INFO
Więcej o mnie.
MOJA STRONA INTERNETOWA
marecki.home.plKATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH
DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.MOJE GALERIE
FOTOSIK (do 30.04.2023)
2025
2024
2023
2022
2021
2020
2019
2018
2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
MOJE POJAZDY
ARCHIWUM BLOGA
- 2026, Październik2 - 0
- 2026, Wrzesień28 - 15
- 2026, Sierpień27 - 8
- 2026, Lipiec20 - 6
- 2026, Czerwiec27 - 13
- 2026, Maj28 - 12
- 2026, Kwiecień26 - 22
- 2026, Marzec25 - 10
- 2026, Luty27 - 17
- 2026, Styczeń28 - 39
- 2025, Grudzień27 - 6
- 2025, Listopad27 - 35
- 2025, Październik29 - 19
- 2025, Wrzesień25 - 6
- 2025, Sierpień30 - 17
- 2025, Lipiec25 - 25
- 2025, Czerwiec22 - 20
- 2025, Maj29 - 6
- 2025, Kwiecień30 - 14
- 2025, Marzec28 - 24
- 2025, Luty25 - 17
- 2025, Styczeń27 - 35
- 2024, Grudzień26 - 28
- 2024, Listopad27 - 34
- 2024, Październik27 - 16
- 2024, Wrzesień27 - 28
- 2024, Sierpień26 - 13
- 2024, Lipiec22 - 19
- 2024, Czerwiec27 - 16
- 2024, Maj29 - 22
- 2024, Kwiecień28 - 21
- 2024, Marzec28 - 21
- 2024, Luty24 - 10
- 2024, Styczeń29 - 19
- 2023, Grudzień28 - 16
- 2023, Listopad29 - 25
- 2023, Październik26 - 22
- 2023, Wrzesień28 - 36
- 2023, Sierpień27 - 8
- 2023, Lipiec26 - 38
- 2023, Czerwiec29 - 28
- 2023, Maj32 - 22
- 2023, Kwiecień26 - 36
- 2023, Marzec30 - 19
- 2023, Luty20 - 21
- 2023, Styczeń29 - 29
- 2022, Grudzień26 - 27
- 2022, Listopad26 - 16
- 2022, Październik27 - 25
- 2022, Wrzesień27 - 34
- 2022, Sierpień26 - 21
- 2022, Lipiec29 - 37
- 2022, Czerwiec26 - 29
- 2022, Maj24 - 20
- 2022, Kwiecień27 - 19
- 2022, Marzec28 - 17
- 2022, Luty25 - 18
- 2022, Styczeń31 - 36
- 2021, Grudzień24 - 23
- 2021, Listopad25 - 19
- 2021, Październik28 - 13
- 2021, Wrzesień28 - 22
- 2021, Sierpień25 - 26
- 2021, Lipiec27 - 27
- 2021, Czerwiec29 - 25
- 2021, Maj29 - 30
- 2021, Kwiecień28 - 29
- 2021, Marzec28 - 25
- 2021, Luty25 - 55
- 2021, Styczeń26 - 29
- 2020, Grudzień24 - 23
- 2020, Listopad13 - 4
- 2020, Październik27 - 33
- 2020, Wrzesień26 - 51
- 2020, Sierpień27 - 32
- 2020, Lipiec15 - 34
- 2020, Czerwiec29 - 107
- 2020, Maj29 - 55
- 2020, Kwiecień26 - 89
- 2020, Marzec10 - 23
- 2020, Styczeń1 - 6
- 2019, Grudzień23 - 43
- 2019, Listopad22 - 37
- 2019, Październik21 - 47
- 2019, Wrzesień22 - 16
- 2019, Sierpień23 - 35
- 2019, Lipiec23 - 31
- 2019, Czerwiec27 - 80
- 2019, Maj26 - 35
- 2019, Kwiecień28 - 35
- 2019, Marzec27 - 43
- 2019, Luty24 - 32
- 2019, Styczeń25 - 53
- 2018, Grudzień22 - 33
- 2018, Listopad24 - 51
- 2018, Październik26 - 75
- 2018, Wrzesień24 - 79
- 2018, Sierpień14 - 13
- 2018, Lipiec27 - 60
- 2018, Czerwiec29 - 54
- 2018, Maj30 - 47
- 2018, Kwiecień23 - 37
- 2018, Marzec26 - 43
- 2018, Luty24 - 86
- 2018, Styczeń27 - 65
- 2017, Grudzień20 - 43
- 2017, Listopad26 - 32
- 2017, Październik26 - 18
- 2017, Wrzesień29 - 36
- 2017, Sierpień22 - 36
- 2017, Lipiec27 - 35
- 2017, Czerwiec28 - 39
- 2017, Maj28 - 26
- 2017, Kwiecień24 - 25
- 2017, Marzec29 - 22
- 2017, Luty24 - 24
- 2017, Styczeń28 - 41
- 2016, Grudzień25 - 33
- 2016, Listopad12 - 13
- 2016, Październik7 - 5
- 2016, Wrzesień30 - 39
- 2016, Sierpień27 - 51
- 2016, Lipiec21 - 14
- 2016, Czerwiec29 - 26
- 2016, Maj26 - 140
- 2016, Kwiecień29 - 15
- 2016, Marzec26 - 56
- 2016, Luty22 - 27
- 2016, Styczeń24 - 44
- 2015, Grudzień29 - 25
- 2015, Listopad25 - 37
- 2015, Październik28 - 19
- 2015, Wrzesień25 - 24
- 2015, Sierpień25 - 20
- 2015, Lipiec18 - 16
- 2015, Czerwiec28 - 35
- 2015, Maj26 - 22
- 2015, Kwiecień25 - 9
- 2015, Marzec27 - 30
- 2015, Luty27 - 17
- 2015, Styczeń30 - 58
- 2014, Grudzień26 - 32
- 2014, Listopad26 - 35
- 2014, Październik30 - 61
- 2014, Wrzesień32 - 30
- 2014, Sierpień25 - 58
- 2014, Lipiec20 - 25
- 2014, Czerwiec28 - 68
- 2014, Maj31 - 51
- 2014, Kwiecień27 - 35
- 2014, Marzec27 - 46
- 2014, Luty27 - 52
- 2014, Styczeń26 - 46
- 2013, Grudzień27 - 42
- 2013, Listopad24 - 13
- 2013, Październik25 - 33
- 2013, Wrzesień24 - 28
- 2013, Sierpień11 - 36
- 2013, Lipiec25 - 20
- 2013, Czerwiec28 - 45
- 2013, Maj27 - 28
- 2013, Kwiecień25 - 38
- 2013, Marzec27 - 44
- 2013, Luty26 - 24
- 2013, Styczeń25 - 19
- 2012, Grudzień25 - 28
- 2012, Listopad27 - 42
- 2012, Październik27 - 38
- 2012, Wrzesień29 - 22
- 2012, Sierpień13 - 136
- 2012, Lipiec27 - 23
- 2012, Czerwiec26 - 50
- 2012, Maj27 - 57
- 2012, Kwiecień27 - 43
- 2012, Marzec27 - 42
- 2012, Luty27 - 42
- 2012, Styczeń23 - 43
- 2011, Grudzień23 - 51
- 2011, Listopad25 - 45
- 2011, Październik27 - 40
- 2011, Wrzesień26 - 16
- 2011, Sierpień25 - 15
- 2011, Lipiec8 - 36
- 2011, Czerwiec25 - 54
- 2011, Maj26 - 64
- 2011, Kwiecień23 - 34
- 2011, Marzec27 - 68
- 2011, Luty22 - 50
- 2011, Styczeń28 - 52
- 2010, Grudzień31 - 103
- 2010, Listopad31 - 84
- 2010, Październik31 - 47
- 2010, Wrzesień29 - 40
- 2010, Sierpień30 - 61
- 2010, Lipiec31 - 64
- 2010, Czerwiec31 - 58
- 2010, Maj31 - 72
- 2010, Kwiecień32 - 72
- 2010, Marzec32 - 75
- 2010, Luty28 - 53
- 2010, Styczeń31 - 133
- 2009, Grudzień31 - 88
- 2009, Listopad30 - 42
- 2009, Październik32 - 55
- 2009, Wrzesień30 - 57
- 2009, Sierpień31 - 62
- 2009, Lipiec31 - 34
- 2009, Czerwiec31 - 18
- 2009, Maj32 - 18
- 2009, Kwiecień31 - 11
- 2009, Marzec31 - 16
- 2009, Luty28 - 7
- 2009, Styczeń31 - 10
- 2008, Grudzień31 - 21
- 2008, Listopad30 - 26
- 2008, Październik31 - 7
- 2008, Wrzesień30 - 12
- 2008, Sierpień31 - 17
- 2008, Lipiec31 - 20
- 2008, Czerwiec30 - 27
- 2008, Maj31 - 5
- 2008, Kwiecień30 - 12
- 2008, Marzec31 - 29
- 2008, Luty29 - 6
- 2008, Styczeń31 - 8
Wpisy archiwalne w kategorii
SUPERMARATONY
| Dystans całkowity: | 37028.00 km (w terenie 918.00 km; 2.48%) |
| Czas w ruchu: | 1681:28 |
| Średnia prędkość: | 21.13 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 75.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 193435 m |
| Maks. tętno maksymalne: | 188 (100 %) |
| Maks. tętno średnie: | 174 (92 %) |
| Suma kalorii: | 761880 kcal |
| Liczba aktywności: | 97 |
| Średnio na aktywność: | 381.73 km i 20h 45m |
| Więcej statystyk | |
Dane wyjazdu:
5.00 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:31.00 km/h
Temperatura:20.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS
To tu, to tam po Elblągu
Poniedziałek, 7 września 2026 · | Komentarze 0
Kiedyś trofeum było w pakiecie, teraz trzeba sobie je kupić😁 Czasy się zmieniają 😉
Kategoria SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
228.00 km
0.00 km teren
11:52 h
19.21 km/h:
Maks. pr.:59.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:2255 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
BBT - ETAP III
Poniedziałek, 24 sierpnia 2026 · | Komentarze 4
Trasa: SANDOMIERZ-Łańcut-Bircza-Krościenko-Ustrzyki Dolne-Lutowiska-USTRZYKI GÓRNEMAPA (całość maratonu)
GALERIA (z opisem)
KLASYFIKACJA, WYNIKI
Dalej >>>

I to było dobre. W poniedziałek o 0:30 opuściłem Sandomierz mając prawie 18 godzin na zrobienie lekko ponad 200 km na metę.
Ktoś jeszcze wieczorem zapowiadał, ze nocka będzie zimna więc jeszcze przed Sandomierzem – w Opatowie na Orlenie – kupiłem nieco ocieplane, długie rękawiczki ,,wampirki”. Swoje zostawiłem w domu, co w sumie dość dziwne.
Nocka faktycznie była rześka, ale bez przesady. Czucia w palcach nie straciłem, także nie było aż tak zimno.
