INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 318.150 kilometrów, czyli zaraz po raz ósmy okrążę równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.87 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)



baton rowerowy bikestats.pl 2025 button stats bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

SUPERMARATONY

Dystans całkowity:36003.00 km (w terenie 918.00 km; 2.55%)
Czas w ruchu:1632:18
Średnia prędkość:21.14 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:188167 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:744972 kcal
Liczba aktywności:93
Średnio na aktywność:387.13 km i 20h 55m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
531.00 km 0.00 km teren
24:28 h 21.70 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:3073 m

LUBUSKA SZOSA

Sobota, 25 lipca 2026 · | Komentarze 2

Trasa: ZIELONA GÓRA-Żagań-Żary-Krosno Odrzańskie-Kostrzyn nad Odrą-Witnica-Międzyrzecz-Zbąszyń-Kargowa-ZIELONA GÓRA

MAPA

GALERIA (z opisem)

PROFI GALERIA I

PROFI GALERIA II

PROFI GALERIA III

PROFI GALERIA IV

WYNIKI




Województwo lubuskie znałem do tej pory z przelotów maratonowych wzdłuż Odry. No i jednego wyjazdu do Świebodzina, ale to było tak dawno, że się nie liczy 😉 Także kojarzyły mi się te okolice z niemieckimi brukami na drogach i ze standardem dróg wojewódzkich w połowie szutrowych, w połowie asfaltowych. Klik.

Tymczasem ludzie opowiadali, że maraton Lubuska Szosa to inne oblicze dróg tego województwa, lepsze i bardziej przyjazne dla cienkich opon. Zatem powstał mus to sprawdzić 😊

W ramach imprezy organizatorzy zaproponowali trzy dystanse, mi najbardziej przypadł do gustu 500 km bo pozwalał objechać województwo w miarę dokładnie. Z Elbląga do Zielonej Góry (ZG) jednej ze stolic województwa lubuskiego przejechały różnymi sposobami dwie rowerzystki: pociągiem Sylwia a na kołach Małgorzata. Pierwsza z nich zamierzała podjąć wyzwanie 500 km, druga 250 km. Ze znajomych bikerów był jeszcze Adam Niedźwiadek z Gdańska, który także zapisał się na 500 km.

Pierwsze godziny pobytu w Zielonej Górze spędziłem na nogach, zwiedzając miasto pod czujnym okiem Małgorzaty, która wcieliła się w rolę przewodniczki. Szybko się okazało, że Zielona Góra to nie jest jedna góra, a dużo, dużo więcej górek.

Nienawykły do chodzenia szybko opadłem z sił i wtedy pojawił się pociąg z Sylwią, którą należało odstawić rowerem do biura zawodów w Drzonkowie po pakiety startowe i na kwaterę obok startu maratonu.

To wszystko odbyło się już rowerami i to było dobre 😂 9 km w jedną stronę z trzema podjazdami.

Na koniec dnia doszło mi kolejne 9 km powrotu do centrum ZG, bo ja wybrałem bliskość dworca PKP, a nie bazy zawodów. Coś za coś 😉

Po dobrze przespanej nocy i indywidualnym śniadaniu o 6 rano, a nie lunchboxie – polecam Hotel Retro – udałem się na start, która nasza grupa startowa (wraz z Sylwią i Adamem) miała wyznaczony na 7:45. Prognoza pogody była znakomita, sobota miała być ciepła i sucha, a niedziela wręcz upalna – mówili coś o +30 stopniach.

Założenie na trasę miałem klasycznie turystyczno-rekreacyjne, czyli w planach była jazda w okolicach limitu czasowego, który organizatorzy określili na 30 godzin. Sylwia zamierzała jechać ze mną, a ja zamierzałem jechać z nią. Lubuska Szosa miała być pewnego rodzaju sprawdzianem przed BBT. Adam wybrał bardziej sportowe tempo i niedługo po starcie straciliśmy go z oczu.

Punktualnie o 7:45 nasza grupa startowa ruszyła z bazy w Wojewódzkim Ośrodku Sportu i Rekreacji w Zielonej Górze-Drzonkowie. Przed nami było 500 km do przejechania, 3 km przewyższeń i 4 bufety. Od razu po starcie droga zaczęła się lekko wspinać a potem opadać. I tak na zmianę.

Minęliśmy park technologiczny Uniwersytetu Zielonogórskiego w Nowym Kisielinie i zaczęły się wyłaniać winnice na wzgórzach. Widok generalnie nieznany w okolicach Elbląga za wyjątkiem winnicy koło Kadyn a przez to ciekawy i nietypowy.

Po dobrych 40 km naszym oczom ukazała się tablica ,,Zielona Góra”, także jazda przypominała klasyczne krążenie ,,dookoła komina”. Byliśmy w Zatoniu, dosłownie kilka km od Drzonkowa.

Tutaj już na dobre obraliśmy kierunek południowy, co wiązało się z jazdą pod wiatr, niezbyt silny, ale wyczuwalny.

