droga do Tylawy poprawiona w stosunku do zeszłorocznej jazdy i jedzie się przyjemnie. Za Tylawą pojawiam się na DK 9 i od razu na ,,dzień dobry’’ TIR zdmuchuje mnie prawie do rowu. Bo po co zachować większy odstęp? W Dukli zjadam obiad i ruszam dalej.

Do Nowego Żmigrodu (punkt kontrolny w kwiaciarni, gdzie pani od razu wiedziała, że jadę MRDP:-) ruch duży, potem im bliżej Gorlic tym jedzie się spokojniej. Podziwiam energetyczny krajobraz okolic – elektrownie wiatrowe przeplatają się z szybami naftowymi. Taki mały Kuwejt :-). Tutaj też zaczynam odczuwać pierwsze problemy ze sprawnym podnoszeniem głowy – na razie przechylam ją lekko w bok i tak jadę.

Przelatuję przez Gorlice i jadę dalej pamiętając, aby w Ropie zjechać z DK 28. Zjeżdżam, robię zakupy i ruszam w Beskid Niski i Sądecki. Ten drugi po raz pierwszy rowerem. Pierwszy podjazd pokonuję w siodle, ale jak widzę już kościół (dawna cerkiew) w Banicy i za nim ściankę odpuszczam od razu :-). Co za sens jechać 3 km na godzinę całą szerokością drogi. A jeszcze coś mi wyskoczy z góry :-).

Sekcja druga podjazdu do Mochnaczki Wyżnej też daje ognia, ale że jest znacznie dłuższa i przez to mniej stroma, to udaje mi się wdrapać bez podchodzenia. Myślami już jestem na zjeździe do Tylicza i Muszyny, ale na razie podziwiam widoki. Na zjeździe wykręcam 61 km/h i gdyby nie widok stojącego radiowozu to kto wie, kto wie :-).

Ściemnia się, a że szukanie noclegu po zmroku nie jest łatwe postanawiam zostać w Tyliczu i tutaj regenerować się przed jutrzejszymi Tatrami. Szyja przestaje działać, nawet nie boli mocno, tylko po prostu nie mogę podnieść głowy.