INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 301.707 kilometrów, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.89 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)

DO MRDP 2025 ZOSTAŁO



baton rowerowy bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

SUPERMARATONY

Dystans całkowity:31460.00 km (w terenie 918.00 km; 2.92%)
Czas w ruchu:1484:16
Średnia prędkość:21.11 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:155712 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:642234 kcal
Liczba aktywności:79
Średnio na aktywność:398.23 km i 21h 30m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
13.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:22.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Piątek, 21 czerwca 2019 · | Komentarze 2

Już tylko godziny dzielą nas od startu maratonu dookoła dawnego województwa elbląskiego, który będzie dla kilku osób debiutem na rowerowym ultra, a dla kilku rozgrzewką przed głównymi imprezami tego sezonu. Trzymajcie kciuki za wszystkich!

W związku z imprezą powstał okolicznościowy znaczek wykreowany przez Marcina, zaś dla finiszerów będzie czekała stosowna odznaka PTTK wykreowana przez nie wiadomo kogo :-). 




A tak poza tym rozpoczęło się lato ...



Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
457.00 km 0.00 km teren
18:46 h 24.35 km/h:
Maks. pr.:49.00 km/h
Temperatura:-2.0
Podjazdy:1614 m

CENTRUM MARATON

Sobota, 2 marca 2019 · | Komentarze 9

Trasa: ELBLĄG-Ostróda-Działdowo-Żuromin-Bieżuń-Sierpc-Płock-Kutno-Nowa Wieś-Piątek-Łowicz-Sochaczew-PRUSZKÓW

GPS

MAPA

GALERIA (z opisem)



Po odwiedzinach środka Europy (jednego z kilkunastu!)w Suchowoli na Podlasiu chodziła mi po głowie myśl obejrzenia środka Polski. Ten książkowy znajduje się w Piątku, a dokładnie 3 km dalej we wsi Goślub, najnowsze wiadomości podają Nową Wieś pod Kutnem, a sam pomnik postawiono w Piątku na skrzyżowaniu dróg wojewódzkich.

Po tym długim wprowadzeniu, czas było stanąć wraz z Robertem na elbląskim Placu Dworcowym w, nomen omen, piątek, i ruszyć w ciemną noc ku centrum Europy i centrum Polski.

O godzinie 18 ruszyliśmy w trasę nie doczekawszy się pomysłodawcy terminu wyjazdu, czyli Mariusza. Jeszcze przed startem daliśmy sobie czas, aby do Małdyt ustalić czy jedziemy najpierw do Suchowoli, czy też może do Piątku.

Rozważania te miały oczywiście związek z wiejącym od kilku dni niezwykle sprzyjającym wiatrem z kierunków północnych. Jeżeli byłby to wiatr północno-zachodni to Suchowola byłaby pierwsza, jeżeli natomiast wiatr wiał z czystej północy to Piątek pierwszy szedł na celownik. W piątek 1 marca wygrał wiatr z północy …

Inne parametry pogodowe były równie eleganckie – brak opadów jakichkolwiek, brak oblodzenia, brak śniegu, lekki mróz do -5 stopni maksymalnie. Robert zabrał kolarzówkę, ja pomykałem na MTB ubranym w szosowe slicki. Taka szybka konfiguracja sprawiła, że już o 20:50 siedzieliśmy w Ostródzie (70 km) na Orlenie, gdzie uzupełniłem termos z herbatą i bidon. Nasiadówka związana z kolacją trwała trochę długo, ale w końcu zebraliśmy się w sobie i ruszyliśmy starą DK 7 w kierunku Olsztynka.

Przed tym miastem zjechaliśmy z niej i kierując się na Działdowo dalej pędziliśmy na południe. Średnia prędkość z jazdy dobrym asfaltem dróg technicznych przy S7 i starą DK 7 wyniosła prawie 28 km/h.

Zaczęła się ona obniżać po wjechaniu na DW 542, którą dojechaliśmy do Działdowa (0:30, 132 km). Tam na Orlenie nastąpiło ponowne tankowanie termosu i rozpytanie się o stan drogi w kierunku Żuromina. Ta była OK, więc omijając Mławę ruszyliśmy po ukosie w kierunku Żuromina i Sierpca.

Tutaj też poczuliśmy moc wiatru, który momentami wiał z boku i spychał nas na środek drogi. Że to był środek nocy, to nie miało to większego znaczenia, poza takim, że Robert zaczął mocno marznąć. Stało się to tak dokuczliwe, że na Orlenie w Żurominie (3:00, 170 km) informacja o sprzedaży tylko przez okienko mocno go wkurzyła. Ruszył ogrzać się w kierunku lokalnego posterunku policji, a ja przez okienko zamówiłem zapiekankę i kawę. Można to nazwać I śniadaniem lub późną kolacją ;-)

Jak już się najadłem, to pojechałem na policję szukać Roberta. Odpoczynek jeszcze chwilę potrwał i ruszyliśmy dalej na południe. Znowu pięknie wiało nam w plecy, a że były to okolice słynące z licznych ferm drobiu to charakterystyczny smród towarzyszył nam długo po ich minięciu. Przynajmniej spać się nie chciało :-)

W Sierpcu (5:00, 205 km) nigdy jeszcze nie byłem nocą, więc zatrzymałem się pod ładnie iluminowanym kościołem farnym, któremu poświęciłem kilka chwil. Roberto w tym czasie grzał się w klatce schodowej jakiegoś domu.

Dalsza jazda prowadziła w kierunku Płocka, gdzie zamierzaliśmy przekroczyć Wisłę starym mostem, bo nowy ma takie szerokie dylatacje, że opona roweru szosowego cała się w nie chowa. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, jak spektakularną glebą może się to skończyć. Zresztą, jest tam chyba zakaz jazdy rowerami ;-)

Orlenowski komin produkujący białą chmurę widać było już chwilę za Sierpcem, bo noc miała się już ku końcowi, ale zanim wjechaliśmy do Płocka odwiedziliśmy jeszcze nieplanowanego Orlena w Lelicach, gdzie zjadłem prawdziwe rowerowe śniadanie, czyli owsiankę i wypiłem kawę. Ta owsianka to nowość w ofercie koncernu, ale bardzo dobra nowość. Jedzie się na tym wybornie. I kosztuje tylko 4,49 zł w komplecie z gorącym mlekiem lub wodą, jak ktoś lubi.

W Płocku (7:30, 245 km) odwiedziliśmy jeszcze piekarnio-cukiernię, bo wiecie jak ciężko jest się oprzeć zapachom świeżego pieczywa i bułek.

Opuszczając Płock zrobiłem jeszcze kilka fotek i już byliśmy na DK 60, którą myślałem jechać do Gostynina, a potem zjechać na DW 581 w kierunku Kutna. Poranny szczyt komunikacyjny nie był zbyt dokuczliwy, aczkolwiek taki pas rowerowy, jak widać w galerii, na krajówce mógłby ciągnąć się dłużej…

Przed Gostyninem zjechałem z głównej drogi w prawo, aby do miasta wjechać inaczej. Zrobiłem to kilkaset metrów przed początkiem obwodnicy tego miasta, co było słabą koncepcją ;-).
Do tego na bocznej drodze skończył się asfalt i jak niepyszni wróciliśmy na krajówkę, i tak wjechaliśmy do miasta.

W Gostyninie (9:30, 270 km) nie znalazłem właściwych drogowskazów i po jego przejechaniu wróciliśmy na ... DK 60. Wracać się już nie chciało. Do Kutna toczyliśmy się spokojnie i pod wiatr, bo ten zaczął w międzyczasie wiać z południowego-zachodu, co idealnie komponowało się z kierunkiem naszej jazdy od Piątku. Naprawę, nie pamiętam tak korzystnego układu :-)

Zanim jednak można było skorzystać ponownie z jego dobrodziejstwa wjechaliśmy do Kutna (11:00, 300 km), gdzie zajrzeliśmy do centrum, na rynek i obejrzeliśmy, kultowy w pewnych kręgach, dworzec PKP. Dworzec po remoncie jest niczego sobie :-)

Z Kutna ruszyliśmy do Nowej Wsi, gdzie w zeszłym roku stanął centroid wyznaczając w ten sposób nowy środek Polski, z uwzględnieniem wód terytorialnych. Punkt znajduje się na prywatnej posesji, ale sympatyczny właściciel nie robił problemów z chęci obejrzenia go z bliska.

Po wykonaniu okolicznościowych zdjęć ruszyliśmy do oddalonego o 25 km Piątku, gdzie środek naszego kraju wyznaczono w czasach słusznie minionych i bez uwzględnienia wód terytorialnych – podobno.

Bocznymi drogami dotarliśmy do DW 702, która doprowadziła nas do centrum miasteczka (13:00, 333 km, gdzie na skrzyżowaniu dróg stoi okazały pomnik. Wcześniej, przez 8 km jechaliśmy sobie za traktorem (starego typu) z przyczepą, korzystając z tunelu aerodynamicznego, który sobą tworzył.

Tuż obok pomnika stoi Orlen, ale my chcieliśmy czegoś innego do jedzenia. Wskazano nam pizzerię Mefisto, która poza pizzami miała obiady abonamentowe, dla nas niedostępne oraz jedną zupę, gulaszową. Robert zrezygnował z zamawianie czegokolwiek, ja zaryzykowałem tą gulaszową. Cóż, to nie była prawdziwa gulaszowa, chociaż po cenie (5 zł za talerz), powinienem się tego domyślić :-). Innych lokali w Piątku nie ma i pozostało nam jechać do Łowicza, z nadzieją, że tam musi być jakaś cywilizacja kulinarna.

Za Piątkiem obejrzałem pierwszy raz z bliska zupełnie opustoszałe bramki autostrady, na których nie było żadnej obsługi i hulał wiatr. Wiatr, który ponownie nas napędzał na długich prostych w kierunku Łowicza. Ostatnia przed Łowiczem ma około 10 km długości – to lepiej niż na Żuławach Wiślanych! Droga ta jest obecnie remontowana i ignorując znaki objazdu raz musieliśmy ulec, bo most na rzece jeszcze nie był gotowy.

W końcu jednak ukazało się centrum Łowicza (16:00, 370 km), w którym po krótkich poszukiwaniach zasiedliśmy w pizzerii Po-Drodze. Makaronów w ofercie nie było, chociaż nie … były. Był żurek z makaronem i zupa barszcz czerwony z … makaronem. Zbyt krótko żyję, żeby coś takiego już widzieć :-D.
Były też pierogi ruskie i w sumie dało się z tego złożyć pożywny obiad w dobrej cenie.