O poranku zameldowałem się w Łańcucie, gdzie bufet był słaby ale stały tam automaty z kawą za – uwaga! – 4 zł za kubek. To tanio, także wypiłem dwie kawy i ruszyłem dalej, już na większe hopki w skali BBT.
Słońce wyszło, wiało dobrze, było miło. Sylwia z Krzyśkiem byli z 50 km przede mną więc wydawało mi się, że między Ustrzykami Dolnymi a Górnymi mogę ich dogonić.
Tymczasem była jazda pod górę na Hucisko Nienadowskie, potem zjazd w kierunku Nienadowej aż wreszcie Bircza. Tutaj dostałem jakieś amnezji, że jest tam punkt kontrolny i dziwiąc się tłumowi kolarzy przy Urzędzie Gminy jadłem lody w lodziarni nieco niżej 😂 Na punkt nie zajrzałem, więc nie wiem co straciłem.
Za Birczą pojawiła się na chwilę krótka ścianka, tak na oko z 15-17 procent, gdzie spotkałem kilka osób pchających rowery. Ja byłem zmuszony zejść z roweru, jak mijałem TIR-a ładującego pnie drzew i zajmującego dokładnie całą szerokość asfaltu. Vide galeria.
Zjazd za Birczą w kierunku Grąziowej dość długo nie mógł nabrać płynności, bo były tak z 3 przełamania i krótkie przerywniki w górę. No, ale w końcu poszło ostro z góry.
Potem było dalej z górki do Krościenka skąd 10 km było od ostatniego punktu kontrolnego w Ustrzykach Dolnych. Nie było on obowiązkowy, więc go ominąłem. Zatrzymałem się wykonać telefony do Sylwii i do Krzyśka, ale oboje nie odbierali więc ruszyłem.
Dwa większe podjazdy na ostatnich 45 km trasy z Ustrzyk Dolnych do Ustrzyk Górnych były przed Lutowiskami więc postanowiłem, że jak ich nie dojdę do Lutowisk to robię popas na tamtejszym punkcie widokowymi i jem zapiekankę od fajnego kolesia, którego poznałem w zeszłym roku podczas trasy MRDP.
No i skończyło się zapiekanką, bo i Sylwii, i Krzysia nie było widać, w przeciwieństwie to licznego grona innych zawodników. Zarówno podjazd Rabe-Żłobek jak i Czarna Górna-Lutowiska weszły mi płynnie i mogłem z zapiekanką i puszką coli napawać się cudnymi widokami wysokich Bieszczad.
Z Lutowisk zostało zjechać w dół i mijając ,,kultowy” drogowskaz Ustrzyki Górne 14 pokręcić te ostatnie km wzdłuż suchego Sanu i nieco bardziej wilgotnego Wołosatego.
Zrobiłem jeszcze fotkę na tablicy Ustrzyki Górne, co stanowiło bezpośrednie nawiązanie do tego zdjęcia z roku 2010. Ech, wtedy radość było obłędna – teraz tylko była👌
Na mecie otrzymałem od Weroniki Janik medal oraz książkę z Jej Wydawnictwa WKOŁO pt. ,,Jeszcze jeden croissant na drogę”.
Rogalik może się przydać w przyszłym roku 😉
Sylwia była już na mecie, jej czas to 67 godzin i 55 minut. No, nie dała się dogonić, ale dzięki temu mam zdjęcia z finiszu i z medalem😍
Krzysiek przybył po 69 godzinach 35 minutach, więc dokładnie 5 minut za mną. Ale ja go nigdzie nie wyprzedziłem 😂🤦
Reszta znajomych osiągnęła również czasy w limicie, także Elbląg dał radę:
Jarosław Mincewicz – 62h 53 min
Piotr Odziemczyk – 63h 13 minut
Nadszedł czas na zasłużony wypoczynek a potem obejrzenie dekoracji, udział w biesiadzie i nocne rozmowy Polaków po maratonie.
A jutro miała się rozpocząć standardowa część urlopu. Pieszo-rowerowa.
Kategoria SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
405.00 km
0.00 km teren
17:46 h
22.80 km/h:
Maks. pr.:53.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1352 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
BBT - ETAP II
Niedziela, 23 sierpnia 2026 · | Komentarze 0
Trasa: DĄBROWA BISKUPIA-Gostynin-Łowicz-Opoczno-Starachowice-SANDOMIERZMAPA (całość maratonu)
GALERIA (z opisem)
Dalej >>>
Fot. Robert Bieńkowski.

Zwrócił moją uwagę punkt w Gostyninie zlokalizowany w ładnym zamku, który widziałem po raz pierwszy. Vide galeria.
Nocka już się kończyła i zaczynał się dzień ze słońcem i generalnie sprzyjającym wiatrem – albo przynajmniej nie przeszkadzającym.
W Łowiczu czekała ekipa z firmy robiąc dużą niespodziankę. Byli też znajomi z RAP w postaci Remka Siudzińskiego i Andrzeja Sety. Była ochota pogadać, ale trzeba była jechać. Te wszystkie straty czasowe z oponą oceniam teraz na około 6 godzin. Dobrze, że limit był duży😉
Za Łowiczem jeszcze trochę było płaskiego, ale w końcu od Opoczna, Końskich teraz zaczął nieco falować i skończyła się płasko-Polska.
Od Końskich trasa BBT prowadziła w stylu znanym mi z lat 2010 i 2014, czyli drogą krajową. Tutaj krajówką nr 42. Kiedyś to one rządziły, teraz zostały zastąpione drogami wojewódzkimi i niższych kategorii.
Dużego ruchu na niej nie było, także brak pobocza nie przeszkadzał i blachosmrody nie dokazywały.
W Starachowicach punkt kontrolny był ulokowany na kąpielisku, gdzie był tłum niedzielnych gości. Dobrze, że na wjeździe na obiekt stał ktoś z wolontariuszy, bo byłoby trudno się odnaleźć i namierzyć w którym budynku jest przygotowana miska dla ultrasów i ultrasek.
Za Starachowicami dogonił mnie Marek z Braniewa i fajnie było z kolegą pogadać. Zbliżał się duży punkt kontrolny w Sandomierzu, gdzie przed 3 nocką w trasie postanowiłem się chwilę zdrzemnąć.
Z obliczeń wynikało, że o ile nie będą mi eksplodować opony, dętki, łamać korby i ramy, pękać szprychy i inne cuda to z palcem w d…ie dojadę sobie na metę w Ustrzykach Górnych.
Birczy i całej bieszczadzkiej ,, górskiej” końcówki nie obawiałem się zupełnie.
W Sandomierzu Komandor BBT Robert Janik porwał mi trakera do ładowania, a ja poszedłem ładować swoje baterie na 1,5 godziny, czyli jedną fazę REM.
Kategoria SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
387.00 km
0.00 km teren
19:32 h
19.81 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:22.0
Podjazdy:1661 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
BBT - ETAP I
Piątek, 21 sierpnia 2026 · | Komentarze 0
Trasa: WOLIN-Płoty-Drawsko Pomorskie-Piła-Nakło nad Notecią-DĄBROWA BISKUPIAMAPA (całość maratonu)
GALERIA (z opisem)
Dalej >>>

Wieczorny start pozwolił na spokojne przygotowania, obejrzenie ciekawych miejsc, solidne najedzenie się i wypoczynek. Pozwolił także ogarnąć głową nadchodzący deszcz spod znaku ,,niżu genueńskiego", co wskazywało - razem z alertami RCB - że to nie będzie kapuśniaczek, mżawka, deszczyk 😁
Zapowiadane opady miały potrwać tylko z 10 godzin, także nie uznałem za stosowne potraktować silikonem bloków butów SPD, co tak fajnie sprawdziło się na zeszłorocznym MRDP.
Założenie przedstartowe było takie, że Sylwia startująca o 18:00 ruszy spokojnie, tak abym ja – jadący o 18:20 – w miarę szybo ją dogonił.
No ale ostatecznie ruszyła tak spokojnie, że zobaczyliśmy się w Płotach na PK 1 po 60 km. Ja jechałem ze swoją grupą około 30 km/h, ale ona chyba podobnie.
Potem doszedł do nas jeszcze w Łobzie Krzysiek i tak to w trójkę zmierzaliśmy w kierunku mety. W Drawsku Pomorskim zaczęły się zapowiadane opady deszczu i to był moment, kiedy się na to przygotowaliśmy.
A potem w większych i mniejszych kroplach pokonywaliśmy dalsze kilometry. Nocka była w miarę ciepła, jadąc bez rękawiczek nie było mi zimno. Jadąc spokojnie byliśmy wyprzedzani przez liczne grupy zawodników, z których rzucali się w oczy ci, co jechali z odkrytymi nogami. Miało to sens, bo skóra to najlepszy gote-tex i dość szybko wysycha 😉
W pewnym momencie było słychać krzyki z pobocza w temacie ,,Czy ktoś ma zapasową oponę”. Niedługo te słowa miały być dla mnie bardzo niedobrym znakiem nadchodzących problemów.
W końcu zaczęło świtać, zaliczyliśmy jeszcze razem punkt kontrolny w niejakich Kaczorach za Piłą i chwilę potem usłyszałem głośny huk z tylnej opony. To była wieś Grabionna, a dętka eksplodowała na zakręcie, dobrym i gładkim asfalcie.
To skłania mnie do twierdzenia, że opona pękła wcześniej – chociaż w żadną zalaną dziurę nie wpadłem – a na łuku po prostu wystająca z dziury dętka dotknęła asfaltu i wybuchła.
Prędkość miałem małą, więc na nogach ustałem. Oznajmiłem Sylwii co się dzieje (Krzyś chwilowo był nieco z tyłu) i poprosiłem, żeby sprawdziła czy tej wsi jest zadaszony przystanek.
Deszcz nadal kropił, a robienie takiej przekładki opon bez dachu nad głową byłoby teraz mocno upierdliwe. Wszystko było mokre, brudne, a ręce lekko schłodzone.
Przystanek się znalazł, Krzysiek także za chwilę się znalazł i mogłem brać się do roboty. Im kazałem jechać, bo bez sensu było żeby stali i patrzyli przez dobrą godzinę, a i więcej.
Wstępnie umówiliśmy się na spotkanie gdzieś na punkcie kontrolnym, ale szczegóły miały być ustalone po ogarnięciu tematu opony.
Rozcięcie opony było dużo większe niż podczas Zachodu MRDP i w gorszym miejscu. Do tego dochodził fakt, że do mety było z 750 km a nie 200.
Sytuację ratował fakt, że było sobota, godzina 8 rano. A do Nakła nad Notecią, czyli pierwszej miejscowości ze sklepem rowerowym miałem z 40 km. Sklep odnalazłem i telefonicznie ustaliłem, że jakąś oponę szosową mają.
Podczas przekładania opon rozwaliłem elektryczną pompką wentyl dętki TPU, który się nagrzał, zdeformował i zaczął puszczać powietrze. Musiałem od nowa pakować dętkę, zakładać oponę i pompować. No i wliczyć 80 zł za Pirelli w koszta.