Na mapie było widać wsie o wspólnej nazwie Mirocin z dopiskami: Dolny, Średni i Górny. W górach taki miks oznaczałby wielokilometrową wspinaczkę (albo zjazd). Byłem ciekawy, czy i tutaj tak będzie, oczywiście na mniejszą skalę 😉

Wyszło że za Mirocinem Górnym było z 1-2 km podjazdu z małym nachyleniem. Uporaliśmy się z nim bez większego kłopotu.

Wkrótce byliśmy na pierwszym bufecie, który został zlokalizowany na 63 km trasy we wsi Chotków. Budynek gminnej biblioteki był na zakręcie w który wchodziło się jadąc z góry, a więc z dość dużą prędkością. Do tego flaga maratonu była postawiona za budynkiem, co sprawiało że wielu zawodników ten punkt ominęło.

Ekipa była więc bardzo zadowolona jak nas ujrzała, bo mało kto tam zaglądał i trochę się im nudziło. My także byliśmy zadowoleni, bo stoły się uginały od wszelkiego dobra – vide galeria.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, trzymając się ściągawki maratonowej z rozpisanymi czasami przejazdu między kolejnymi miejscowościami.

Teraz przed nami był Żagań z jakimś remontem mostu na Bobrze i objazdem, jeżeli nie udałoby się rowerem tam przejechać. Doświadczenie mi mówiło, że most w centrum miasta musi być wyposażony w kładkę dla pieszych. A jak pieszy przejdzie to i pieszy z rowerem też 😊

No i tak faktycznie było, toteż przeprawiliśmy się bezproblemowo, zaoszczędzając kilka km objazdu. Miny innych zawodników, kiedy wyprzedzali nas po raz drugi – bezcenne :-)))
Za Żaganiem droga zaczęła zakręcać na północ i najbliższe z 200 km wiatr nam pomagał, a przynajmniej nie przeszkadzał. Lubuskie jest mocno zalesionym obszarem, a jak wiadomo, w lesie to wiatru aż tak bardzo nie czuć.

Minęliśmy Żagań, Konin Żagański i Jankową Żagańską. Jeden wielki Żagań 😉

Teraz czekała nas wspinaczka w okolice najwyższego szczytu Województwa Lubuskiego, Góry Żarskiej – całe 227 m n.p.m. Nieco wyżej jak szczyt Wysoczyzny Elbląskiej na Górze Srebrnej. Można było myśleć, że to będzie kilka km podjazdu i tak by pewnie było, jakbyśmy ruszali z poziomu morza. No, ale lubuskie to nie jest poziom morza, także po 2 km łagodnej wspinaczki w lesie zaczął się przyjemny zjazd do Żar.

Po wyjeździe z lasu zaczął się także mniej przyjemny żar, bo temperatura trzymała konkretne +30 stopni w słońcu, a pewnie i więcej. Obwodnicą minęliśmy to miasto jadąc przez chwilę dwoma drogami krajowym na raz.

Już od pewnego czasu zatrzymywaliśmy się w sklepach aby uzupełniać picie, bo inaczej to się nie dało. Jeden z tych sklepików był prawdziwym skansenem, gdzie sprzedawca nie używał kasy fiskalnej i kalkulatora licząc wszystko na ,,piechotę”. Długie to były zakupy …

Dalsza trasa prowadziła przyjemnymi asfaltowymi drogami bez – tak dobrze poznanych podczas różnych jazd śladem MRDP wzdłuż samej granicy z Niemcami – bruków i szutrowo-asfaltowych dróg wojewódzkich.

Powoli zbliżaliśmy się do drugiego bufetu, w Krośnie Odrzańskim. Zanim tam się zameldowaliśmy z niemałym zdziwieniem zobaczyłem elektrownię szczytowo-pompową na rzece Bóbr w Dychowie. Jakoś jej nie zobaczyłem ucząc się trasy i planując jazdę. Całkiem okazała konstrukcja, oczywiście nie tak wielka jak Czymanowo 😉

No i tak od rzeki Bóbr płynnie przejechaliśmy do Odry w Krośnie Odrzańskim. W tym mieście kiedyś już byłem, więc pamiętałem bardzo ładny podjazd na wysoki brzeg rzeki. Tam był zlokalizowany bufet nr 2.

W ofercie był ryż z warzywami na ciepło i wszedł on mi jak marzenie. Z Sylwią było trudniej, bo orzekła że ryż jest nieświeży i było już po jedzeniu. Cóż było robić, parę km dalej odwiedziliśmy sklep Dino :-))

Za Krosnem droga dalej prowadziła wysokim brzegiem Odry na którym winnice prezentowały się szczególnie pięknie – widać było płynącą w dole rzekę.
Te piękne wrażenia nie mogły jednak uśpić czujności, bo właśnie tutaj, we wsi Osiecznica nasza jazd mogła się zakończyć.

Kierowca osobowego mercedesa wymusił na nas koncertowo pierwszeństwo skręcając do swojego domu w lewo, idealnie kilkanaście metrów przed nami. Było blisko trafienia, na szczęście refleks nas uratował.