Pewnym zgrzytem było pojawienie się właściciela (chyba?), którego oburzyły nasze rowery stojące z boku w pustym lokalu i ślady błota z butów na podłodze – pamiątki po obejściach przed Łowiczem. Rowery wprowadziliśmy za zgodą obsługi, a zwracanie uwagi klientom w temacie zabrudzenia podłogi jest zachowaniem niestandardowym. W końcu za darmo tam się siedzieliśmy, a podłoga szorowarki nie wymagała, tylko kilku ruchów miotłą. Czy innym gościom też zwraca się tam tak uwagę?

W Łowiczu, który nie wiedzieć czemu lokalizowałem w województwie mazowieckim, a nie łódzkim, chciałem jeszcze obejrzeć bazylikę katedralną. Znaleźliśmy ją bez problemu i po zrobieniu zewnętrznych zdjęć świątyni pojechaliśmy w kierunku Sochaczewa. Pojechaliśmy już na pełnym luzie, bo DK 92 ma piękne, szerokie pobocze w sam raz dla rowerów. Ruch też był już weekendowy i hałas bardzo nie dokuczał.

Na rogatkach Sochaczewa skręciliśmy w kierunku Żelazowej Woli i mijając centrum miasta skierowaliśmy się do celu mojej wycieczki w styczniu 2017 roku. Teraz o zwiedzaniu nie było mowy, zatrzymaliśmy się tylko na jedno zdjęcie.

Dobiegała końca doba od wyjazdu z Elbląga a na liczniku miałem zaledwie 413 km. Nie było już sensu jechać na wschód, bo głównym problemem oprócz marznącego Roberta był fakt, że z okolic Suchowoli, a konkretnie z Osowca-Twierdzy mieliśmy tylko jeden pociąg do Elbląga w niedzielę. Z Kutna, jak był pierwotnie planowany powrót, spóźnienie się na jeden pociąg nie skutkowałoby zostaniem do poniedziałku na peronie. Do godziny 14 należałoby zrobić około 320 km, co biorąc pod uwagę nieznane drogi wzdłuż S8, jak i drugą noc w siodle wydawało się zadaniem karkołomnym Poza tym Suchowolę to ja już widziałem i motywacji zbyt wielkiej nie miałem.

Przypomniało mi się, że w Pruszkowie trwają mistrzostwa świata w kolarstwie torowym, a że w Pruszkowie nigdy nie byłem, a tor tylko widziałem kilka razy w telewizji rzuciłem hasło, aby tam pojechać i tam przenocować. Roberto podchwycił tą koncepcję i przed Warszawą skręciliśmy na Ożarów Mazowiecki i Pruszków.

Zawiodłem się wyglądem toru z zewnątrz, bo sypiące się schody nie przystoją narodowemu centrum kolarstwa podczas mistrzostw świata zwłaszcza. Robert wszedł do środka, podczas gdy ja pilnowałem rowerów i potwierdził, że w środku jest OK.

Po tej wizji lokalnej wziąłem telefon w garść i zacząłem szukać noclegu. W trzecim hotelu był wolny pokój trzyosobowy, w sam raz dla dwóch bikerów i dwóch rowerów. Przybytek nazywał się Tadros i tyle wystarczy. Resztę wyczytacie w Internecie ;-)


W niedzielę Robert ruszył o poranku kupić bilety na PKP, a ja dołączyłem do niego w okolicach dworca Warszawa Zachodnia, pokonując samodzielnie drogę Pruszków-Warszawa. Łatwo nie było, ale jak na Alejach Jerozolimskich skończyła się nagle ścieżka i trzeba było jechać pod prąd, to lekko być nie mogło. Kontraruch na takiej drodze to nawet mi się nie śnił :-)


I ruszyliśmy na podbój Warszawy.  


Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
2.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:30.00 km/h
Temperatura:5.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Czwartek, 27 grudnia 2018 · | Komentarze 2

Poświąteczna aktywność dobrze by mi dzisiaj zrobiła, ale padał deszcz i znowu zaległem. Może jutro. W końcu plan na 2018 rok został wypełniony :-)

Tymczasem pochwalę się nową odzieżą, która dotarła do mnie tuż przed świętami także Mikołaj spisał się na medal. Ciuchy w Elblągu są aktualnie unikatowe i sądzę, że w 2019 roku ten stan rzeczy powinien ulec zmianie, bo ileż może być smerfów w jednym mieście :-P



Żeby nie było, że w czasie przerwy świątecznej nie myślałem o rowerze, zapraszam Was serdecznie do lektury relacji z Maratonu Północ-Południe 2018 (razem z jazdą powrotną) która powstała właśnie wtedy. Naprawdę warto ;-)

POCZĄTEK

Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
8.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Czwartek, 20 września 2018 · | Komentarze 0

Trochę zdrowia ten medal kosztował, ale oczywiście warto było :-). 

Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
370.00 km 0.00 km teren
33:34 h 11.02 km/h:
Maks. pr.:0.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy: m

MARATON PÓŁNOC-POŁUDNIE - ETAP II

Wtorek, 18 września 2018 · | Komentarze 6

Trasa: ZŁOCZEW-Nowa Brzeźnica-Janów-Mirów-Zawiercie-Ogrodzieniec-Olkusz-Trzebinia-Zator-Zawoja-Czarny Dunajec-Ząb-Murzasichle-BUKOWINA TATRZAŃSKA

GPS (całość)

MAPA (całość)

GALERIA (z opisem, całość)

>>> DALEJ>>>



O 1 w nocy ruszamy w trasę opuszczając zaspany Złoczew. Niebawem przejeżdżamy przez Stolec, miejscowość, która budziła mój uśmiech już na etapie uczenia się trasy maratonu. Biorąc pod uwagę panujące ciemności, można by strawestować, że byliśmy w czarnej d...ie.

W prawdziwej czarnej d… znalazł się w Osjakowie Stasiu, który ze spokojem mi tam zakomunikował, że na kwaterze w Złoczewie zostawił … portfel. 25 km w plecy x 2 to 50 km w gratisie. To się nazywa dokręcanie do 1000 km ;-). Ryzyka, że portfela nie znajdzie, nie było także nie musiał szaleńczo pędzić.

Pożegnałem zatem kolegę, obiecując sobie ponowne spotkanie i ruszyłem ku wschodzącemu słońcu. Zatrzymałem się w Pajęcznie aby uwiecznić elegancko iluminowaną szkołę. Od Nowej Brzeźnicy poruszałem się drogą znaną z maratonu-pielgrzymki do Częstochowy, który w dawnych czasach posłużył do uzyskania kwalifikacji do pierwszego BB Tour 2010. Nie trwało to jednak długo, bo trasa MPP jest zawsze układana z maksymalnym ominięciem dużych miast i rozpoczęło się wielkie mijanie Częstochowy.
W Nowym Broniszewie zarządziłem sobie przerwę śniadaniową przy lokalnym sklepiku z ciepłymi pączkami, drożdżówkami i kefirem w roli głównej. Po śniadaniu byłem gotowy na jurajskie podjazdy.

Przecudnej urody pogoda dodawała mocy i można było się zacząć zastanawiać, gdzie tutaj najlepiej szukać serwisu rowerowego. Po głowie chodziło mi Zawiercie, którego opłotkami prowadziła trasa ale jak to na opłotkach – poza sklepami spożywczymi niczego tam nie znalazłem. A do centrum szkoda było mi czasu, aby zjeżdżać. Zapowiadała się trzecia nocka w trasie i to w pełnych górach, więc cenna była każda minuta.

Pierwszy raz tak naprawdę przemierzałem Jurę Krakowsko-Częstochowską więc z ciekawością rozglądałem się na boki, fotografując różne obiekty, które zobaczyć możecie w galerii.
Rozpoczęła się jazda interwałowa, a pierwszy podjazd który utkwił mi w pamięci to wspinaczka od Złotego Potoku w kierunku Niegowej. Dobre asfalty pozwalały, mimo awarii, puścić się z góry bez zbędnego hamowania. Podjazdy swoim charakterem przypominały Wysoczyznę Elbląską, więc czułem się jak u siebie.

Niebawem przekroczyłem CMK pod Górą Włodowską i w oczekiwaniu na ewentualne Pendolino zjadłem sobie II śniadanie ekspresu się nie doczekawszy. Zaraz potem były Włodowice w których zaliczyłem krótką skuchę nawigacyjną, bo drogowskazy na zamek w Morsku brzmiały interesująco. Ten jednak musi poczekać na moje odwiedziny jeszcze jakiś czas.
Niebawem przeleciałem przez wspomniane peryferie Zawiercia i rozpocząłem lekką wspinaczkę w kierunku zamku Ogrodzieniec. Ten akurat już miałem okazję w tym roku widzieć, więc pokusa turystyczna postoju zmalała. A że przed Podzamczem doszedł mnie w końcu Stasiu w doborowym towarzystwie Anity to i o postoju zupełnie zapomniałem.

Wspólnie dojechaliśmy do Podzamcza, a chwilę potem do Ogrodzieńca i pojawiliśmy się na DW 791 prowadzącej w kierunku Olkusza. Skończyła się cicha jazda, bo droga była już opanowana przez poniedziałkowo obudzone blachosmrody.
Po minięciu tablicy oznajmującej wjazd do województwa małopolskiego, ostatniego na trasie MPP, pojawił się elegancki podjazd na którym zostawiłem daleko w tyle Anitę i Stasia. Potem czekał szybki przelot przez Klucze z fabryką chusteczek, papierów, ręczników i innego ustrojstwa kuchenno-łazienkowego i kolejna wspinaczka do Olkusza oraz szaleńczy zjazd tamże.
Pojawiły się też drogowskazy kierujące na Pustynię Błędowską, którą kiedy tylko miałbym odpowiedni zapas czasu, odwiedziłbym na pewno. Cóż, zapasu nie było …

W Olkuszu wykorzystałem wiedzę mieszkańca, który wskazał mi serwis rowerowy, znajdujący się idealnie przy trasie maratonu. Do tego w pobliżu miałem Biedronkę, McDonalds, Circle K i jeszcze centrum handlowe na dodatek. A pora była wybitnie obiadowa :-)
W serwisie Gianta głośnym okrzykiem oderwałem serwisanta od jakiegoś koła i na jednym wdechu opowiedziałem mu swoją historię. Skupiłem się zwłaszcza na tym, że czas leci. O dziwo zrozumiał mnie całkowicie i już po chwili moje koło siedziało w centrownicy. Ja zaś ruszyłem na obiad w kierunku złotej litery M, bo nie ma to jak 1000kcal Big Mac’a z frytkami. Nie zapomniałem też o chłopaku wymieniającym mi ekspresowo szprychę, bo usługi ekspresowe muszą być bez dwóch zdań odpowiednio wynagradzane.
I tak to spokojnie pałaszując obiad przyglądałem się pracy profesjonalisty wartego w tej sytuacji każdych pieniędzy i każdego posiłku :-).