Dziura pozwoliła na ciśnienie w dętce na poziomie 2 barów, co jak na szosę jest kosmicznie mało. No, ale więcej nie dało się, pomimo użycia taśmy izolacyjnej, która jednak na wilgotnej oponie trzymała się tak sobie.
I tak to spokojnym, bardzo spokojnym patataj pokonałem w 3 godziny 40 km do Nakła. Na sucho, bo akurat przestało padać. O stanie moich palców po tych wyczynach nie będę pisał – to była masakra. Krew, ból, złamana łyżka i uszkodzony paznokieć. Nic nie chciało współpracować.
Sklep 2 Kółka w Nakle bardziej okazał się być salonem motocyklowo-quadowym, ale oponę na szczęście mieli, chociaż bez serwisu, który w sobotę miał wolne.
Znowu czekało mnie zdejmowanie i zakładanie opony … No, ale entuzjazm pozwolił mi uporać się z tym nieco szybciej.
I tak to Mitas za całe 60 zł w rozmiarze 700x35 zaczął się toczyć w Treku. Ciekawa opona, która nie miała z boku określonego maksymalnego ciśnienia. Więc na Orlenie napompowałem ją do 4 barów, bo po co więcej.
W międzyczasie przeczekałem tam burzę, która przeszła nad miastem i udałem się na punkt kontrolny nieco za miastem.
Coś tak zjadłem, spojrzałem że lider wyścigu Mariusz Cukierski dojeżdża właśnie do Nakła więc rzuciłem na niego okiem bo to obecnie jeden z najlepszych zawodników w Polsce. Ładnie wyglądał, sucho i czysto. Startujący w sobotni poranek byli niewątpliwie pogodowo wygrani 😉
Jechał bardzo ekspresowo – lekką górkę pokonywałem z wiatrem 22km/h, on lekko miał z 32 km/h. Wyprzedzając fakty dodam, że poprawił swój własny rekord trasy BB Tour prawie łamiąc granicę 30 godzin. Niezwykła moc!
Na monitoringu zobaczyłem też że Sylwia i Krzysiek są z 70-80 km przede mną, czyli 3-4 godziny jazdy. Zacząłem wątpić, czy ich dojdę przed górami, bo im też wiatr sprzyjał, a przypuszczałem że na tyle spać to nie pójdą.
Także wdrożyłem plan awaryjny, dbając o to żeby samemu to ukończyć w limicie i dobrej formie.
Łykanie km szło teraz sprawnie, minąłem Inowrocław i wyszło, że na spanie będzie można wykorzystać punkt kontrolny w Dąbrowie Biskupiej.
Dotarłem tam o 20, więc udałem się spać do 24 a potem najadłem się pyszności (żurek, pomidorowa, placki ziemniaczane, vege placki, owoce, makaron) i ruszyłem gonić uciekający limit. Sylwię przy okazji też😁
Kategoria SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
531.00 km
0.00 km teren
24:28 h
21.70 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:3073 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
LUBUSKA SZOSA
Sobota, 25 lipca 2026 · | Komentarze 2
Trasa: ZIELONA GÓRA-Żagań-Żary-Krosno Odrzańskie-Kostrzyn nad Odrą-Witnica-Międzyrzecz-Zbąszyń-Kargowa-ZIELONA GÓRAMAPA
GALERIA (z opisem)
PROFI GALERIA I
PROFI GALERIA II
PROFI GALERIA III
PROFI GALERIA IV
WYNIKI

Województwo lubuskie znałem do tej pory z przelotów maratonowych wzdłuż Odry. No i jednego wyjazdu do Świebodzina, ale to było tak dawno, że się nie liczy 😉 Także kojarzyły mi się te okolice z niemieckimi brukami na drogach i ze standardem dróg wojewódzkich w połowie szutrowych, w połowie asfaltowych. Klik.
Tymczasem ludzie opowiadali, że maraton Lubuska Szosa to inne oblicze dróg tego województwa, lepsze i bardziej przyjazne dla cienkich opon. Zatem powstał mus to sprawdzić 😊
W ramach imprezy organizatorzy zaproponowali trzy dystanse, mi najbardziej przypadł do gustu 500 km bo pozwalał objechać województwo w miarę dokładnie. Z Elbląga do Zielonej Góry (ZG) jednej ze stolic województwa lubuskiego przejechały różnymi sposobami dwie rowerzystki: pociągiem Sylwia a na kołach Małgorzata. Pierwsza z nich zamierzała podjąć wyzwanie 500 km, druga 250 km. Ze znajomych bikerów był jeszcze Adam Niedźwiadek z Gdańska, który także zapisał się na 500 km.
Pierwsze godziny pobytu w Zielonej Górze spędziłem na nogach, zwiedzając miasto pod czujnym okiem Małgorzaty, która wcieliła się w rolę przewodniczki. Szybko się okazało, że Zielona Góra to nie jest jedna góra, a dużo, dużo więcej górek.
Nienawykły do chodzenia szybko opadłem z sił i wtedy pojawił się pociąg z Sylwią, którą należało odstawić rowerem do biura zawodów w Drzonkowie po pakiety startowe i na kwaterę obok startu maratonu.
To wszystko odbyło się już rowerami i to było dobre 😂 9 km w jedną stronę z trzema podjazdami.
Na koniec dnia doszło mi kolejne 9 km powrotu do centrum ZG, bo ja wybrałem bliskość dworca PKP, a nie bazy zawodów. Coś za coś 😉
Po dobrze przespanej nocy i indywidualnym śniadaniu o 6 rano, a nie lunchboxie – polecam Hotel Retro – udałem się na start, która nasza grupa startowa (wraz z Sylwią i Adamem) miała wyznaczony na 7:45. Prognoza pogody była znakomita, sobota miała być ciepła i sucha, a niedziela wręcz upalna – mówili coś o +30 stopniach.
Założenie na trasę miałem klasycznie turystyczno-rekreacyjne, czyli w planach była jazda w okolicach limitu czasowego, który organizatorzy określili na 30 godzin. Sylwia zamierzała jechać ze mną, a ja zamierzałem jechać z nią. Lubuska Szosa miała być pewnego rodzaju sprawdzianem przed BBT. Adam wybrał bardziej sportowe tempo i niedługo po starcie straciliśmy go z oczu.
Punktualnie o 7:45 nasza grupa startowa ruszyła z bazy w Wojewódzkim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Zielonej Górze-Drzonkowie. Przed nami było 500 km do przejechania, 3 km przewyższeń i 4 bufety. Od razu po starcie droga zaczęła się lekko wspinać a potem opadać. I tak na zmianę.
Minęliśmy park technologiczny Uniwersytetu Zielonogórskiego w Nowym Kisielinie i zaczęły się wyłaniać winnice na wzgórzach. Widok generalnie nieznany w okolicach Elbląga za wyjątkiem winnicy koło Kadyn a przez to ciekawy i nietypowy.
Po dobrych 40 km naszym oczom ukazała się tablica ,,Zielona Góra”, także jazda przypominała klasyczne krążenie ,,dookoła komina”. Byliśmy w Zatoniu, dosłownie kilka km od Drzonkowa.
Tutaj już na dobre obraliśmy kierunek południowy, co wiązało się z jazdą pod wiatr, niezbyt silny, ale wyczuwalny.
Na mapie było widać wsie o wspólnej nazwie Mirocin z dopiskami: Dolny, Średni i Górny. W górach taki miks oznaczałby wielokilometrową wspinaczkę (albo zjazd). Byłem ciekawy, czy i tutaj tak będzie, oczywiście na mniejszą skalę 😉
Wyszło że za Mirocinem Górnym było z 1-2 km podjazdu z małym nachyleniem. Uporaliśmy się z nim bez większego kłopotu.
Wkrótce byliśmy na pierwszym bufecie, który został zlokalizowany na 63 km trasy we wsi Chotków. Budynek gminnej biblioteki był na zakręcie w który wchodziło się jadąc z góry, a więc z dość dużą prędkością. Do tego flaga maratonu była postawiona za budynkiem, co sprawiało że wielu zawodników ten punkt ominęło.
Ekipa była więc bardzo zadowolona jak nas ujrzała, bo mało kto tam zaglądał i trochę się im nudziło. My także byliśmy zadowoleni, bo stoły się uginały od wszelkiego dobra – vide galeria.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, trzymając się ściągawki maratonowej z rozpisanymi czasami przejazdu między kolejnymi miejscowościami.
Teraz przed nami był Żagań z jakimś remontem mostu na Bobrze i objazdem, jeżeli nie udałoby się rowerem tam przejechać. Doświadczenie mi mówiło, że most w centrum miasta musi być wyposażony w kładkę dla pieszych. A jak pieszy przejdzie to i pieszy z rowerem też 😊
No i tak faktycznie było, toteż przeprawiliśmy się bezproblemowo, zaoszczędzając kilka km objazdu. Miny innych zawodników, kiedy wyprzedzali nas po raz drugi – bezcenne :-)))
Za Żaganiem droga zaczęła zakręcać na północ i najbliższe z 200 km wiatr nam pomagał, a przynajmniej nie przeszkadzał. Lubuskie jest mocno zalesionym obszarem, a jak wiadomo, w lesie to wiatru aż tak bardzo nie czuć.
Minęliśmy Żagań, Konin Żagański i Jankową Żagańską. Jeden wielki Żagań 😉
Teraz czekała nas wspinaczka w okolice najwyższego szczytu Województwa Lubuskiego, Góry Żarskiej – całe 227 m n.p.m. Nieco wyżej jak szczyt Wysoczyzny Elbląskiej na Górze Srebrnej. Można było myśleć, że to będzie kilka km podjazdu i tak by pewnie było, jakbyśmy ruszali z poziomu morza. No, ale lubuskie to nie jest poziom morza, także po 2 km łagodnej wspinaczki w lesie zaczął się przyjemny zjazd do Żar.
Po wyjeździe z lasu zaczął się także mniej przyjemny żar, bo temperatura trzymała konkretne +30 stopni w słońcu, a pewnie i więcej. Obwodnicą minęliśmy to miasto jadąc przez chwilę dwoma drogami krajowym na raz.
Już od pewnego czasu zatrzymywaliśmy się w sklepach aby uzupełniać picie, bo inaczej to się nie dało. Jeden z tych sklepików był prawdziwym skansenem, gdzie sprzedawca nie używał kasy fiskalnej i kalkulatora licząc wszystko na ,,piechotę”. Długie to były zakupy …
Dalsza trasa prowadziła przyjemnymi asfaltowymi drogami bez – tak dobrze poznanych podczas różnych jazd śladem MRDP wzdłuż samej granicy z Niemcami – bruków i szutrowo-asfaltowych dróg wojewódzkich.
Powoli zbliżaliśmy się do drugiego bufetu, w Krośnie Odrzańskim. Zanim tam się zameldowaliśmy z niemałym zdziwieniem zobaczyłem elektrownię szczytowo-pompową na rzece Bóbr w Dychowie. Jakoś jej nie zobaczyłem ucząc się trasy i planując jazdę. Całkiem okazała konstrukcja, oczywiście nie tak wielka jak Czymanowo 😉
No i tak od rzeki Bóbr płynnie przejechaliśmy do Odry w Krośnie Odrzańskim. W tym mieście kiedyś już byłem, więc pamiętałem bardzo ładny podjazd na wysoki brzeg rzeki. Tam był zlokalizowany bufet nr 2.
W ofercie był ryż z warzywami na ciepło i wszedł on mi jak marzenie. Z Sylwią było trudniej, bo orzekła że ryż jest nieświeży i było już po jedzeniu. Cóż było robić, parę km dalej odwiedziliśmy sklep Dino :-))
Za Krosnem droga dalej prowadziła wysokim brzegiem Odry na którym winnice prezentowały się szczególnie pięknie – widać było płynącą w dole rzekę.
Te piękne wrażenia nie mogły jednak uśpić czujności, bo właśnie tutaj, we wsi Osiecznica nasza jazd mogła się zakończyć.
Kierowca osobowego mercedesa wymusił na nas koncertowo pierwszeństwo skręcając do swojego domu w lewo, idealnie kilkanaście metrów przed nami. Było blisko trafienia, na szczęście refleks nas uratował.
Dalsza droga prowadziła do niezmiennie fatalnego asfaltu wiodącego od promu na Odrze w Połęcku do skrzyżowania z DK 29.
Za tym skrzyżowaniem nastąpiła miła niespodzianka i zaczął się nówka asfalt w kierunku Sulęcina. Byliśmy na 200 km trasy, dzień powoli zaczynał się kończyć.
W Torzymiu przekroczyliśmy autostradę A1 z dużym węzłem i bogatą ofertą gastro z której jednak nie korzystaliśmy. Może i ja miałbym ochotę na Orlen, ale to Sylwia pilnowała aby radykalnie ograniczać liczbę postojów.
Sulęcin minęliśmy zgodnie z trasą bokiem, co było dobre bo podczas tegorocznej majówki przekonałem się, że do tego miasta bardzo fajnie się zjeżdża, a potem nieco mniej fajnie wyjeżdża pod górę 😉
Na wysokości Sulęcina zmieniliśmy kierunek jazdy na zachodni. Kolejnym miastem na trasie był Kostrzyn nad Odrą w którym pojawiliśmy się o godzinie 23. Wcześniej przeżyłem deja vu wjeżdżając na trasę zeszłorocznego MRDP i 10 km od Górzycy jadąc pogrążony w wspomnieniach tej niesamowitej jazdy.
W Kostrzynie w ramach walki ze snem zrobiliśmy postój w McD, gdzie Sylwia zaatakowała się kawą z dodatkami, a ja zaatakowałem gniazdo elektryczne ładując telefon w którym miałem nawigację. Coś tam też niezdrowego oczywiście zjadłem wydając na to straszne 80 zł!
Tutaj też spotkaliśmy zawodniczkę jadącą 500 km SOLO lekko przysypiającą na stole i starającą się pilnować roweru. Jechać z nią nie mogliśmy, ona z nami też nie mogła, ale zaproponowałem jazdę w regulaminowym oddaleniu.
Nic z tego nie wyszło, bo dziewczyna była już tylko zdeterminowana iść spać do hotelu na 2-3 godziny. Tak też chyba zrobiła, ale w limicie czasu przez to niestety się nie zmieściła.
My tymczasem po godzinnym odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Witnicy, gdzie za 20 km był DPK (Duży Punkt Kontrolny). Na nim były przepaki, ale że z nich na tej imprezie nie korzystaliśmy to zjedliśmy sobie makaron z mięsem, uzupełniliśmy picie i chwilę porozmawialiśmy z Robertem Janikiem, twórcą maratonu BB Tour.
Można tak było siedzieć długo, ale czas naglił, zwłaszcza, że w niedzielę upał miał być jeszcze większy niż w sobotę.
Za Witnicą jechaliśmy doliną Warty, na skraju Parku Narodowego Ujście Warty. No, ale że było jeszcze ciemno to i rzeki za bardzo nie było widać.
Świt zaczął się w okolicach Lubniewic, a słońce zobaczyliśmy na przedmieściach Międzyrzecza, gdzie został nam do odwiedzenia bufet nr 4. To była tradycyjna pora kiedy mnie zaczęła senność ogarniać, więc potrzebowałem kawy.
Kawa na punkcie była, ale że woda nie chciała się szybko gotować to się i kawy nie doczekałem. Szkoda było czasu, sen odpędziłem kofeiną spod znaku Kofactin Shot 😉
Dalsza droga to Zbąszyń i Zbąszynek, które po raz pierwszy zaliczyłem jadąc pociągiem do Zielonej Góry, a teraz po raz pierwszy jechałem rowerem.
Głównie przez Zbąszyń, bo Zbąszynek to tak opłotkami. Rzuciły się w oczy ciekawe domy kolejarzy bo Zbąszyń to była kiedyś ważna, graniczna stacja kolejowa z Niemcami.
Do mety zostawało już lekko ponad 70 km, ale zaczęły się one dłużyć. Zapowiadanego upału nie było, za to pojawił się upierdliwy, przeciwny wiatr, który istotnie nas spowalniał. Limit czasu oczywiście był niezagrożony, ale szybsze niż określone w rozpisce osiągnięcie mety stało się nierealne.
Teraz przed nami był Babimost z jedynym w lubuskim lotniskiem międzynarodowym. Wcześniej mieliśmy okazję przyjrzeć się skutkom nawałnicy, która zniszczyła znaczny obszar lasu przed tą miejscowością.
W samym Babimoście zajrzeliśmy na Orlen – to był jedyny na całej 500 km trasie, który odwiedziliśmy – wypiłem kawę i uzupełniliśmy napoje.
Chwilę potem – co za niespodzianka – trasa Lubuskiej Szosy wjechała na teren województwa wielkopolskiego. Tego się nie spodziewałem.
Chwila za długa nie była, może z 2-3 km i już zjeżdżaliśmy do Kargowej, miasta już w lubuskim województwie oczywiście.
Za tym miastem natknęliśmy się na jedyną na całym maratonie drogę w stylu ,,pół szuter, pół asfalt”, co nie było dobre.
Zwłaszcza, że teren był od naszej strony a jak na złość akurat blachosmrody tutaj akurat jeździły nader często. Bo tak to generalnie drogi były puste, z małym ruchem aut.
Za chwilę, dla odmiany, czekał nas bardzo przyjemny odcinek zupełnie bez samochodów. To była dawna linia kolejowa między Kolskiem a Konotopem, która obecnie jest asfaltową drogą rowerową. Milutko 😊
Meta była już zupełnie blisko, zaledwie 30 km nas od niej dzieliło. Ostatnie 15 km trasy poznaliśmy na starcie, bo to była ta sama, wspólna trasa, tylko teraz w odwrotnym kierunku. Wiedziałem, że będzie jeden dość długi podjazd w Nowym Kisielinie na 490 km.
Wcześniej był most na Odrze i odkryta droga na której wiatr robił z nami co chciał. Potem było rondo z winogronami, które widzieliśmy w sobotni poranek, aż w końcu przyszedł czas na ten ostatni podjazd.
Tutaj to i mnie wiatr wyhamował do 10-12 km/h, ale w końcu górka została zaliczona.
Zostało zjechać do Drzonkowa i zaliczyć bramę mety, którą przekroczyliśmy o godzinie 12:03, po 28h 18 minutach brutto na trasie. Bardzo ładnie.
Dla porządku dodam, że Adam pokonał dystans 500 km w czasie 24h 51 minut, a Małgorzata jadąca 250 km SOLO zrobiła to w czasie 14h 48 minut zajmując 3 miejsce. Brawa dla Was!
Meta w tym czasie już się generalnie sprzątała i mało kto tam na nas czekał. Ale medale czekały, arbuzy były, piwo 0% też było, także fajnie było.
Po odpoczynku i rozmowach z Weroniką i Robertem szybko przyszedł czas na powrót, bo Sylwia miała pociąg o 15:30 a do centrum ZG było 9 km i trzy podjazdy. Nie było więc co zamulać, tylko jechać 😉
Wkrótce byliśmy w centrum, przy dworcu, gdzie normalnym piwem opiliśmy sukces i Sylwia zajęła miejsce w pociągu, a ja udałem się za zasłużony odpoczynek w hotelu 50 metrów dalej.
Tam zasnąłem szybko i sprawnie, chociaż miałem jeszcze wizję obejrzenia zielonogórskiej Zielonej Strzały. Ale nie wyszło - wyjdzie ,,inną razą” 😉
Zaplanowany powrót w poniedziałek toczył się już w strugach deszczu i naprawdę fajnie, że dworzec PKP miałem po drugiej stronie ulicy. Z Zielonej Góry wróciłem pociągiem z Małgorzatą i tak to weekend spod znaku rowerów, Bachusa i winogron dobiegł końca.
Dzięki Dziewczyny za miłe towarzystwo i podziękowania dla Weroniki Janik za organizację tej ciekawej imprezy.
Kategoria SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
786.00 km
0.00 km teren
34:27 h
22.82 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:5089 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
MARATON ELBLĄG 780
Sobota, 20 czerwca 2026 · | Komentarze 3
Trasa: ELBLĄG-Iława-Olsztynek-Szczytno-Mrągowo-Kętrzyn-Bartoszyce-Pieniężno-ELBLĄG-Pruszcz Gdański-Żukowo-Kartuzy-Sierakowice-Czarna Dąbrówka-Bytów-Kościerzyna-Starogard Gdański-Malbork-ELBLĄGGPS
MAPA
GALERIA (z opisem)
GALERIA (różnych autorów)

Może Wam się wydawać, że na pomysł maratonu ELBLĄG 780 wpadłem przypadkiem. Nie, takie przypadki się nie zdarzają 😉
Prekursorem tej rocznicowej imprezy, związanej – przypomnę – z 780 rocznicą nadania Elblągowi praw miejskich, czyli awansu ze wsi do miasta – był maraton 777, który w roku 2014 upamiętniał założenie Elbląga z roku 1237. Jak już tyle tych liczb jest na początku, no to jeszcze dodam jedną – 800 km może już za 11 lat. Kto wie, kto wie? 😉
Tak więc jak już pojawił się pomysł, no to trzeba było przygotować stosową trasę. Taką nie za trudną i długości oczywiście 780 km. Od początku wiedziałem, że maraton będzie jechany na zasadach koleżeńskich, bez wpisowego, bez pomiaru czasu, bez klasyfikacji, bez monitoringu i całej tej regulaminowej otoczki.
Pamiątką z jazdy miały być medale i tutaj wypada podziękować dr Michałowi Missanowi, Prezydentowi Elbląga, za przychylne spojrzenie na ten pomysł upamiętnienia tej znakomitej i oryginalnej rocznicy.
Powstała trasa składająca się z dwóch pętli. Pierwsza przez Krainę Kanału Elbląskiego, Mazury i Warmię do Elbląga liczyła 430 km. Zakładałem, że 780 km to może być za dużo dla kogoś, kto jeździ mniej, a takie 430 km brzmi znacznie spokojniej.