Już po chwili dysponowałem w pełni sprawnym rowerem i hamulcem z tyłu też. Można było opuszczać Olkusz i ruszać dalej na południe. Na celowniku była Trzebinia – nie muszę dodawać, że były to okolice zupełnie mi dotychczas nieznane.
Droga do niej prowadziła raczej z góry, bo Jura została już z tyłu, a trasa maratonu zbliżała się do doliny Wisły pod Zatorem. Uatrakcyjnieniem banalnego i nadal samotnego pedałowania był telefon od Roberta Janika w sprawie lokalizatora, który – jak to u mnie robi się już tradycją – zamilkł. Powodem był brak zasilania i Robert zasugerował, aby podłączyć go do mojego powerbanka. Na nim miałem już ładowaną komórkę oraz własny GPS, więc trudno było tę prośbą spełnić.

Na konieczność dokumentacji trasy rozpocząłem fotografowanie punktów kontrolnych, czyli sprawdzoną od czasu MRDP 2013 najlepszą metodę kontroli przejazdu trasy. Ta elektronika nas kiedyś zgubi …
Za Trzebinią trasa już zupełnie się wypłaszczyła i do Wisły pod Zatorem dotarłem szybko i sprawnie. Królowa w tym miejscu jest wąska i niepozorna, zupełnie niepodobna do jej wersji na Żuławach Wiślanych. Wiedziałem też, że od tego momentu czeka mnie już tylko jazda w górę. Lekko licząc 150 km podjazdów ;-)

Najpierw jednak czekała DK 44, której trzy kilometry trzeba było zaliczyć. Warto jednak było, bo most kolejowy na Skawie w jej pobliżu wart było rzucenia okiem. Skawę miałem zresztą okazję jeszcze oglądać, bo doliną tej rzeki jeszcze jakiś czas prowadziła trasa.
Od punktu kontrolnego w Woźnikach płaskie się skończyło i zacząłem zbierać metry pionowe. Woźniki, a potem zwłaszcza Witanowice – na szczycie których zdałem relację telefoniczną z imprezy mojej rodzince, dały mi odczuć trudy imprezy.
Trochę żałowałem, że trasa omija Wadowice, które były na wyciągnięcie ręki, ale ideą tego maratonu jest jak najstaranniejsze omijanie dróg krajowych. Turlałem się więc drogami bocznymi, kilka razy borykając się nawigacyjnie i zasięgając języka w mapach smartfona, którego od dwóch tygodni starałem się nauczyć i okiełznać.

Zmęczenie zaczęło narastać. Do tego stopnia, że przed zjazdem, którego nie byłem pewien, wolałem zajrzeć do gospodarstwa i upewnić się, że jazdę w dobrym kierunku. I tak to w końcu dotarłem do znanego dotychczas z okien pociągu zbiornika retencyjnego na Skawie Świnna Poręba, tudzież Jeziora Mucharskiego.
Odpoczywając przed najlepszymi pojazdami trasy MPP zrobiłem krótką sesję fotograficzną, podczas której dojechali Anita i Stasiu, których nie opuściłem już prawie do samej mety.

Wspólnie pokonaliśmy podjazd do Tarnawy Wyżnej i przez Krzeszów zjechaliśmy do Stryszawy. Na tym zjeździe 1-2 centymetry dzieliły mnie od gleby życia, kiedy to przy prędkości dobrze ponad 50 km/h dostrzegłem w zapadającym zmroku jedyną chyba dziurę na trasie całego maratonu usytuowaną na środku drogi. Nie jechałem jeszcze na lampach PROX’a i dlatego zobaczyłem ją w ostatniej chwili. Przednie koło ją ominęło, natomiast tylne złapało krawędzią obręczy.

Oględziny w Stryszawie pod sklepem, gdzie zrobiliśmy zakupy na noc i ubraliśmy się stosownie do okoliczności, przyniosły wiadomość, że mam pękniętą obręcz. Szprychy wytrzymały. Chyba wolałbym na odwrót :-)
Tymczasem rozpoczął się podjazd na przełęcz Przysłop między Stryszawą a Zawoją. Robiłem ją już dwa razy, ale zawsze od strony Zawoi. Teraz nowy asfalt znacznie ułatwił pojazd, a zjazd z uszkodzoną obręczą i tak był spokojny. Zawoja, podobno najdłuższa i największa wieś w Polsce faktycznie ciągnęła się i ciągnęła, a wraz z nią podjazd pod przełęcz Krowiarki, czyli zdobywaliśmy Babią Górę. Prawie. Na przełęczy byliśmy o 22. Pierwotny plan przewidywał bycie o tej porze już na mecie zawodów do której było stąd 80 km …

Chwilę potem rozpoczął się zjazd, z którego pamiętam przeraźliwe zimno i to nie w palce dłoni, które są moim najsłabszym punktem cieplnym w niskich temperaturach, ale całego ciała. Zupełnie nie pamiętam, jak dotarłem do Jabłonki, ale pamiętałem, żeby skręcić w kierunku Orlena znajdującego się w tej miejscowości i nie pojechać DK7 na Słowację.

Na Orlenie czekająca ze Stasiem Anita poratowała i chyba zasponsorowała małą kawę, bo ze mną było całkiem słabo i kryzys trwał w pełni. Grzali się tutaj też inni bikerzy i niebawem spora grupa ruszyła na ostatnie kilometry. Ja wraz z nimi, bo kawa poczyniła cuda. Przez Czarny Dunajec przejechaliśmy bez zatrzymywania rozpoczęliśmy jazdę bokami w kierunku Zębu. Jazda łagodnym podjazdem zakończyła się ostrą wspinaczką do wsi Kamila Stocha, podobno najwyżej położonej w Polsce.

Do szału doprowadzał mnie oświetlony koniec podjazdu, bo z dołu to wydawało się, że wspinamy się prosto do nieba. Lampy były tak nierzeczywiście wysoko, że koniec wspinaczki wydawał się nieosiągalny. W końcu jednak Ząb został zdobyty i nastąpił zjazd do Poronina. Ktoś tam sugerował aby olać mijankę i tory kolejowe pokonać skrótem pieszym, ale większość pojechała zgodnie z wytycznymi orgów.

W Poroninie ciężko było poznać co się dzieje i jak jedziemy, bo miasteczko było rozkopane ale w końcu je opuściliśmy kierując się na Murzasichle. To miał być ostatni konkretny podjazd na trasie i wjazd na teren TPN.
Ciągnęła się ta wieś i ciągnęła, ciągnęliśmy się i my, aż wreszcie ja odpadłem. Stwierdziłem, że muszę położyć się spać na chwilę, bo inaczej nic z tego nie będzie. Stasiu i Anita byli odmiennego zdania, ale ja już ich nie słyszałem. Zaległem na przystanku w pozycji regulaminowej i zasnąłem.

Za długo nie pospałem, bo połowa września to już nie jest pora na spanie saute w górach. Siadłem na siodełku, ale to jeszcze nie było to. Dla urozmaicenia ruszyłem ,,z buta’’ do skrzyżowania z drogą Zakopane-Łysa Polana. I tak to pieszo wszedłem na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego, ale biletu nie kupowałem.
To tuptanie obudziło mnie dokumentnie i od drogowskazu: Łysa Polana 12, byłem już gotowy jechać. Bliskość mety była już wyczuwalna i w ciągu godziny dotarłem do celu, czyli Schroniska Głodówka w Bukowinie Tatrzańskiej.

Zalogowałem się w biurze zawodów we wtorek o 5:10 (3 godziny 50 minut przed upływem limitu 72 godzin) i po konsumpcji dwóch żurków oraz odebraniu medalu ruszyłem na pokoje, dołączając w pokoju do pogrążonego w śnie Łukasza Tymoszuka, czyli forumowego Yoshko, który dotarł na metę nieco szybciej razem z Anitą Ignaczak i Stasiem Piórkowskim o godzinie 4:00.
Wstający powoli dzień nie utrudniał szybkiego zaśnięcia, za to niezłym przerywnikiem było wejście jednego z organizatorów bodajże około godziny 8 z grzeczną sugestią szybkiego opuszczenia pokoju i przeprowadzki do innego, bo,, inna grupa, rezerwacja i ogólnie wypad’’. To była jedyna rysa na perfekcyjnie zorganizowanym maratonie, bo dalsze spanie po przejściu do innego budynku schroniska już nie mogło się powieść.

Nie było jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło ruszyłem na śniadanie, potem na oscypki nieopodal schroniska, następnie lekki spacer a potem na obiad w schronisku. Wszystko to w bezpośredniej bliskości urzekającej tatrzańskiej panoramy i powietrza. Integrowałem się też z przybyłymi na metę nieco po limicie Arkiem (Wąski) i Karoliną (Linus), Stasiem i Anitą oraz kilkoma innymi osobami, które jeszcze w schronisku przebywały.

W końcu nadszedł czas na pożegnanie się, spakowanie dobytku i wyruszenie do Krakowa na pociąg do domu. Z Zakopanego bowiem pociągi nie jeździły, a nawet gdyby jeździły to ja już miałem bilet z Krakowa kupiony. Zapowiadała się czwarta nocka w trasie, okrężnej trasie do stolicy Małopolski. Byłem gotowy, pomimo pękniętej obręczy …

>>>DALEJ>>>


Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
565.00 km 0.00 km teren
34:36 h 16.33 km/h:
Maks. pr.:60.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy:6057 m

MARATON PÓŁNOC-POŁUDNIE - ETAP I

Sobota, 15 września 2018 · | Komentarze 4

Trasa: HEL-Władysławowo-Luzino-Kościerzyna-Czersk-Tuchola-Mrocza-Nakło nad Notecią-Mogilno-Słupca-Kalisz-ZŁOCZEW

GPS (całość)

MAPA (całość)

GALERIA (z opisem, całość)

>>> DALEJ >>>



Maraton Północ-Południe to jedna z imprez integracyjnych Forum Podróżerowerowe. info. Obserwowałem jego inaugurację w roku 2016, w roku 2017 ruszyłem z ekipą obejrzeć ,,na żywo’’ start imprezy z Helu, a w roku 2018 przyszedł czas na pełną integrację z malowniczą trasą z Helu do Bukowiny Tatrzańskiej.

Wydawało mi się, że kilka osób z Elbląga da się namówić na udział w tej imprezie, ale chłopaki wybrali łatwiejszą opcję roku 2018, czyli maraton BB Tour. I w ten sposób pozostało mi samodzielnie reprezentować Elbląg. Czułem ciężar odpowiedzialności na sobie ;-)
Na Hel wybrałem się dzień wcześniej standardowym środkiem transportu, czyli PKP, i zamieszkałem w Hotelu Cassubia. Na początek Polski dotarł też Robert, który zamierzał potowarzyszyć mi kilka kilometrów na trasie i zaliczyć dwie nowe ulice Księżycowe na Kaszubach. Zamieszkaliśmy razem w jednym pokoju. Odebrałem pakiet startowy w którym wyróżniała się stylowa czapeczka kolarska.

Po twardo przespanej nocy – pomimo bliskości hałasującej stacji PKP – ruszyliśmy na poszukiwanie dobrego źródła śniadania. Okazała się nim cukiernia blisko dworca, czynna już od 7 rano. Kawa, herbata, drożdżówki i własne musli musiały wystarczyć na początek pracowitego dnia.

Kilka minut po ósmej dotarliśmy na miejsce startu maratonu wyznaczone pod latarnią morską na Helu. Po dwóch nieudanych MRDP powinienem czuć do ruszania spod latarni morskich niechęć, ale nie należy przecież ulegać stereotypom. Z każdą minutą przybywało zawodników, ujrzałem też kibiców z Elbląga, którzy jechali nocą na swoich rowerach poziomych. Pojawił się radiowóz Policji, co wskazywało, że start tuż, tuż. Nastąpiła krótka odprawa i o 9 ruszyliśmy w Polskę.

Jak podają statystyki, ruszyło 71 osób, z czego – uprzedzając nieco fakty – na metę nie dotarły 3, a czwarta była od tego niedaleko...
Spokojnym tempem, niemającym jednak wiele wspólnego z tym podanym w komunikacie startowym (25km/h), a oscylującym bardziej przy 35 km/h grupa ruszyła w kierunku Jastarni, gdzie radiowozy i karetka miały się z nami pożegnać w miejscu lotnego startu ostrego.

Czułem się bezpiecznie jadąc tuż przed karetką, gdyż taka prędkość mogła być dla mnie zabójcza:-). Razem ze mną jechali przez chwilę, Wojciech i Piotr Łuszcz, wyposażeni w stylowe kuferki, no ale nie tak stylowe jak mój Piknik ;-). Chłopaki zjechali w kierunku morza i tyle ich widziałem; pozostało mi dojść koniec peletonu. O kibicach z Elbląga dyplomatycznie nie wspomnę, bo ostatni kontakt z nimi miałem jeszcze na ulicach Helu.
I tak to jadąc szalonym tempem po godzinie byłem już we Władysławowie, gdzie przy stacji Circle K czekał na mnie Robert, a poziomi Marek i Zbyszek pomachali mi na pożegnanie.

Za chwilę zjechaliśmy z głównej drogi i elegancką drogą dla rowerów pędziliśmy na południe nadziewając się na kontrę przeciwnego wiatru, który odczuwalnie spowalniał. Zaczęły się zmarszczki Kaszub północnych mające swoją kulminację na pięknym podjeździe z Czymanowa do Gniewina, gdzie natknęliśmy się na pierwszych ,,tuptusiów’’. Po drodze dogoniliśmy Stanisława Piórkowskiego, z którym przyjdzie mi przejechać wspólnie wiele kilometrów – ale to później.

Na przedmieściach Bolszewa zatrzymaliśmy się z Robertem na pierwszy posiłek w sklepie i uzupełnienie płynów. Chwilę potem czekało nas kilka emocjonujących inaczej kilometrów DK 6 aż dotarliśmy do Luzina, w którym zakończyliśmy kibicowanie na trasie MPP 2017. Teraz jechaliśmy dalej a Robert na swoje Księżycowe uciekł ode mnie w Niedźwiadku.
I już samotnie pokonuję zjazdy i podjazdy serca Kaszub, walcząc z pokusą fotografowania co ładniejszych landszaftów. Pokusa kilka razy okazuje się silniejsza, ale tylko kilka razy. Solidny obiad planuję w Stężycy, gdzie znam dobrą pizzerię z wcześniejszych wyjazdów. Tam idzie szybki atak na makaron zapiekany z serem. Poprawiam to sałatką i ruszam dalej.

Niebawem docieram do płonącej Kościerzyny aby rozpocząć nowy dla mnie odcinek do Wdzydz Kiszewskich. Spoglądam na obwodnicę tego miasta na DK 20 i ciesząc się ze znacznie mniejszego ruchu samochodowego wbijam się w lasy, które doprowadzą mnie do Wdzydz. Tam mam w planie obejrzenie z dołu wieży widokowej, której nie było, gdy wiele lat temu byłem tam rowerem pierwszy raz.

Zanim jednak ujrzałem Wdzydze ujrzałem i poczułem pękniętą szprychę oraz bijący hamulec tylnego koła. Wróciły koszmary pękających szprych z MRDP 2017 oraz pękniętej obręczy z P1000J 2018. Poczułem, że mam wyraźnego pecha :-/. Było sobotnie popołudnie i perspektywa kilkudziesięciu godzin jazdy do otwarcia serwisów rowerowych w poniedziałek o 10 rano.
Rozpiąłem tylny hamulec i ciesząc się, ze teraz płaska Polska przede mną potoczyłem się dalej. Toczyłem się dość sprawnie, bo niebawem dotarłem do rowerzysty na MTB, który na mój widok jakby dostał szpilę w tyłek, bo ruszył dynamicznie do przodu. Takich okazji to ja nie przepuszczam ;-).

Nie bacząc na ryzyko pękania dalszych szprych ruszyłem za nim w pogoń i po dojściu jechałem sobie tuż za nim. Niebawem rozpoczęła się nasza rozmowa, podczas której Marcin z Wiela powiedział, że zna dobry serwis z Brus, który może będzie miał ochotę na dojazd do Czerska i wymianę szprychy. Od razu chłopaka polubiłem i zadeklarowałem ekstra napiwek.
Podczas gdy on wykonywał telefon, ja obejrzałem wieżę widokową i lekko się zamotałem z kierunkami we Wdzydzach, wbijając się w jakieś szutry i jeszcze szybciej wracając do Marcina, który niestety nie miał dobrych wiadomości, bo w sobotni wieczór serwis nie odbierał telefonów.

Cóż więc, trzeba był ruszać dalej. W Wielu pożegnałem się z kolegą, wyraźnie zafascynowanym maratonowymi opowieściami i snującym plany startu w takiej imprezie. Zostawiłem mu swój telefon na wszelki wypadek – jakby serwis odpowiedział – ale wiedziałem, że w sobotę to ludzie mają ciekawsze zajęcia niż serwisowanie roweru i to na wyjeździe.

Niebawem pojawił się Czersk i pyknęło 200 km na liczniku. Zaczęła się pierwsza nocka w trasie, podczas której zatrzymałem się w Tucholi na uzupełnienie płynów. Za Tucholą trasa skręcała w mało intuicyjnym miejscu na południe, więc skorzystałem z nawigacji grupy bikerów, która wyprzedziła mnie po drodze. I tak do Nakła nad Notecią toczyliśmy się po różnego rodzaju asfaltach.

Od tego miasta nawierzchnia już jest OK i jazda nie przyprawia o ból głowy z powodu szprychy. Nad ranem stołuję się w Łabiszynie na Orlenie, gdzie zapodaję sobie nowość ,,żywieniową’’ w moich jazdach maratonowych o nazwie Kofactin (miałem ze sobą) oraz zapiekankę w ramach wczesnego śniadania. Zestaw zostaje poprawnie przyjęty przez organizm i można jechać dalej. Na tej stacji spotykam innych zawodników oraz zawodniczkę, ale ich numery umykają w mrokach nocy.

Powoli zaczyna świtać i z nowym dniem jedzie się tak jakoś inaczej. Zwłaszcza, że jest to dzień moich urodzin, a doprawdy trudno sobie wymarzyć lepszą imprezę dla bikera niż maraton :-). Postanawiam sobie nie żałować urodzinowych prezentów … żywieniowych. Chociaż najchętniej otrzymałbym szprychę z serwisem :-).

Przed Słupcą moim oczom ukazują się Wąski i Linus, czyli Arek i Karolina z którymi będę się jeszcze wiele razy tasował na trasie, a i razem jechał też. Mija też pierwsza doba jazdy podczas której wykręcam 410 km co jest jednym ze słabszych wyników w historii. W Słupcy motam się na rondzie nie dostrzegając bocznej drogi i wbijając się na DK 92 oraz na Orlen przy okazji. W obroty idą hot-dogi i sok bo mi głód wzrok upośledza.

Na niebie gości słońce, w plecach mam wiatr a pod kołami dobry asfalt i rośnie we mnie nadzieja, że może doturlam się do poniedziałkowego otwarcia serwisów rowerowych. Tymczasem pokonuję płaskie okolice przed Kaliszem zastanawiając się, co też rowerowego zjem w tym dawnym mieście wojewódzkim.

Te rozważania kończą się w miejscowości Chocz, gdzie dostrzegam małą Restaurację Piotruś przy samej drodze; co ważne z ludźmi w środku. Zasiadam więc do stołu i ja, zamawiam rosoły z makaronem i poprawiam mało rowerowym dużym kotletem z ziemniakami. Urodzinowy obiad w Choczu – bezcenne! Tak taniej restauracji to jeszcze nie widziałem.
Niebawem osiągam Kalisz wraz z grupą pod przewodnictwem Anity Ignaczak i Stasia Piórkowskiego. Podczepiam się pod nich, żeby nie błąkać się zbytnio po ulicach, ale jak widzę że zmierzają na przerwę obiadową to dyskretnie opuszczam towarzystwo, bo obiad to ja już mam w sobie.