A dla zaawansowanych było drugie kółeczko. Z Elbląga przez Kaszuby i Kociewie do Elbląga. O tak, to wyglądało.
Dla porządku wymyśliłem limit czasu 24 godziny/50 godzin, żeby to jednak nie było całkowite patataj przez cały weekend i spełniało chociaż trochę pozory jazdy sportowej. Nie zamierzałem jednak forsować go za wszelką cenę, wszak to miała być spokojna, koleżeńska jazda bez zbędnej napinki i zarzynania się. A i tak pogoda miała najbardziej rozdawać karty…
Na starcie w piątek 19 czerwca przed godziną 20 czerwca pojawiło się spore grono osób, które wcześniej zgłosiły swój akces, jak i równie liczne grono kibiców. Ci drudzy towarzyszyli nam na początkowych kilometrach, najdalej do Iławy na 80 km.
Zamontowaliśmy numery startowe przygotowane staraniem niezawodnego Marcina ,,Koszmara” i ruszyliśmy w trasę. 10 osób było chętnych na trasę 780 km i jedna na 430 km.
Początkowe kilometry to była jazda jednej grupy w kierunku Iławy. Na wysokości Starego Dolna pożegnały się z nami Kamila i Dorota, potem w Suszu odłączyli Łukasz i Małgorzata, a najdłużej jechał z nami w roli kibica Mateusz.
Jak jesteśmy już przy imionach, to dość szybko straciliśmy z oczy Adama i Zdzisława, którzy od początku włączyli 5 bieg i tyle ich widzieliśmy.
Reszta ekipy trzymała się razem i na pierwszy dłuższy postój w Iławie (80km) dojechaliśmy wspólnie (Sylwia, Jacek, Paweł, Sławek, Marcin B., Marcin K., Krzysiek, Andrzej i ja).
W Iławie dogonił nas też Marek z Braniewa, który gonił nas od Elbląga, bo czegoż się nie robi, żeby pokręcić w tak dobrym towarzystwie 😊
Dalsze kilometry to była króciutka, czerwcowa noc ze słońcem ledwo schowanym za horyzontem. Bocznymi asfaltami dotarliśmy do starej DK 7 w Szyldaku i skierowaliśmy się na Olsztynek (140 km).
Tutaj również nastąpił krótki postój na Orlenie i zaraz ruszyliśmy dalej, na Szczytno. Czekała na nas jedna z moich ulubionych dróg krajowych (DK 58), która pięknie wije się przez lasy i wzdłuż jezior Pojezierza Olsztyńskiego. Galeria z krótkim filmem przyrodniczym poleca się 😉
Do tego są zjazdy i podjazdy i w nocy/nad ranem jedzie się nią bardzo fajnie. Ten odcinek jechałem z Sylwią i Krzyśkiem, a reszta ekipy nieco się oddaliła.
W Szczytnie (200 km) zatrzymaliśmy się na Orlenie, a jakże 😊 Z tym że tutaj czekała na nas Marta, która planowała z nami jazdę do Mrągowa. Co też się stało. Tutaj natomiast pożegnał nas Marek z Braniewa zmieniając kierunek jazdy i jadąc na Olsztyn.
Tymczasem sobotnie słońce zaczęło już swoją pracę i widać było, że lekko nie będzie. Prognozy sprawdziły się dokładnie. Było gorąco.
Dobrym pomysłem była więc lodziarnia w Pieckach, gdzie schłodziliśmy się konsumując te przysmaki.
W Mrągowie (250 km) pożegnaliśmy naszą przewodniczkę, która zawróciła do Szczytna a my pojechaliśmy dalej na północ, do Kętrzyna. Nie zajrzeliśmy na Orlen!😆
W Kętrzynie (275 km) grupa podzieliła się na dwie grupki. Jadący szybciej i lepiej wykorzystujący wiatr w plecy chłopaki pogonili do przodu, a ja od tej pory kręciłem km z Sylwią, Krzyśkiem i Koszmarem.
Schłodziliśmy się na tamtejszym McD, coś tam się zjadło i wypiło i już można było skierować się na zachód. Teraz mieliśmy dużo kilometrów na zachód …
Znaną drogą do Bartoszyc dawno już nie jechałem z tego kierunku, więc można powiedzieć, że taka znana nie była. Wbrew obawom, nie było na niej dużego ruchu i jechało się bezpiecznie.
W Bartoszycach (320 km) na chwilę zatrzymaliśmy się na stacji Moya i polewając się wodą oraz schładzając wnętrze zimnym piwem odpoczywaliśmy w cieniu. Standardowe procedury radzenia sobie w upale.
Za Bartoszycami droga wjechała na Warmię, jakże dobrze znaną drogą wojewódzką 512. Minęliśmy nią Górowo Iławeckie, a w Pieniężnie (370 km) zatrzymaliśmy się na lody w lokalnej lodziarni.
Czuć już było bliskość Elbląga, ale dostępu do niego broniła jeszcze Wysoczyzna Elbląska z kilometrowym podjazdem przy S22 od węzła Frombork. Ulubioną górką Sylwii 😉
Przez chwilę wydawało mi się, że będzie pchać tam rower, ale to były tylko złudzenia. Wjechała całość.
Potem zostało jeszcze zdobycie Milejewa, czyli szczytu Wysoczyzny Elbląskiej i zaczął się długi zjazd do Elbląga. Wcześniej na trasie zostało ustalone, że Krzysiek, Marcin i Sylwia śpią w Elblągu.
Krzysiek u siebie a Sylwia korzysta z gościny Marcina i Joanny. Ja do własnego łóżka bałem się wracać, bo mógłbym zaspać albo zrezygnować, więc skoczyłem jeszcze 40 km przespać się na Żuławach Wiślanych, a konkretnie w Dworku - Hotel Drywa.
Do Elbląga dotarliśmy o godzinie 21, ja zaś ułożyłem się do snu o 22:30. Grupa miała jutro do zaliczenia Kaszuby, należało się zregenerować.
Elbląska ekipa ruszyła z miasta w niedzielę o godzinie 1, ja z Dworka około godziny 3. Dogoniłem ich w Straszynie na Orlenie, gdzie była dobra pora na śniadanie.
A potem zaczęliśmy się pracowicie wspinać na poziom Kaszub. Wspinaczka została na chwilę przerwana przebitą dętką w rowerze Krzyśka i lekkimi problemami z dętkami. Na szczęście moja pasowała 😉
To były Kolbudy, przy fabryce Ziaja (505 km).Dalsze zdobywanie wysokości doprowadziło nas do Kartuz, gdzie na chwilę zaczął się zjazd, ale za chwilę przypomnieliśmy sobie, że Kartuski Park Krajobrazowy to niekończące się interwały.
Pogoda nadal dokazywała na poziomie +30, także lekko nie było. Kaszubskie truskawki sprzedawane przy drodze były ciekawym, słodkim i soczystym doświadczeniem. A burze i związane z nimi ochłodzenie miały się pojawić dopiero popołudniu.
Droga wojewódzka nr 211 od Żukowa do obfitowała w różnej jakości drogi rowerowe, także staraliśmy się z nich korzystać, bo ruch – pomimo niedzieli – panował na niej dość duży. Żeby to jeszcze były długie, spójne odcinki.
Tymczasem zbliżały się Sierakowice, do których prowadził dość długi podjazd. Na tyle długi, że wydawało mi się, że zdobywam jakiś szczyt świata. A to były tylko Sierakowice😂 Dawno tutaj nie byłem, to i się zapomniało układu trasy.
Niemniej, całkiem obiektywnie należy stwierdzić, że jak pierwsze 500 km miało 3000 metrów przewyższeń, tak niedzielne 200 km (po odliczeniu płaskich Żuław Wiślanych) miało 2000 metrów. To dość dobrze pokazuje skalę trudności, zwłaszcza że Kaszuby nie były jechane ,,na świeżo”.
W końcu jednak dotarliśmy w całości do Czarnej Dąbrówki (575 km), gdzie z klimatyzowanej Żabki nie chciało się nam wychodzić. Ale że nieopodal była zielona trawa w cieniu, to tam się rozłożyliśmy z rowerami. To był czas kolejnego śniadania i pożegnania się z najtrudniejszym odcinkiem Kaszub.
Teraz czekała nas jazda do Bytowa (600 km), gdzie odwiedziliśmy Orlen w ramach schładzania się i nawadniania. Klimat w dalszym ciągu trzymał poziom, ale budujące się chmury zwiastowały zapowiadane burze i opady. Co ciekawe, wiatr się odwrócił i ponownie wiał nam w plecy. Miło z jego strony 😉
Odcinek Bytów – Kościerzyna zrobiliśmy krajówką nr 20 i to był ostatni moment, żeby tamtędy jechać. Zaczynał się ruch samochodów związany z weekendowym powrotem i blachosmrodów zaczęło dynamicznie przybywać. Fajna droga rowerowa wzdłuż DK 20 od Kornego do Kościerzyny załatwiła sprawę.
Całkiem już spokojnie i wygodnie dotarliśmy do Kościerzyny (640 km), gdzie planowaliśmy obiad. Tuż przy wjeździe do miasta objawił się nam bar Zigi. Miejsce absolutnie godne polecenia z uwagi na smaczne, ogromne i tanie jedzenie. Nie ma tam co prawda makaronu, tak lubianego na trasach ultra.
Ale są konkretne zupy z pomidorową na czele (makaron)😉 i ogólnie takie porcje, że nim nie podołaliśmy. Schabowe okazały się za duże, porcje zupy za duże, że o ogromnym talerzu wątróbki przykrytej frytkami nie wspomnę. Zestawy surówek też gigantyczne.
Dobrze, że w czasie obiadu rozpętała się burza nad Kościerzyną, bo był czas strawić to w miarę spokojnie 😊 Ta burzowa chmura goniła nas już przed miastem, ale uciekliśmy jej a teraz w spokoju obserwowaliśmy lejący deszcz.
Mocny opad niebawem przeszedł w etap kropienia, więc po naradzie postanowiliśmy jechać dalej. Robiło się coraz później, a do mety było jeszcze 140 km. Co prawda z górki, z wiatrem i na płaskie Żuławy, ale jednak na dużym już zmęczeniu.
Zjazd z Kaszub poszedł szybko i sprawnie, pomimo mokrego asfaltu i dość dużego ruchu na wojewódzkiej 214.
Od Zblewa wzdłuż DK 22 jechaliśmy sobie z małą przerwą drogą rowerową do samego Starogardu Gdańskiego, gdzie po analizie czasowej postanowiłem skrócić trasę i nie jechać już do Pelplina. Poniedziałek zbliżał się coraz szybciej, a w pracy należy pracować, a nie odsypiać weekendowe wojaże 😊
Uzupełniliśmy zatem zapasy na tamtejszym Orlenie (690 km) i pojechaliśmy dalej DK 22 w kierunku Wisły.
Królową przekroczyliśmy mostem knybawskim i dobrze znaną drogą rowerową pokręciliśmy do Malborka.