W nogach mam też 500 km i o 15:30 wyjeżdżam z Kalisza. Zaczyna się jazda po zupełnie dziewiczych dla mnie drogach, tak bocznych jak tylko możliwe i tak miejscami nierównych, że znowu wraca strach o tylne koło.
Toczę się spokojnym patataj i w ten sposób dochodzi mnie Stasiu Piórkowski z którym przemierzę większość pozostałych kilometrów MPP. Szybko ustalam, że planuje on nocleg podczas drugiej nocy w trasie, co jest też zgodne z moimi zamiarami. Zdradza mi patent na dobre spanie w … klasztorach.

Jak dla mnie może być, chociaż czy zakonnicy (zakonnice) się nie wystraszą? Na horyzoncie pojawia się Złoczew, godzina jest nienajgorsza na początek snu, bo dochodzi 19, czyli wieczorynka i lulu. Wbijamy się do klasztoru … kamedułek. Stasiu melduje się w furcie i zaczyna negocjacje. Ja trzymam kciuki. Sprawa idzie całkiem dobrze, ale pojawia się nie wiadomo skąd pijany facet. Siostra przełożona myśli, że jest on z nami i cały nocleg szlag trafia. Żadne argumenty już nie dają rady.

Udajemy się więc na dalsze poszukiwania i znajdujemy salę bankietową Grażka z poprawinami w akcji. Deklarujemy, że nam to zupełnie nie przeszkadza i razem z rowerami ładujemy się do pokoju. Ustalamy z właścicielem szczegóły wyjścia w środku nocy i po szybkim prysznicu oddajemy się we władanie Morfeuszowi.

>>>DALEJ>>>


Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
629.00 km 0.00 km teren
28:45 h 21.88 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:18.0
Podjazdy:1400 m
Rower:BOCAS

PIERŚCIEŃ TYSIĄCA JEZIOR

Niedziela, 1 lipca 2018 · | Komentarze 16

Trasa: ŚWIĘKITY-Dobre Miasto-Mrągowo-Ryn-Olecko-Augustów-Sejny-Gołdap-Kruklanki-Kętrzyn-Reszel-Lidzbark Warmiński-Orneta-ŚWIĘKITY

MAPA

GALERIA (z opisem + dojazd)

Motto: Tysiąc jezior, setki kapliczek, dwie dziury w obręczy :-)





Przyjemną miejscówkę Roberta Janika, komandora największych maratonów w Polsce, w Świękitach mam przyjemność odwiedzać rzadko, ale dość regularnie przy okazji różnych rowerowych wypadów po okolicy. Po okolicy, gdyż elbląscy bikerzy nie mają daleko do tej warmińskiej osady.

Tym razem odwiedziny wiązały się z drugą jazdą w maratonie Pierścień Tysiąca Jezior, do udziału w którym zachęciła mnie odwrócona w stosunku do 2015 roku trasa. W końcu można było zmierzyć się z podjazdem na Górę Rowelską od trudniejszej strony.
Na start ruszyłem z Elbląga w piątek po południu i dość eksperymentalną trasą dotarłem do Świękit. W bazie zawodów niewiele się działo, więc ruszyłem do Pityn zostawić rzeczy na kwaterze agroturystycznej.

Wyluzowany ze zbędnego bagażu wróciłem do Świękit, na rozpoczynającą się odprawę techniczną. Wraz ze mną przysłuchiwał się jej mój imiennik, elblążanin MarekDive, dla którego miał to być pierwszy maraton w życiu i szansa na mocne pobicie dotychczasowej życiówki.

Po odprawie wybraliśmy się nad Pasłękę, w której tym razem nikt nie zażywał kąpieli, a potem gościliśmy się przy ognisku. Tak doczekaliśmy przyjazdu kibiców z Elbląga w postaci KasiMariusza, Sławka i Leszka.
Wesołe pogaduchy mogłyby trwać do rana, ale mus był iść spać, bo wiadome było, że kolejna noc będzie w siodle albo w innym, równie niewygodnym miejscu. Marek zaszył się w namiocie, ja wróciłem do Pityn i zaległem w szerokim łóżku. Nocka szybko minęła i rano po dobrym, makaronowym śniadaniu ruszyłem na start.

Startując w kategorii SOLO godzinę startu miałem wyznaczoną dopiero na 10:00 (pierwsi zawodnicy ruszyli o 8:00, zaś ostatni o 10:30). Ruszyłem w towarzystwie 4 kolarzy, których jeszcze na odcinku drogi szutrowej lekko odstawiłem bo miałem szersze opony :-).
Po wjechaniu na asfalt dość szybko mnie dogonili. Zgodnie z prognozami mieliśmy wiatr w plecy z kierunków północno/północno-zachodnich. Pierwszy punkt kontrolny był zlokalizowany w Jezioranach (45 km – 11:41), tuż za jedyną na Warmii drogową serpentyną. Końcówka dojazdu do niego prowadziła po drobnych kamyczkach, co doprowadziło kilku szosowców do spazmów, ale jakoś się dopchali do pieczątek potwierdzających obecność.

Ja na punkcie pobrałem batonika, dwa banany i ruszyłem dalej. Śmigało się w dalszym ciągu wyśmienicie, ale na zjeździe przed Reszlem poczułem i dostrzegłem, że tylne koło bije mi na boki. Krótki postój zdiagnozował sytuację jako pęknięcie obręczy przy główce szprychy. Było to w okolicach 70 km, więc dobre pół tysiąca było jeszcze przede mną. Niezła perspektywa, nie ma co.

Sprawdziłem, czy obręcz nie obciera o hamulce (nie obcierała) i ruszyłem dalej. Na krzyżówce przed Reszlem dostrzegłem 4 bikerów jadących od strony … Biskupca, którzy chwilę przedtem mnie wyprzedzili. Chłopaki porypali skręt na skrzyżowaniu ;-)

Układ drogowy faktycznie sprzyja tam pomyłkom, gdyż w prawo trzeba skręcić na trzecim w kolejności skrzyżowaniu. Tutaj zaczął się jedyny na całym maratonie odcinek wspólny dla jazdy tam i z powrotem. Skończył się on tuż przed tablicą Święta Lipka, gdzie droga skręciła na Mrągowo ustawiając nas całkowicie z wiatrem w plecy. I zaczęła się jazda bez trzymanki, tym bardziej że punkt w Mrągowie miał być zamknięty o 14:30, a to było 102 km od startu w Świękitach.

Do Mrągowa dotarłem wraz z małą grupką o 14:05 (102km) wykorzystując ich nawigację po ulicach miasta w sprawnym dojeździe do punktu. Tutaj nastąpiło tankowanie wody i ,,bananowanie’’.
Teraz czekała nas 20 km po drodze krajowej nr 57, co wydawało mi się najsłabszym odcinkiem całego maratonu. Nie było tak źle, ruch pomimo rozpoczynających się wakacji nie było bardzo duży, TIR-ów brakowało, ale mimo to wolałem trzymać się niedaleko innych zawodników. W Rynie opuściłem krajówkę i ruszyłem w kierunku Mikołajek i DK16. I to na tym krótkim 3 km odcinku doszło do najgroźniejszego zdarzenia, które mogło zupełnie zakończyć moją jazdę.

Przez chwilę zagapiłem się i jechałem zbyt blisko pobocza tej wąskiej drogi. Spróbował to wykorzystać baran jadący osobówką z przyczepą dla koni, który wyprzedził mnie na gazetę, a przyczepką to chyba na włos. Jakbym skurczybyka dorwał na jakimś parkingu to bym go chyba zabił :-( .

Po zjechaniu z DK 16 nastała cisza i spokój, a dodatkowo zaczął się odcinek drogi dla mnie nowej i nieznanej ( po skręcie w Kozinie na Rydzewo). Skręt ten przegapił Wojciech Łuszcz, który pomimo moich rozpaczliwych okrzyków pojechał prosto na Giżycko). Na punkcie w Wydminach wyjaśnił mi, że zauważył błąd nawigacyjny i przez Giżycko nie jechał.

Zanim do Wydmin dotarłem zaliczyłem jeszcze odcinek DK 63, gdzie panował zupełny spokój i znowu poganiany pięknym wiatrem dotarłem do Wydmin wyprzedzając na tym odcinku licznych zawodników.
Na punkcie w Wydminach (176 km – 17:32) była pomidorowa z kończącym się niestety makaronem oraz kanapki, które wziąłem na potem.

Za Wydminami spotkałem jadącego pod prąd Pawła z Ełku z którym wymieniłem ultrakrótkie pozdrowienia, jak na ultra maraton przystało ;-) Chwilę potem widziałem stojące na poboczu dwa samochody w asyście policji i straży pożarnej, czyli byłem na miejscu wypadku (chyba czołowego zderzenia na łuku drogi).

Niebawem dotarłem do Olecka, gdzie samodzielnie zrobiłem sobie punkt żywieniowy na miejscowym Orlenie. Generalnie, nie było potrzeby stołować się nigdzie, bo jedzenia na maratonie zapewnionego przez organizatora było w bród, no ale takiej kawy jak na Orlenie to nie mieli :-). Zatankowałem więc mega moccę i tak doładowany wystartowałem w kierunku Dowspudy, gdzie był PK4. Musiałem tam zdążyć przed zmrokiem, aby uwiecznić fotograficznie piękny budynek kordegardy oraz pozostałości Pałacu Paca.
Zanim to się wydarzyło, skorzystałem z upierdliwego wyjazdu po polbrukowej, fazowanej, ścieżce rowerowej z Olecka, zastanawiając się ilu było takich naiwniaków jak ja ;-). Znaki B-9 przy drodze nie pozostawiały jednak wyboru.

Przed Dowspudą hamowałem jeszcze we Wieliczkach zobaczyć piękny, modrzewiowy kościółek jak żywcem przeniesiony z Podkarpacia. Tymczasem byliśmy na Mazurach a to jest najstarszy drewniany kościół w tych okolicach. Bardzo stylowy!
Kolejny postój to już Dowspuda (240 km - 20:42), gdzie w odrestaurowanej wartowni pałacu Paca mieści się Centrum Obsługi Turysty KORDEGARDA. Tutaj czekał na zawodników - których było całe mnóstwo - ciepły obiad w postaci rosołu z makaronem oraz schabowego z ziemniakami i surówką. Schabowy to danie mało rowerowe, ale nie było co wybrzydzać, za to rosołem tankowałem się pod korek. Chwilę odpocząłem i pojechałem focić, bo promienie zachodzącego słońca wskazywały, że noc jest tuż, tuż.

Fotki, jak widać w galerii, wyszły, a ja ubrany w nogawki i rękawki pędziłem już do Augustowa w ślad za czerwonymi światełkami. Po drodze upewniłem dwóch bikerów, że jadą dobrze bo chłopaki mieli koncepcję wjazdu na S8. Bardzo niezdrową koncepcję ;-).
W Augustowie był w 2015 roku punkt kontrolnym, teraz pozostawało tylko sprawnie przemknąć przez zasypiające miasto. Poszło to średnio sprawnie, bo zbyt szybko zjechałem z DW 664 i ląduję na brukowym rynku w samym centrum miasta zamiast wygodnie ominąć centrum DK 16.

Niemniej wkrótce wylatuję z miasta i korzystam z asfaltowej ścieżki rowerowej, która prowadzi do Kanału Augustowskiego (śluza Przewięź). Dalej już pozostaje gładki asfalt DK 16, która w niczym nie przypomina jej mazurskiego odcinka - panuje cisza i spokój. Na długich prostych widziałem ciągle kilka migających czerwonych światełek innych zawodników. Nią dotarłem okolice Sejn i za Gibami skręciłem na Sejny, gdzie znajdował się PK 5 (305 km - 0:04). Zaczęła się niedziela i zaczęły się przeboje z silnikiem, który do tej pory pracował bezproblemowo.

Na punkcie coś tam zjadłem i siedząc poczułem, że biorą mnie dreszcze. Ciepła herbata i taki barszcz robią swoje i po chwili już jest OK. Po drugiej chwili już OK nie jest i znowu się trzęsę. Zamykają mi się też oczy, więc oddalam się od punktu na którym gra muzyka i ciężko się zdrzemnąć. Parkuję na wygodnym przystanku autobusowym nieopodal zamkniętego sejneńskiego Orlena i przysypiam. Budzi mnie przyjazd radiowozu, którego załogę uspokajam że nic mi nie jest i po prostu odpoczywam. Zdziwieni nie są, mówią że nie ja pierwszy :-).

Nie wiem ile tam biwakowałem, ale z kilkanaście minut na pewno. Potem ogarnąłem się i ruszyłem dalej. Noc była jasna, zresztą P1000J jest rozgrywany w najłatwiejszym z możliwych terminie, kiedy to słońce znajduje się płytko za horyzontem a noc trwa wszystkiego 4 godziny. Po kilku kilometrach czując w dalszym ciągu zamykające się oczy, zaatakowałem się Red Bull’em. Skutek był odwrotny od zamierzonego, bo za chwilę szybko i sprawnie oddałem napój na asfalt wraz z sejneńskim barszczykiem. Doszło do mnie, że nie jest dobrze.

Postanowiłem doturlać się do punktu kontrolnego w Rutce-Tartak, gdzie czekał obiad i możliwość odpoczynku w nieco lepszych warunkach niż przystanek, pole czy łąka. Dotarłem tam o 3:45 mając 345 km w nogach. Od Sejn pokonałem 40 km w prawie 4 godziny! Nie rzuciłem się na obiad, tylko na skórzaną sofę, którą ktoś właśnie opróżnił. Dzięki Ci dobry człowieku :-)). Ustawiłem zegar na 4:30 i obudziłem się o tej godzinie. Na obiad był chudy żurek oraz zrazy z kaszą gryczaną. Żurek delikatnie zjadłem, siedząc blisko drzwi do toalety (tak na wszelki wypadek), zrazy ominąłem szerokim łukiem zaś faszerowałem się kaszą gryczaną w niej upatrując napędu na czekający mnie podjazd pod najwyższe wzniesienie maratonu, czyli Rowelską Górę.

Po wyjściu z Zajazdu Kalinka, gdzie był PK był już oczywiście dzień, wiatr wiał jakby w twarz i droga się wznosiła. Około 2 km podjazd pozwolił się rozgrzać, bo temperatura na polskim biegunie zimna nie rozpieszczała i o świcie było około 8 stopni.
Na zjeździe do Wiżajn czuję mocne drgania tylnego koła, zatrzymuję się więc i stwierdzam, że w obręczy mam już dwa pęknięcia. Niedziela od północy przebiega wzorcowo, idealnie po prostu ;-/.

Plany poprawienia wyniku z 2015 roku (31h 50min) odkładam na święte nigdy, teraz skupiam się aby nie ruszyć do Suwałk na PKP. W Wiżajnach na skrzyżowaniu skręciłem w lewo i stwierdziłem, że wiatr mam w ... plecy. To jakieś czary bo w końcu wracam na zachód, z którego wiało w plecy przez całą sobotę. Czyżby teraz zaczęło wiać ze wschodu?

Nie było się co zastanawiać, trzeba było jechać. Prędkość już nie ta, ale 20 km/h dało się jechać. Do gołdapskiego punktu kontrolnego umiejscowionego tym razem nie na rynku, ale pod Piękną Górą dotarłem o 8:34 (400km), robiąc od Sejn 95 km w ponad 8 godzin. To się nazywa kryzys :-).

Tymczasem jechałem w kierunku Bań Mazurskich, gdzie trasa skręcała na Kruklanki. Z widocznego momentami GV nie korzystałem, bo i po co. Zanim tam skręciłem odwiedziłem kultową bańską lodziarnię z 1970 roku, która do tej pory produkuje lody w termosach według starych receptur i tylko w trzech smakach: śmietankowym, czekoladowym i owocowym. I to są prawdziwe lody tradycyjne :-). Zjadłem ostrożnie dwie gałki.

Z Bań Mazurskich droga do Kruklanek długo się wznosiła po słabej jakości asfalcie, aż do kulminacji w postaci garbów na asfalcie. Takiego cuda jeszcze nie spotkałem. W intencji obręczy poszło wiele zdrowasiek; jeszcze trochę a zacząłbym śpiewać litanie.
Zjazd do centrum Kruklanek nastąpił dopiero w samej miejscowości, a gdy zaczął się podjazd zatrzymałem się i siedząc na murku zjadłem na śniadanie bułki zabrane z gołdapskiego punktu kontrolnego, popiłem pepsi i dopchałem żelkami. Poczułem wracającą moc i można powiedzieć, że silnik wrócił do normalnej pracy. Niestety obręcz tak łatwo naprawić się nie chciała :-)

Za Kruklankami popełniłem jedyny na trasie błąd nawigacyjny jadąc na Giżycko a nie na Węgorzewo. Kosztowało mnie to w sumie 8 km gratis, chociaż mogłem i w ten sposób dotrzeć do Pozezdrza. Tylko wiązałoby się to z koniecznością jazdy po DK 63.
Za Pozezdrzem przez Harsz i urokliwym przesmykiem między jeziorami, który w 2015 roku był oblężony przez wczasowiczów, a teraz wiał pustką za sprawą silnego wiatru i dość niskiej temperatury dotarłem do Sztynortu, gdzie znajdował się PK nr 8 (466 km - 13:02). Cateringiem zajmowała się tam pani Marta prowadząca firmę Domowe jedzenie/obiady u Marty. W ofercie dla nas były naleśniki z twarogiem i to było dobre, bardzo dobre.

Do tego dorzuciłem żelki, sezamki i pojechałem dalej. W Starej Różance sfociłem urokliwy wiatrak ,,holender’’ zachowany w całkiem dobrym stanie.
W tych okolicach planowałem krótką jazdę z Grzegorzem z Kętrzyna, który jak się dowiedział o moich problemach obręczowych zaoferował jej wymianę (włącznie z przekładką kasety). Dzięki wielkie Przyjacielu za ofertę pomocy. Ostatecznie jednak z pomocy nie skorzystałem, do spotkania także nie doszło bo miałem być w Kętrzynie w godzinach porannych, a nie po południu.
Tak więc przemknąłem przez Kętrzyn nawigując własnoręcznie, co okazało się nietrudnym zadaniem bo miasto jest dobrze oznakowane i pokręciłem w kierunku Świętej Lipki. W zamierzchłych czasach jadłem tam dobre pierogi i postanowiłem powtórzyć ten manewr.

Poruszające się jak muchy w smole kelnerki przez 5 minut nie zdołały dotrzeć do mnie i przyjąć zamówienia, więc bez żalu opuściłem Błękitnego Anioła, tym szybciej, że doczytałem w książeczce wyścigu że PK 9 w Reszlu to jest Restauracja Rycerska.
Do Reszla ze Świętej Lipki jest rzut beretem więc o 16:15 (517 km) już jadłem obiad w Reszlu. W ofercie była pomidorowa z makaronem i pierogi i to było idealne menu na ostatnie 100 km trasy, a zwłaszcza pagórki między Reszlem a Bisztynkiem. Zbliżał się też kres słabych asfaltów i trzymania kciuków za rozwaloną obręcz; trzeba było tylko dotrzeć do Lidzbarka Warmińskiego.

W dawnej stolicy Warmii zlokalizowany został ostatni, 10 PK (560 km - 19:25). Wymagał on podjęcia wysiłku wjechania na sam szczyt wzgórza na którym są słynne zimne Termy Warmińskie. Bolesne to było :-) Na tym punkcie nie jechałem już sam, bo od Wozławek, czyli początku DW 513 towarzyszył mi (a raczej ja jemu) Artur z Gdyni. Artura poznałem przy okazji rozpoczęcia poszukiwania osoby z samochodem, która zawiezie mnie do Elbląga. Wolałem bowiem nie ryzykować i zmuszać obręczy do dodatkowego wysiłku powrotu z mety w Świękitach do Elbląga. Znacie prawa Murphy'ego, prawda? Ja też je znam ;-)

I takim to sposobem jechałem ostatnie kilometry w towarzystwie bikera, dla którego udział w maratonie był poprawieniem życiówki i który zgodził się zawieźć mnie i Bocasa do domu. Sympatycznie rozmawiając i turlając się po łaciatym asfalcie dojechaliśmy do Lidzbarka, zaliczyliśmy punkt i już po wyremontowanej DW 513 popedałowaliśmy do Ornety.

Końcowe kilometry przebiegały w warunkach kończącego się dnia i dłużącego się podjazdu do Wapnika. Dłużyło się także Dareckiemu, obserwującemu relację on-line, bo napisał o 22  SMS-a : ,, Kończ Waść :-)''. Tego mi trzeba było i w końcu jednak zamigotały światła mety w Świękitach a po 36 h 32 minutach warmińsko-mazurska epopeja dobiegła końca. Na mecie czekał na nas pokaz fajerwerków, a nie czekał pieczony prosiak, będący znakiem firmowym tej imprezy :-(. 
Pozostało schować namiot Artura, zdemontować przednie koła w rowerach i dotrzeć do Elbląga, co też nastąpiło o godzinie 1 w nocy już w poniedziałek. Wielkie dzięki Artur!