A stamtąd to już tylko rzut beretem dzielił nas od mety w Elblągu.
Odprowadziliśmy jeszcze Sylwię do domu w Karczowiskach Górnych, bo rodzynkowi (rodzynce?) na tej trasie to się po prostu należało 😊 Była jedyną bikerką, która podjęła trud jazdy na pełnym dystansie i zrobiła to z sukcesem.
A my podjechaliśmy jeszcze pod napis ❤️ELBLĄG na bulwarze, czyli w miejsce, gdzie ponad dwie doby temu cała przygoda się zaczęła. Dobiegała północ, także na trasie byliśmy 54 godziny brutto.
Dziękuję wszystkim którzy w jakikolwiek sposób wzięli udział w tej jeździe. Szczególne gratulacje składam finiszerom 780 km – to w sumie 8 osób z czego Koszmar zrobił swoją życiówkę 👏👌 Trzy osoby zakończyły jazdę na 430 km a jako ciekawostkę podam, że najszybszy ultras w Elblągu pojawił się nieco przed godziną 17.
O nazwiska proszę się nie pytać – klasyfikacja, jak wspomniałem, nie była prowadzona 😁
Wręczenie pamiątkowych medali nastąpi 19 lipca podczas zawodów Elbląg Road Race, które także wpisują się w obchody 780 lecia nadania Elblągowi praw miejskich, jednemu z najstarszych miast w Polsce.
Do zobaczenia!
Kategoria MARATON ELBLĄSKI, SUPERMARATONY
Dane wyjazdu:
311.00 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1593 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
MRDP - ETAP XII
Środa, 3 września 2025 · | Komentarze 2
Trasa: DZIWNÓW-Kołobrzeg-Darłowo-Ustka-Smołdzino-Wicko-Krokowa-ROZEWIEMAPA (całość MRDP)
GALERIA (z opisem, całość)
Dalej >>>

Opuszczenie ostatniego noclegu na tym maratonie wymagało obudzenia gospodyni, która wczoraj została zapoznana ze specyfiką mojego spania i z czego wynika konieczność wyjazdu o 3 rano. Nie robiła trudności, zrozumiała 😊
Wystartowałem sprawnie, obawiając się chłodu poranka, tym bardziej, że wody dookoła było dużo – Bałtyk a rzeka Dziwna po drugiej stronie. Niepotrzebnie, bo to była ciepła nocka.
Pustą drogą, która w zasadzie taka była do Kołobrzegu – wszak to już było po wakacjach – jechało się przyjemnie, nie licząc tych kilku ambitnych kierowców którzy trąbili na mnie, kierując gestami na zasypane szyszkami, igłami i Bóg wie raczy wiedzieć czym jeszcze drogi rowerowe, które czasami się pojawiały.
Wiedziałem o ich stanie, bo wczoraj od Międzyzdrojów próbowałem trochę nimi jechać. Ale wieczorem doszli jeszcze piesi, a to już był hardcore 😁
Także pedałowałem sobie spokojnie, licząc po 6 godzin brutto na każde 100 km, co dawało mi czas przybycia na metę o godzinie 21.
Pierwszy postój zaliczam na śniadanie w Pobierowie, na stacji BP. Wchodzi jakaś zapiekanka sprzedana przez okienko i pepsi. Napotykam tutaj z dwóch zawodników, którzy nockę jechali, jeden z nich to Zdzisław Piekarski, doświadczony Ultras.
Robię swoje i ruszam. Mijam Trzebiatów, Kołobrzeg, wszystko już kiedyś jechane i pamiętane.
Coraz mniej kilometrów, coraz mniej wątpliwości, że to faktycznie się dzieje, że powoli zamykam kółko dookoła Polski. Wiatr tym razem raczej nie sprzyja, wieje z boku, z południa. Tylko czasami pomaga, ale grunt że nie wieje ze wschodu.
Od Kołobrzegu ruch na starej krajówce nieco większy, ale nie to co było tutaj kiedyś, jak nie było obok S6. Potem skręcam na Mielno, miejscowość z super pasami rowerowymi w jezdni, najlepszym rozwiązaniu jakie można sobie wymyślić. Bez pieszych, bez szyszek, bez problemów.
Odtąd często trasa będzie prowadziła szlakami EuroVelo nr 10 i nr 13, w sumie prawie do Elbląga idzie już nimi dotrzeć 😉
Mijam Darłowo, zbliżam się do końca województwa zachodniopomorskiego korzystając z nowej, świeżo skończonej drogi wojewódzkiej nr 203 Darłowo-Ustka. Jedzie się elegancko, tylko upał jakby dokucza bo droga jest zupełnie bez cienia, czyli czuję się jak jajko na patelni.
Cóż, trzeba się nawadniać, trzeba korzystać ze sklepów, jeść lody, pić wodę i zmierzać do mety.
Zbliżam się do Ustki, za którą wiem, że nie będzie tam zbytnio okazji zjeść obiad, ale że przy drodze w Ustce niczego nie namierzam, to przelatuję miasto i jadę dalej. W końcu lody to też dobre jedzonko 😉
Docieram do Smołdzina, które po raz pierwszy odwiedziłem jeszcze w XX wieku, podziwiając wtedy Górę Rowokół znajdują się nieopodal. Teraz mam 100 km do mety i żadne Rowokoły mi nie w głowie.
Wkrótce wjeżdżam na drogę wojewódzką nr 213, którą będę jechał aż w okolice Żarnowca. Kilometry trochę się dłużą, droga ładna, ale nudna, bo jechana całkiem niedawno.
Szykuję się mentalnie na ostatni solidny podjazd MRDP, czyli wspinaczkę z poziomu Jeziora Żarnowieckiego do Krokowej.
Zanim to nastąpi jest zjazd, bardzo ładny i szybki. Potem mijam elektrownię szczytowo-pompową Żarnowiec i zaczynam jazdę pod górę.
Końcówkę podjazdu kręcę na oparach, motywuję się sztosami nienadającymi się do cytowania. Wcześniej w różnych miejscach odpalałem muzykę z YouTube, specjalnie zamówionego na 1 miesiąc darmowego okresu próbnego. Ale to było na dobrym telefonie z ogromną baterią, a nie na bieda Samsungu 😁
W końcu podjazd został za mną, a ja z wiatrem w plecy wpadłem do Krokowej. Chwilę potem była Karwia, gdzie zobaczyłem 5% na telefonie. Podłączyłem powerbank i ruszyłem na ostatnią, naprawdę ostatnią prostą do Jastrzębiej Góry.
Odpoczynek już przed startem zaplanowałem optymistycznie w hotelu Primavera, który teraz należało zarezerwować. Sprawnie załatwiłem formalności i ruszyłem na metę pod latarnią morską w Rozewiu. To było ostatni kilometr, podczas którego chciało mi się śpiewać, tańczyć, płakać, wszystko mi się chciało chcieć 😂
Ale że ludzie byli dookoła, to tylko sobie spokojnie jechałem drogą rowerową. Tą samą, którą MRDP się zaczynało 23 sierpnia.
Na mecie czekał na mnie Zenon Wosiek, kolega z Elbląga, który zgłosił się jako wolontariusz MRDP do obsługi mety. Nakręcił niesamowity film z mojego wjazdu na metę, film który jest tak autentyczny, że aż mi się wierzyć nie chce. Nie jest długi, ale wyraża wszystko w tamtym momencie. Zobaczycie go w galerii, wrażliwe uszy z góry przepraszam 🤦 Dzięki Zenek, raz jeszcze 😍
Oficjalnego SMS z mety wysłałem – nie bez trudności, bo komórka nie naładowała się – o 20:26 i taki też czas widnieje w wynikach. 272 godziny i 26 minut przebywałem na trasie, w końcu ją pokonując i ustanawiając swój nowy rekord jazdy non-stop. 2/3 celów zostało zrealizowane!
Pozostało z Zenkiem udać się na obiad finiszera, który był oczywiście smakowitym makaronem. W biurze zawodów było jeszcze kilku ultrasów z dyrektorem Danielem na czele, był czas na rozmowy, pierwsze wrażenia i dokładne obejrzenie medalu. Medalu, który od roku 2017 jest wręczany także osobom, które nie ukończyły MRDP w limicie czasu 240 godzin.
Wtedy, kiedy w wyniku awarii zjechałem z trasy do Przemyśla, bo wiedziałem że nie zdążę w limicie na metę, byłem oburzony i wkurzony polityką organizatora, który według mnie w ten sposób deprecjonował trudność MRDP.
Argument, że ludziom który jechali 11, 12 a i 14 dni należy się docenienie w ten sposób nie trafiały do mnie. Tym bardziej, że w 2017 roku mogłem naprawić rower (pękły 2 szprychy) i jechać spokojnie dalej. Ale się wycofałem, bo limity na ultramaratonach są najważniejsze. Nie zrobiłbym tego, gdyby wiedział wtedy o zmianie polityki nagradzania.
Ponieważ jednak punkt widzenia zależy czasami od punktu siedzenia, to teraz, w roku 2025 nie miałem żadnych oporów, aby medal zamykający moje ,,puzzle MRDP” przyjąć. Jako docenienie trudu włożonego w trasę, ale ze świadomością, że celu sportowego nie osiągnąłem. Ktoś jeszcze dodał: zapłaciłeś, to bierz 😂
Po tych ciekawych rozmowach nadszedł czas na prawdziwy, w końcu prawdziwy, nocleg. Udałem się do Primavery i po wieczornym rytuale poszedłem na dłuuuuugie spanie. Tak długie, że na śniadanie serwowane do godziny 10:00 zszedłem lekko po godzinie 9. Długo spałem, długo jadłem a potem poszedłem na długi masaż relaksacyjny i jeszcze dłuższy spacer po bałtyckiej plaży.
Zaczęła się rehabilitacja … rowerzysty spełnionego ❤️
Kategoria G/MRDP, SUPERMARATONY, ŻYCIÓWKA
Dane wyjazdu:
265.00 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:23.0
Podjazdy:1609 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
MRDP - ETAP XI
Wtorek, 2 września 2025 · | Komentarze 0
Trasa: KOSTRZYN nad ODRĄ-Cedynia-Gryfino-Szczecin-Wolin-Międzyzdroje-DZIWNÓWMAPA (całość MRDP)
GALERIA (z opisem, całość)
Dalej >>>

Budzik jak zwykle budzi za szybko, za głośno i w ogóle nie wiadomo, po co dzwoni. No ale skoro hałasuje to trzeba wdrażać rytuał poranny, uzupełniony o zejście do recepcji i sprawdzenie, czy łaskawie śniadanie w torbie czeka. No, jest i to jest dobra wiadomość o poranku chwilę po godzinie 2 😊
Zjadam je, ubieram się i sprawdzam pokój Kazika. Też gotowy, także ruszamy.
Pustymi ulicami opuszczamy Kostrzyn obok ogromnych zakładów papierniczych. Nie pada, ale czuć wilgoć w powietrzu, a prognoza mówi, że padać będzie. Godzinowo wychodzi mi, że będę wtedy w okolicach Szczecina.