W domu wylądowałem w wannie i dumając nad przyczynami takiej a nie innej jazdy doszedłem do wniosku, że jechałem za szybko, robiąc zbyt krótkie przerwy jak na moje możliwości. Więcej grzechów nie pamiętam, bo chwilę potem zasnąłem. W łóżku.



Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
511.00 km 1.00 km teren
22:53 h 22.33 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:24.0
Podjazdy:2354 m
Rower:BOCAS

BYWA i TAK :-/

Piątek, 13 kwietnia 2018 · | Komentarze 5

Trasa: KATOWICE-Sosnowiec-Dąbrowa Górnicza-Ogrodzieniec-Włoszczowa-Opoczno-Rawa Mazowiecka-Skierniewice-Sochaczew-Raciąż-Żuromin-Lidzbark-DZIAŁDOWO>>>ELBLĄG

MAPA

GALERIA ( z opisem)




Może jednak nie warto robić długich dystansów w piątek 13? Przesądny nie jestem, ale :-))

RELACJA


Po zakończonych warsztatach SUMP pozostało nadać paczkę z ,,cywilnymi’’ ciuchami na całodobowej poczcie w Katowicach i ruszyć w Polskę. W ten prosty sposób odchudziłem się o całe 10,67 kg i mogłem próbować jechać z kolegami na kolarzówkach :-).

Krzysztof wcielił się ponownie w rolę nawigatora po Katowicach i pomniejszych miejscowościach, tak aby nie trzeba było jechać ekspresówkami czy też A4 na przykład. Z centrum Katowic ruszyliśmy o godzinie 15:15, czyli w porze popołudniowego szczytu komunikacyjnego. Łatwo nie było, ale po zjechaniu na boczne drogi samochodowa sraczka nieco się uspokoiła.

Przez Sosnowiec i Dąbrowę Górniczą dotarliśmy do początku DW 790, która miała nas wyprowadzić w kierunku Ogrodzieńca. Przemysłowy krajobraz szybko ustąpił miejsca jurajskim ostańcom i stopniowej wspinaczce na Wzgórze Kromołowiec za Niegowonicami. Wcześniej minęliśmy drogowskazy kierujące na Pustynię Błędowską, ale to nie tym razem.

Dalej jechaliśmy przez Ogrodzieniec, gdzie pożegnał nas Krzysztof i skręcił na Olkusz. Z Robertem niebawem dotarliśmy do Podzamcza, gdzie zatrzymaliśmy się obejrzeć klimatyczne ruiny Zamku Ogrodzieniec i uzupełnić zapasy żywnościowe. Tutaj też dzwoniłem do Elizy, że w Sochaczewie będziemy wcześnie rano.

Dalsze kilometry to stopniowe tracenie wysokości i walka z wiejącym w twarz albo spychającym wiatrem. Ciepłym, ale niesprzyjającym.

Przez Pilicę i bocznymi drogami dotarliśmy do Szczekocin, gdzie Robert chciał obejrzeć miejsce katastrofy kolejowej z 2012 roku. Wymagało to lekkiego odbicia z trasy i po krótkiej jeździe DK 78 zjechaliśmy do wsi Chałupki, gdzie to tragiczne zdarzenie miało miejsce. W warunkach zapadającego zmierzchu zdążyliśmy jeszcze wykonać zdjęcia pomnika we wsi i krzyża tuż przy samym nasypie kolejowym.

Po powrocie na trasę skierowaliśmy się na Włoszczową i dalej na Łopuszno (23:45-152 km), gdzie zatrzymaliśmy się na Orlenie. To znaczy ja się zatrzymałem, a Robert wkurzony że stacja obsługuje tylko przez okienko odjechał do znajdującej się na przedmieściach stacji BP. Ja tam kupiłem hot doga i zasiadłem na rynku miasteczka.

Po jego zjedzeniu powoli ruszyłem, a Robert dogonił mnie w Radoszycach , gdzie Orlen okazał się otwarty normalnie i tutaj zaatakowałem pojawiającą się senność kawą.

Skrótem przez Zychy dotarliśmy do Jacentowa na DK 74 i krajówką ruszyliśmy na północ. Wiatr na tym odcinku sprzyjał wybitnie, do tego droga była ruchliwa i kilometry szybko się łykało. Piętnaście kilometrów szybko minęło i już skręcaliśmy na Opoczno (2:45-213 km).

Tutaj zajechaliśmy na Orlen, gdzie zjadłem zapiekankę i wypiłem kawę oraz uzupełniłem zapasy w bidonie. I skierowaliśmy się na Rawę Mazowiecką. Przed nią pamiętam jakąś masakrycznie długą prostą, tak, że jak nas wyprzedził samochód, to jego światła było widać dobre parę minut. Dobrze, że było jeszcze ciemno :-).

Postoju w Rawie nie urządzaliśmy, chociaż sen morzył mnie już solidnie. Dziwne, jak na pierwszą noc w siodle, ale tłumaczę to ogólnym niewyspaniem i lekko niezdrowym trybem życia w dniach poprzedzających maraton ;-). Zatrzymaliśmy się na śniadanie kilka kilometrów dalej, w Niwnej (5:50), gdzie w sklepie były już ciepłe drożdżówki i to było dobre.

Wkrótce nastąpił wschód słońca i do Skierniewic wjeżdżaliśmy już w pełnej lampie. Miasto z licznymi znakami B-9 średnio przypadło m ido gustu, kilometry betonowych ścieżek przed, w i za Skierniewicami kojarzą mi się z elbląskim królestwem polbrukowym.
W Skierniewicach (7:00-286 km) powiadomiłem Elizę, że jesteśmy nieco opóźnieni i w Sochaczewie będziemy najszybciej za 1,5 godziny. Szansa na spotkanie się liderów Bikestats wzrastała ;-).

Do Sochaczewa wjechaliśmy razem z falą porannego szczytu komunikacyjnego i miasto sprawiało wrażenie zatłoczonego. Motając się nieco na jego ulicach w końcu znaleźliśmy wjazdówkę w kierunku na Brochów i na Orlen , na wprost którego znajdowała się kolejna w kolekcji ulica Księżycowa - tak pracowicie zaliczane przez Roberta.

Po zrobieniu pamiątkowej fotki zasiedliśmy na Orlenie (330 km – 9:15) i czekając na Elizę dowiedzieliśmy się, że jest już na trasie i dociera do Leszna. Czekało ją jeszcze sporo kilometrów do Sochaczewa i zaproponowała, abyśmy ruszyli do Żelazowej Woli. Roberto jednak nieco się spieszył, bo musiał być przed północą w Elblągu. Rad nierad ruszyłem z kolegą.

I tak to nie doszło do spotkania, chociaż dzieliło nas zupełnie niewiele kilometrów. Okolice chopinowskie okazały się pechowe jeszcze z jednego względu, bowiem za Brochowem na nierównym przejeździe kolei wąskotorowej zgubiłem wiatrówkę Bontragera, która wysunęła się spod gum bagażnika i spadła na pobocze.

Zorientowałem się w sytuacji dość szybko, ale powrotna jazda poszukiwawcza prawie do Sochaczewa nie przyniosła rezultatu. Za duży ruch pieszo-rowerowy był na poboczu … Od tego momentu jechałem już samodzielnie, bo nie miałem sumienia spowalniać Roberta.

Pogoda na razie była tak dobra, że kurtka zupełnie nie była mi potrzebna, ale prognozy na wieczór mówiły coś o burzach, opadach i spadku temperatury po zachodzie słońca. A ja miałem cieniutką bluzę, koszulkę i potówkę :-).

Przez Brochów skierowałem się drogą znaną z zeszłorocznej jazdy, tyle że teraz w nieco normalniejszej porze roku w kierunku przeprawy na Wiśle i Bzurze pod Wyszogrodem. Na wysokim brzegu Wisły obejrzałem pomnik Bitwy pod Bzurą i kilka innych obelisków różnotematycznych. Potem wskoczyłem na DK 62, znacznie spokojniejszą niż sławna obwodnica dla TIR-ów DK 50 i bocznymi drogami skierowałem się na Raciąż.

W tym miasteczku (405 km – 15:30) zjadłem obiad (kebab), solidnie odpocząłem, uchwyciłem na fotkach ducha mazowieckiej krainy i ruszyłem dalej. Przyjemny odcinek z wiatrem do Zawidza szybko minął i kierując się na północ znowu zaczęła się wojna ze spychającym do osi jezdni wiatrem. Taka szarpanina trwała do Żuromina (450 km – 18:00), gdzie DW 541 nieco skręciła na zachód i wiatr wiał bardziej w plecy.

Poza wiatrem w plecy zobaczyłem też za plecami groźnie ciemniejące niebo i nie był to jeszcze zachód słońca. Próbowałem przyspieszyć tempo jazdy, ale okazało się to niewykonalne bo zmęczenie było już spore. W Lidzbarku (478 km - 19:20) znowu niepotrzebnie wjechałem na nową obwodnicę tego miasta, która ma fajny asfalt, tylko że wydłuża rowerzystom drogę na północ albo na południe o dobre parę kilometrów.

Siedząc sobie na Orlenie (wyjazd na Działdowo) patrzyłem na błyskające niebo i stwierdziłem, że ewakuuję się do Działdowa na PKP. Nie było sensu kopać się z pogodą, zmęczeniem i drugą nocką w siodle, bo w imię czego i to jeszcze bez właściwej odzieży?

Niezawodne PKP opóźniło pociąg TLK Małopolska z Przemyśla do Gdyni o całe 30 minut, ale pociąg w Malborku do Elbląga łaskawie czekał i nie musiałem o północy dokręcać 30 km do domu :-).

A wszystko to działo się 13 kwietnia w piątek ….





Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
4.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:41.00 km/h
Temperatura:3.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Poniedziałek, 4 grudnia 2017 · | Komentarze 2

Zima postraszyła o poranku lekkim śniegiem na uliacach i chodnikach, ale po południu szybko ustąpiła miejsca jesieni. Niemniej,  widzieć miny ludzi o poranku patrzących na rowerzystę - bezcenne :-)

A jak obejrzycie - a potem wdrożycie -  poniższy film o ultramaratonach z komentarzem Roberta Janika, bezcenne zrobi się jeszcze kilka innych rzeczy. Wszystko ...



Ps. ,,Okładka'' tego filmu jest najładniejsza ;-)




Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
523.00 km 0.00 km teren
24:03 h 21.75 km/h:
Maks. pr.:44.00 km/h
Temperatura:-2.0
Podjazdy:1180 m
Rower:BOCAS

KSIĘŻYCOWE MROZY WIELKIE

Sobota, 18 listopada 2017 · | Komentarze 3

Trasa: ELBLĄG-Morąg-Olsztyn-Szczytno-Pisz-Ełk-Mrozy Wielkie-Ełk-Wydminy-Giżycko-Kętrzyn-Bisztynek-Lidzbark Warmiński-Orneta-Młynary-ELBLĄG

MAPA

GALERIA (z opisem)





Uliczny projekt Roberta powoli dobiega końca, bowiem została już odwiedzona większość ulic Księżycowych w Polsce. Po jeździe na ulicę Księżycową w Mrągowie postanowiłem wybrać się jeszcze bardziej na wschód, do podełckiej wsi Mrozy Wielkie, która też posiada ulicę Księżycową.

Co by było weselej na trasie, wysłałem informację do podobnych nam pasjonatów wycieczek długodystansowych i tak to na Placu Dworcowym w piątkowy wieczór zebrała się pokaźna grupa bikerów. MariuszKrzysiek, Sławek, Robert zamierzali pokonać całość trasy, Darek na razie został w roli obserwatora startu grupy.

Pogoda była idealna: wiał wiatr z kierunków zachodnich, były +2 stopnie i bezchmurne niebo nad nami usiane milionami gwiazd. Tylko pełni Księżyca brakowało do pełni zadowolenia.

Ekipa powoli rozkręcała się i wchodziła na obroty, jednak pomimo korzystnego wiatru nie były one zbyt duże. Jadąc z wiatrem lekko tylko przekraczaliśmy prędkość 20 km/h, co potem miało okazać się brzemienne w skutki.

Ale tymczasem dotarliśmy do Morąga, gdzie termometr pokazał -2 stopnie i na jednym z rond asfalt podejrzanie się świecił. Lodu nie było, ale należało wzmóc czujność, pomimo suchego asfaltu. Bardziej zaniepokoił nas duży spadek temperatury na odcinku 50 km, bowiem takiej temperatury spodziewałem się znacznie bliżej Ełku.

Pierwszy postój zrobiliśmy na Orlenie w Olsztynie, gdzie był czas na kawę i małe co nieco. Jazda przez uśpione ulice rozkopanej stolicy województwa nie sprawiła żadnych trudności i niebawem mijaliśmy maszt radiowo-telewizyjny kierując się na Szczytno.
Na drodze krajowej za Olsztynem minęła nas solarka posypująca suchą jeszcze nawierzchnię mieszanką, co mogło wskazywać, że drogowcy spodziewają się gołoledzi. To nie był dla nas dobry sygnał, ale na szczęście zjawisko to nie wystąpiło. Tylko na jednym z podjazdów Mariusz lekko zabuksował tylnym kołem, ale bez konsekwencji.

W Szczytnie zatrzymaliśmy się ponownie na Orlenie na ładowanie kalorii i ruszyliśmy dalej na wschód, przez piękne mazurskie lasy z Puszczą Piską na czele. Dobrej jakości , chociaż wąski asfalt mazurskich dróg krajowych za dnia i w warunkach dużego natężenia ruchu nie zdałby się na wiele, ale nocą jechało się wyśmienicie. Także zwierzęta zbyt często nie absorbowały naszej uwagi i tym razem nie wychodziły przed rowery.

Letniskowe miasto Ruciane-Nida zastaliśmy całkowicie uśpione i zamknięte na głucho – cóż, w listopadzie to już jest dawno po sezonie na Mazurach.
Kręcąc dalej w kierunku wschodzącego słońca dotarliśmy przed 5 rano do Pisza. Do wschodu były jeszcze dobre dwie godziny, tak więc zajrzeliśmy do kolejnego Orlena na trasie na pierwsze śniadanie.

Za Piszem jechałem drogami po raz pierwszy, ale że było jeszcze ciemno to trzeba to będzie kiedyś powtórzyć w normalniejszych warunkach :-). W Białej Piskiej skręciliśmy na północny-wschód i DW 667 rozpoczęliśmy ostatnie 30 km do Ełku. W międzyczasie SMS-a napisał Paweł z Ełku, który ruszył na trasę potowarzyszyć nam rowerowo w swoich okolicach. Ruszył w kierunku Giżycka, gdyż pierwsza wersja trasy zakładała jazdę przez Kętrzyn, Giżycko, a powrót przez Szczytno i Olsztyn. Zmieniona koncepcja zbyt późno dotarła do niego i dopiero mój telefon sprawił, że ruszył z Ełku na południe.

Spotkaliśmy się na granicy powiatu ełckiego i poganiani silnym wiatrem oraz upływającym czasem (Paweł miał niestety sobotę pracującą) dotarliśmy do tablicy Ełk, gdzie nadszedł czas na pamiątkową fotkę.
Do Mrozów Wielkich mieliśmy już tylko kilka km, żeby tam dotrzeć należało wjechać nieco do Ełku. Nawigacyjne wskazówki Pawła doprowadziły nas precyzyjnie do celu, a jak zobaczyłem drewniane ogrodzenie jednej z posesji, to poznałem miejsce widziane w GSV. Byliśmy u celu – na ulicy Księżycowej w Mrozach Wielkich. Dojazd 265 km na nią zajął nam z Elbląga 14 godzin.

Po zrobienie okolicznościowej fotki wróciliśmy do Ełku, dostarczyłem przesyłkę od kolegi z Elbląga (najdalsza kurierka w moim życiu :-) i rozejrzeliśmy się za miejscem z ofertą śniadaniową. Jak ustaliliśmy Ełk McDonalds’a nie ma, Orlen akurat jest remontowany, znaleźliśmy więc cukiernio-restaurację z kanapkami, hot-dogami, jajecznicą i innymi bardziej typowymi słodkimi przysmakami o nazwie ,,Karmelek-Tu się je’’. My też tutaj zjedliśmy, nasze rowery się ogrzały, bo nie robiono nam problemów z ich wstawieniem do środka, a Robert to wymienił przebitą dętkę.

Porażką okazała się za to chęć dobicia ciśnienia w niej do 8 atmosfer, bo mijany sklep rowerowy nie miał pompki stacjonarnej. I tak to zaczęła się droga powrotna do Elbląga. Droga, podczas której tylko momentami nie wiało nam w twarz, za to aż do Lidzbarka Warmińskiego drogi były suche i czarne. Mieliśmy także piękne słońce i tylko szkoda, że zaparowany obiektyw mojego Nikona nie pozwolił na uwiecznienie Mazur, pięknych także w listopadzie.

Uwidoczniły się różnice w wyposażeniu rowerów, a zwłaszcza w rodzaju ogumienia. Na początku jechał Robert na gładkich slickach szosowych, potem ja na cienkich Marathonach, natomiast chłopaki na ramach MTB i grubszych oponach jechali z tyłu.
Przed Giżyckiem zebraliśmy się w całość, aby sprawnie pokonać miasto bez robienia zbędnych kilometrów. Za miastem dałem sygnał Grzegorzowi z Kętrzyna, od którego mieliśmy zaproszenie na rowerowy obiad, że niebawem będziemy. Stary druh znany od początków mojego rowerowania jeszcze w latach 90 ubiegłego wieku przygotował makaron i ryż z własnoręcznie zrobionym sosem mięsno-pomidorowym. Zna się facet na rzeczy, bo jak dotarliśmy na miejsce wszystko zostało ze smakiem pochłonięte przez elbląskich głodomorów:-). Dzięki raz jeszcze. 

Po obiedzie w tak cieplarnianych warunkach wszystkich pewnie ogarnęła senność, ja nawet rzuciłem tekst o PKP z Kętrzyna, ale Robert kazał towarzystwu się podnosić i ruszać dalej. No mercy!
Grzegorz odprowadził nas do Reszla dalej na Bisztynek pojechaliśmy już dalej. Po drodze zapadła już ciemność, bo w listopadzie dzień to raczej długi nie jest. W Bisztynku zebraliśmy się w całość, żeby po chwili znowu jechać każdy w swoim tempie i umawiając się na postój na lidzbarskim Orlenie. Czy Orlen nie powinien być sponsorem tej jazdy?;-)

Kręcąc z mozołem kilometry po słabej nawierzchni DW 513 dotarliśmy do Lidzbarka i zasiedliśmy razem z lokalną młodzieżą w Stop Cafe. Młodzież zaraz się zwinęła, my posiedzieliśmy nieco dłużej :-).

Po kolacji ruszyliśmy w ostatni etap jazdy do Elbląga. Do domu zostawało 90 długich km. Jeszcze w Lidzbarku Mariusz, Krzysiek i Sławek pomylili drogę na jednym z rond i zostali z tyłu. Taki podział zachował się już do Elbląga, dodatkowo od Młynar już nie miałem kontaktu z Robertem.

Załamanie pogody nastąpiło 10 km za Lidzbarkiem, kiedy to zaczął padać deszcz, miejscami przechodzący w deszcz ze śniegiem. Siła wiatru nieco zmalała, ale i tak wiało tak, że miejscami deszcz padał poziomo. Byłem dobrze przygotowany do niskich temperatur (dwie pary rękawiczek, ogrzewacze chemiczne), ale po kilku godzinach takiego miksu temperatura odczuwalna poniżej zera zrobiła swoje i rękawiczki ,,umarły’’. Razem z nimi padły moje palce i doprawdy nie wiem, jak zdołałem otworzyć kluczem drzwi do piwnicy. Egzamin w pełni zdały za to dwie pary wełnianych skarpet, które nawet jak są mokre to trzymają temperaturę. Buty z goretexem też nie szkodzą w taką pogodę.

Do Elbląga dotarłem parę minut przed 1 w nocy, trzy godziny spóźniony w stosunku do planowanego czasu powrotu. Na zjeździe z Dębicy po raz pierwszy w życiu miałem ochotę iść, bo wiatr chłodził niesamowicie. Jakoś jednak zjechałem i po dotarciu do domu wskoczyłem do wanny. Tego mi trzeba było …

Dzięki Panowie za wspólną wycieczkę. Co nas nie zabije, to wzmocni. Dedykacja muzyczna poniżej :-)).




Kategoria SUPERMARATONY