Pojawia mi się refleksja, że jeszcze 5 dni temu byłem w Bieszczadach, a dzisiaj pojawię się po drugiej stronie Polski, w Szczecinie. Brzmi to lekko zwariowanie 😉
Pewne za to jest, że dzisiaj o 12:00 upływa limit 240 godzin przeznaczonych na regulaminowe pokonanie MRDP. To już od wielu kilometrów i dni jest nierealne, teraz walka idzie o to, żeby w końcu tę trasę przejechać.
Dlatego nie gonię szybciej jadącego Kazika, bo na ultra, a już na pewno na tym etapie tak długiego maratonu nie należy jechać nie swoim tempem. To może być niezdrowe.
Tymczasem na trasie zaczyna kropić deszcz, jestem niedaleko Mieszkowic, gdzie skręcam z DK 31 na lokalne asfalty w kierunku Siekierek i Cedyni. Przed Cedynią zaglądam na drugie śniadanie do McD, gdzie jajecznica z wrapem wchodzi jak marzenie – jak ja marzyłem o jajkach 😁
W tym czasie leje całkiem zgrabnie, trochę przeczekuję i w końcu ruszam. Mijam Cedynię, wspinam się do wsi Piasek, a potem nowym asfaltem jadę do Krajnika Dolnego z panoramą niemieckiej rafinerii w Schwedt.
Wkrótce znowu pedałuję po DK 31. Tym razem samotnie, w deszczu i sporym ruchu. Emocjonujące warunku potęgują się przy elektrowni Dolna Odra, gdy jadąc w okolicy setek słupów energetycznych słyszę trzaski wyładowań elektrycznych. Do kompletu widowiska brakuje tylko burzy z piorunami 🤦😉
W Gryfinie robię sobie przerwę pączkowo-sklepową i uzupełniam kalorie oraz picie. Teraz zaczyna się najtrudniejszy odcinek, czyli mijanka Szczecina przez Zdroje i Dąbie, prawobrzeże tego miasta.
Ruch jest duży, deszcz pada, a nawet leje, jadę środkiem drogi, bo pobocze jest w koleinach zalanych wodą, ze studzienkami, dziurami i innym niewidocznym syfem.
A skończyć MRDP w Szczecinie to już byłby totalny pech.
Tymczasem to kończy się limit czasu – podsumowuję to na fejsie:
,,Dla porządku informuję, że limit 240 godzin na pokonanie trasy 3200 km MRDP Maraton Rowerowy Dookoła Polski właśnie minął w samo południe (12:00). Ja tymczasem piszę te słowa z zalewanego wodą Szczecina, co oznacza że nie uporałem się z trasą w tym limicie. A jak wiadomo, limity w ultra są najważniejsze. Jak dobrze pójdzie to trasę tę pokonam, ale to jeszcze chwilę potrwa. Zostało z 430 km. Także popchajcie jeszcze trochę kropeczkę, chociaż nie obrażę się, jak już macie dosyć tej pomocy. Pozdrawiam wszystkich serdecznie”.
W końcu pada tak, że rzeka płynie i pasem ruchu na którym ja jestem. Godne wspomnienia jest to, że nikt na mnie nie trąbi, nikt nie wyprzedza na wariata, ciąg samochodów grzecznie jedzie za mną.
Szacun dla Szczecina, doceniam 👌 Zapewne pewne znaczenie ma to, że świecę w tył z trzech lampek: Bontragera Flare i 2x Mactronic Walle.
Wyłania mi się Orlen to skręcam i odpoczywam nad kawą patrząc, ileż to jeszcze będzie tego deszczu. Nie za dużo, także czekam i jak już tylko kropi i niebo ma niebieskie przebłyski ruszam dalej. W sumie kropi na mnie do Wolina, ale to wszystko w znośnej, letniej temperaturze.
Trasę od Szczecina znałem, bo kiedyś sprawdziłem ją z Endrju, a i w 2022 roku na Zachód MRDP prowadziła podobnie.
Samochody otaczały mnie do Goleniowa, no ale skoro tamtejszy park przemysłowy jechałem lekko po godzinie 14 to pustych dróg nie należo oczekiwać. A potem było coraz ciszej, coraz zieleniej i coraz fajniej. Do czasu 😪
Nad Zalewem Szczecińskim w Stepnicy zobaczyłem, że ekran Hammera zaczyna dziwnie mrugać. Mrugnął raz, mrugnął dwa i zrobił się ciemny. Po chwili się włączył i było OK. Za Wolinem akcja się powtórzyła, ale ciemność została na dłużej i ekran już mi nic nie wyświetlił.
Tym sposobem zostałem bez nawigacji i bez możliwości kontaktu z kimkolwiek. Nawigacja na tym etapie to był mniejszy kłopot, bo jak i gdzie jechać to ja wiedziałem, ale telefon nie tylko do tego służy.
W Międzyzdrojach udałem się zatem na poszukiwania serwisu, żeby zdiagnozować co też się wydarzyło i spróbować naprawić.
Dla porządku dodam, że w okolicach nowej drogi S3 za Dargobądzem Daniel w ramach przybliżania przyrody Wolińskiego Parku Narodowego poprowadził MRDP gruntówką przez las. Nie za długą, ale po deszczu wybornie szosową 😂
Tymczasem w serwisie usłyszałem lekko druzgoczącą diagnozę, że telefon jest zalany. Wodoodporny Hammer … zalany … Pod obiektywami aparatu były widoczne krople, także to była prawda. Prawdopodobnie rozszczelnił się przez włącznik, często używany z definicji.
Nie mogłem zostać bez telefonu, więc ta przygoda kosztowała mnie 400 zł wydane na jakiegoś biednego Samsunga, którego bateria nie starczała na jeden dzień. Prawie bez używania nawigacji.
W Międzyzdrojach straciłem dobrą godzinę, robiło się już ciemno, ale ruszyłem dalej, aby spać jak najbliżej mety, którą planowałem osiągnąć jutro do wieczora.
Z wiatrem w plecy pognałem na wschód, znowu spotkałem Kazika, który planował już longiem ciągnąć na metę.
Przez chwilę pomyślałem, że to dobra idea, ale jak w Dziwnowie pojawiła się miejscówka tuż przy drodze o nazwie ,,Dom Gościnny Nord”, to jednak poszedłem spać.
Te 5 godzin odpoczynku już nie miało większego znaczenia dla końcowego wyniku, a zwiększało bezpieczeństwo.
Budzik ustawiłem na 2 w nocy, odbyłem rytuał wieczorny i zasnąłem. Jutro miał być wielki dzień!
Kategoria G/MRDP, SUPERMARATONY, ŻYCIÓWKA
Dane wyjazdu:
296.00 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1695 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
MRDP - ETAP X
Poniedziałek, 1 września 2025 · | Komentarze 0
Trasa: PIECHOWICE-Świeradów Zdrój-Zgorzelec-Gubin-Frankfurt nad Odrą-Słubice-KOSTRZYN nad ODRĄMAPA (całość MRDP)
GALERIA (z opisem, całość)
Dalej >>>

Cichutko i prawie na paluszkach (w podkutych butach SPD to prawie niemożliwe) opuszczam kwaterę w Piechowicach a śniadaniem na rozruch są dwa batoniki musli kupione wczoraj w lokalnej Żabce. Na inne śniadanie o 2 w nocy tutaj liczyć nie mogę.
Ruszam do Szklarskiej Poręby, gdzie zaczynam podjazd z Dolnej do Górnej przez Średnią. Mijam zeszłoroczną metę RAP 1800 i porównując, to teraz jestem w znacznie lepszej formie niż po tamtym maratonie.
Tam upał i szaleńcze tempo finiszu dokonało zniszczenia, teraz niewątpliwie jadę w sposób znacznie bardziej rozważny.
Podjazd wkrótce się kończy, a zaliczam go bez pchania. Teraz Zakręt Śmierci i jazda w dół do Świeradowa Zdrój. Tam będzie ostatni podjazd MRDP, ale wcześniej Orlen na którym planuję konkretne śniadanie.
Pędzę w dół, robi się niezwykle zimno, a ja rozgrzany podjazdem zaczynam marznąć. Nie chce mi się stawać, więc Orlen w Świeradowie witam, jak się wita oazę na pustyni. Wpadam i od razu zaczynam robić herbatę, bez podchodzenia do kasy 😂
Obsługa patrzy nieco zdziwiona, ale że z herbatą nie uciekam, to i policji nie wzywają😉
Dorzucam do tego hot doga i burgera i powoli wraca do mnie życie. To był jedyny tak lodowaty poranek na całej trasie.
Za Świeradowem droga dalej prowadziła w dół, ale już było mi ciepło. Zatrzymałem się na chwilę w Sulikowie z jego słynnymi domami przysłupowymi, kojarzącymi mi się z naszymi żuławskimi podcieniami.
Potem był Zgorzelec w którym widać było ślady weekendowych imprez nad Nysą Łużycką. Teraz był 1 września i zabawy się skończyły, a zaczęła szkoła. Zrobiłem tam małe zakupy i ruszyłem dalej.
Trasa zrobiła się płaska, wiatr nie przeszkadzał i jechało się dobrze. Mnie nic szczególnie nie bolało, jada na wysokiej kadencji (90+) od samego początku sprawdziła się. Kolana spuchły, lewe ścięgna spuchły, ale utrudniało to chodzenie a nie jechanie. Po maratonie także.
Z każdym kilometrem zbliżałem się do kilku odcinków specjalnych, czyli lubuskich bruków. Rok 2022 i prawie nie ukończony maraton Zachód MRDP nauczyły mnie dokładnie, jak pokonać je bez eksplodujących dętek i pękających opon.
Po prostu jechałem po kamieniach i po kostce w ogóle nie dotykając piaszczystego pobocza. Te odcinki nie są długie, można je cierpliwie przejechać z prędkością 10-15 km/h, traktując to jako odpoczynek.
Nagrodą na tych drogach była całkowita pustka od samochodów, bo te kilka sztuk w dzień roboczy to trudno liczyć jako ruch. Do tego fajne lasy Borów Dolnośląskich, sympatyczna pogoda i otwarte wszystkie, nawet najmniejsze sklepiki.
Spokój jazdy na 10 km zaburzyła jazda DK 12 od Starych Czapli do Trzebieli, gdzie od granicy z Niemcami ciągnęły się TIR-y. Ale potem znowu zapanował spokój.
A jak w Brodach skończyły się odcinki brukowane i piaszczyste, to już w ogóle zrobiło się milutko. A do tego całkiem gorąco, bo słońce przygrzewało konkretnie i o porannym chłodzie dawno już zapomniałem.
Dość powiedzieć, że na stacji paliw w Starosiedlu przed Gubinem pochłonąłem całe, litrowe opakowanie czekoladowych lodów Grycan. Nie róbcie tego poza ultra! 😂
W Gubinie, wiedząc, że w ramach mijanki promu na Odrze w Połęcku trasa MRDP prowadzi z 50 km przez Niemcy, odwiedziłem McD i zjadłem tam obiad, ładując także elektronikę.
Upchnąłem jeszcze dwie puszeczki coli i tak przygotowany – żeby nie wydawać euro w Niemczech – wjechałem na szlak Odra –Nysa po niemieckiej stronie przez przejście graniczne Żytowań. Chyba nie muszę pisać, że byłem tutaj po raz pierwszy.
Szlak na tym odcinku – do Frankfurtu nad Odrą/Słubic – jest poprowadzony asfaltem, albo na koronie wału(węższy i sprawiający wrażenie starszego) albo u podnóża (szerszy) i wyglądający jak droga techniczna. Czasami występowały i tu, i tu. Pojawiały się także miejscowości i wtedy nie było widoczności Nysy albo Odry.
Co najważniejsze – nie było zupełnie żadnych samochodów, tylko ruch rowerowy, pieszy (biegacze) albo hulajnogi. Asfalty dobrej jakości, bez porównania z tym co oferowało Połęcko i jego okolice.
Dłuższy postój zrobiłem przy dawnej elektrowni w Eisenhüttenstadt , której niemiecka nazwa (Vogelsang) powinna się w Elblągu dobrze kojarzyć 😉 Stojące już tyle lat kominy z cegły sprawiają duuuuże wrażenie.
Po powrocie do Polski przez centrum Frankfurtu wjechałem do Słubic i rozpocząłem ostatnie 30 km tego dnia, do Kostrzyna nad Odrą, gdzie zamierzałem przenocować.
Na tych kilometrach towarzyszył mi ponownie Kazik Kosiński, Ultras z Płocka. Mocno poobijany w wyniku gleby nie poddał się i walczył do końca. Tymczasem razem przejechaliśmy dość ruchliwą krajówkę nr 31 na odcinku do Kostrzyna.
Zameldowaliśmy się w hotelu Bastion o którym miałem dobre mniemanie, słyszałem że to jeden z punktów kontrolnych RAP. Tymczasem na ,,dzień dobry” usłyszeliśmy same ,,nie”🤦
Pani w recepcji nie wie, czy uda się zrobić dla nas lunch pakiety, nie wie czy da radę je dostarczyć nam do pokoju, albo pod pokój i na koniec nie chciała nas z rowerami w pokojach (oczywiście ją przekonaliśmy). Miejsce przyjazne rowerzystom jak nic – może tylko dla Remka 😉
Uratowało ich umiejscowienie, bo byli na wjeździe do miasta, przy samej krajówce.
Tymczasem była pora rytuału wieczornego, ustawienia budzika na 2 w nocy i lulu. Postanowiliśmy z Kazikiem razem ruszyć, a potem to się zobaczy…
Kategoria MIĘDZYNARODOWE, SUPERMARATONY, ŻYCIÓWKA, G/MRDP
Dane wyjazdu:
227.00 km
0.00 km teren
h
km/h:
Maks. pr.:70.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:3465 m
Rower:TREK DOMANE SL 4
MRDP - ETAP IX
Niedziela, 31 sierpnia 2025 · | Komentarze 0
Trasa: STRONIE ŚLĄSKIE-Międzylesie-Zieleniec-Kudowa Zdrój-Radków-Głuszyca-Mieroszów-Lubawka-Kowary-PIECHOWICEMAPA (całość MRDP)
GALERIA (z opisem, całość)
Dalej >>>

Tak jak ,,odprawiałem” rytuał wieczorny, tak też poranki o 1 w nocy miały swój schemat. Dzwonienie telefonu, orientacja w ciemnościach i kojarzenie, czy na pewno już trzeba wstawać, potem proces wstawania – koniecznie z prawej nogi😉 i start do łazienki.
Tam wiadomo co i przystępowałem do jedzenia. W międzyczasie czytałem, co tam piszecie ciekawego – jeszcze raz wielkie dzięki za kibicowanie, za myślenie o wariacie, co to porywa się na istne szaleństwo.
Przez ciekawość napiszę Wam, że w kategorii krótkich wiadomości wygrał mój Młody z tekstem ,,Odwagi i do przodu! Tak chcę by Ci się udało”. Umie motywować, nie ma co❤️ Wjechał mi na ambicję!
Tymczasem po 2 w nocy rozpocząłem ze Stronia wspinaczkę na przełęcz Puchaczówka. Piękny podjazd z równie wspaniałym zjazdem, który jednak w warunkach nocnych musiał być pokonany ostrożnie.
Do tego pod jego koniec zaczął padać deszcz, także do Wilkanowa wjechałem razem z opadem. Tam przestało padać i kiedy już myślałem, że do Międzylesia dotrę na tamtejszy Orlen na sucho, już na krajówce nr 33 zaczęło lać jak z cebra.
Dobrze, że była pusta bo mogłem bez problemowo na zjazdach jechać środkiem jezdni, która nie była taka zalana.
Na Orlenie zjadłem drugie śniadanie, trochę się ogrzałem i ruszyłem dalej. Prognozy pokazywały, że ten deszcz to taki epizod i potem z każdą chwilę powinno być ładniej.
Tak faktycznie było, ale teraz jeszcze musiałem uważać, żeby się nie przewrócić na śliskiej kostce DK 33 w samym miasteczku. A potem wraz ze wschodem słońca rozpocząłem wspinaczkę ku Zieleńcowi, najwyższemu dzisiaj punktowi trasy.
Obecnie to jest dzielnica Dusznik Zdrój. Droga w jego kierunku to Autostrada Sudecka (tylko z nazwy oczywiście) na której spotkałem wymalowane różne, motywujące na wesoło, napisy dla jadących MRDP. Fajnie😊
Jej początkowy odcinek to było pchanie dziko stromego – albo tak mi się tylko wydawało – podjazdu, który na szczęście nie był długi. A potem to już takie interwały i w końcu delikatne zdobywanie wysokości, aby po przekroczeniu 900 metrów n.p.m znaleźć się pod wyciągami Zieleńca.
Stąd czekał szaleńczy zjazd do przełęczy Polskie Wrota na DK8 i dalej równie piękny zjazd do Kudowy Zdrój. W Kudowie zatrzymałem się przy pączkarni, bo zapach świeżo smażonych pączków był zniewalający, a czekająca wspinaczka Drogą Stu Zakrętów na przełęcz Lisią usprawiedliwiała wszystko 😂
Zjadłem 3, popiłem wodą i ruszyłem dalej. Marzyłem, żeby dzisiaj opuścić góry, czyli dotrzeć do Świeradowa Zdrój, ale jak to z planami bywa 😉
Niebawem oglądałem najwyższy szczyt Gór Stołowych, czyli Szczeliniec Wielki, a potem zaczął się zjazd do Radkowa. Potem podjazd, potem zjazd i tak na zmianę. Zero nudy, a jeszcze słońce przyjemnie grzało.
Przed Głuszycą czekał odcinek specjalny, czyli asfalt o charakterze MTB między Włodowicami a Świerkami Kłodzkimi. I to nie był tylko podjazd, ale także na zjeździe też nie było mowy o rozwinięciu prędkości, pomimo pełni dnia – mijała właśnie 8 doba jazdy a licznik pokazywał około 2200 km.
Jak jesteśmy przy liczniku, to właśnie w tych okolicach przestał on ze mną współpracować i się zepsuł. Raz pokazywał prędkość, raz nie. Także i km na koniec dnia przestały się zgadzać, bo jak nie mierzył prędkości, to i nie naliczał kilometrów. Od teraz służył mi jako zegarek; ta awaria nie miała większego znaczenia.
W Głuszycy w końcu byłem za dnia i mogłem się przyjrzeć temu miasteczku. A że pora była obiadowa, to i przyjrzałem się lokalnemu kebabowi, chociaż to było nieco ryzykowne, jak to w kebsach.
No, ale przy trasie nie było niczego innego, a ja skręcałem na Unisław, gdzie i ze sklepami mogły być kłopoty. Kebab wszedł na spokojnie, popiłem wszystko ayranem i pojechałem dalej.
Przejeżdżając przez Rybnicę Leśną spojrzałem na tamtejszy przystanek autobusowy, na którym nocowałem podczas ostatniej nocki RAP 1800 w zeszłym roku i zostałem obudzony przez mieszkańców. Na MRDP noclegi przystankowe nie wystąpiły z przyczyn oczywistych.
Dalej był Unisław w którym nie znalazłem nic do picia, a bidony właśnie opustoszały. Dobrzy ludzie poratowali mnie flaszką mineralnej, a ja za parę km minąłem Orlen w Mieroszowie, którego akurat nie miałem na swoje ściągawce.
Dalej była wspinaczka w kierunku Chełmska Śląskiego, remontowana w zeszłym roku droga była już gotowa i można było lecieć na pełnej prędkości koło domków chełmskich tkaczy.
W Lubawce spotkałem Kazimierza Kosińskiego, którego Garmin wariował i uparcie kazał mu zawracać, twierdząc, że źle jedzie. Mój Garmin w głowie i w Hammerze twierdził inaczej i na szczęście Kazik dał się przekonać 😁
Trochę pojechaliśmy razem, potem ja odskoczyłem na wspinaczce pod przełęcz Kowarską i paskudnym zjazdem, tzw. Drogą Głodu zameldowałem się w Kowarach.
W Kowarach podczas odpoczynku zadzwoniłem do Lake Hill Spa nad Zbiornikiem Sosnówka z pytaniem, czy jest możliwość masażu pleców ,,na cito”?
Zaczynałem coraz bardziej odczuwać trudy tej podróży i wcielałem w życie koncepcje awaryjne. Ośrodki z masażami też były na ściągawce. Pani była bardzo uprzejma, ale nie dała rady pomóc.
Trzeba było kręcić dalej i liczyć, że koniec gór da odpocząć kręgosłupowi. A do końca daleko już nie było, Świeradów sobie odpuściłem, bo prowadził do niego podjazd na Zakręt Śmierci w Szklarskiej Porębie. A to zła nazwa była w tym momencie …
Minąłem za chwilę skrzyżowanie na Karpacz i dziękując Opatrzności, że trasa MRDP tam nie prowadzi (RAP tam jeździ) i omija długi podjazd przez miasto do skoczni narciarskiej Orlinek, skręciłem w kierunku Piechowic.
Planowałem spanie w Szklarskiej Porębie Dolnej, tak aby zaczynać znowu dzień od rozgrzewającego podjazdu, ale jak w Piechowicach zobaczyłem przy drodze agro ,,U Jolki” z komunikatem ,,wolne pokoje” to się nie wahałem.
Zafundowałem sobie najszybszy koniec dnia (poza awaryjną Rutką-Tartak), szybko wdrożyłem rytuał wieczorny i zaległem na całe 6 godzin spania. Jutro czekał definitywny koniec gór, czekały bruki województwa lubuskiego i ciekawy, zupełnie nieznany odcinek przez Niemcy na szlaku Odra-Nysa.
Budzik ustawiłem na 2 w nocy i padłem do łóżka.
Kategoria G/MRDP, SUPERMARATONY, ŻYCIÓWKA