Dalsza droga prowadziła do niezmiennie fatalnego asfaltu wiodącego od promu na Odrze w Połęcku do skrzyżowania z DK 29.

Za tym skrzyżowaniem nastąpiła miła niespodzianka i zaczął się nówka asfalt w kierunku Sulęcina. Byliśmy na 200 km trasy, dzień powoli zaczynał się kończyć.

W Torzymiu przekroczyliśmy autostradę A1 z dużym węzłem i bogatą ofertą gastro z której jednak nie korzystaliśmy. Może i ja miałbym ochotę na Orlen, ale to Sylwia pilnowała aby radykalnie ograniczać liczbę postojów.

Sulęcin minęliśmy zgodnie z trasą bokiem, co było dobre bo podczas tegorocznej majówki przekonałem się, że do tego miasta bardzo fajnie się zjeżdża, a potem nieco mniej fajnie wyjeżdża pod górę 😉

Na wysokości Sulęcina zmieniliśmy kierunek jazdy na zachodni. Kolejnym miastem na trasie był Kostrzyn nad Odrą w którym pojawiliśmy się o godzinie 23. Wcześniej przeżyłem deja vu wjeżdżając na trasę zeszłorocznego MRDP i 10 km od Górzycy jadąc pogrążony w wspomnieniach tej niesamowitej jazdy.

W Kostrzynie w ramach walki ze snem zrobiliśmy postój w McD, gdzie Sylwia zaatakowała się kawą z dodatkami, a ja zaatakowałem gniazdo elektryczne ładując telefon w którym miałem nawigację. Coś tam też niezdrowego oczywiście zjadłem wydając na to straszne 80 zł!

Tutaj też spotkaliśmy zawodniczkę jadącą 500 km SOLO lekko przysypiającą na stole i starającą się pilnować roweru. Jechać z nią nie mogliśmy, ona z nami też nie mogła, ale zaproponowałem jazdę w regulaminowym oddaleniu.

Nic z tego nie wyszło, bo dziewczyna była już tylko zdeterminowana iść spać do hotelu na 2-3 godziny. Tak też chyba zrobiła, ale w limicie czasu przez to niestety się nie zmieściła.

My tymczasem po godzinnym odpoczynku ruszyliśmy w kierunku Witnicy, gdzie za 20 km był DPK (Duży Punkt Kontrolny). Na nim były przepaki, ale że z nich na tej imprezie nie korzystaliśmy to zjedliśmy sobie makaron z mięsem, uzupełniliśmy picie i chwilę porozmawialiśmy z Robertem Janikiem, twórcą maratonu BB Tour.

Można tak było siedzieć długo, ale czas naglił, zwłaszcza, że w niedzielę upał miał być jeszcze większy niż w sobotę.

Za Witnicą jechaliśmy doliną Warty, na skraju Parku Narodowego Ujście Warty. No, ale że było jeszcze ciemno to i rzeki za bardzo nie było widać.

Świt zaczął się w okolicach Lubniewic, a słońce zobaczyliśmy na przedmieściach Międzyrzecza, gdzie został nam do odwiedzenia bufet nr 4. To była tradycyjna pora kiedy mnie zaczęła senność ogarniać, więc potrzebowałem kawy.

Kawa na punkcie była, ale że woda nie chciała się szybko gotować to się i kawy nie doczekałem. Szkoda było czasu, sen odpędziłem kofeiną spod znaku Kofactin Shot 😉

Dalsza droga to Zbąszyń i Zbąszynek, które po raz pierwszy zaliczyłem jadąc pociągiem do Zielonej Góry, a teraz po raz pierwszy jechałem rowerem.

Głównie przez Zbąszyń, bo Zbąszynek to tak opłotkami. Rzuciły się w oczy ciekawe domy kolejarzy bo Zbąszyń to była kiedyś ważna, graniczna stacja kolejowa z Niemcami.

Do mety zostawało już lekko ponad 70 km, ale zaczęły się one dłużyć. Zapowiadanego upału nie było, za to pojawił się upierdliwy, przeciwny wiatr, który istotnie nas spowalniał. Limit czasu oczywiście był niezagrożony, ale szybsze niż określone w rozpisce osiągnięcie mety stało się nierealne.

Teraz przed nami był Babimost z jedynym w lubuskim lotniskiem międzynarodowym. Wcześniej mieliśmy okazję przyjrzeć się skutkom nawałnicy, która zniszczyła znaczny obszar lasu przed tą miejscowością.

W samym Babimoście zajrzeliśmy na Orlen – to był jedyny na całej 500 km trasie, który odwiedziliśmy – wypiłem kawę i uzupełniliśmy napoje.

Chwilę potem – co za niespodzianka – trasa Lubuskiej Szosy wjechała na teren województwa wielkopolskiego. Tego się nie spodziewałem.
Chwila za długa nie była, może z 2-3 km i już zjeżdżaliśmy do Kargowej, miasta już w lubuskim województwie oczywiście.

Za tym miastem natknęliśmy się na jedyną na całym maratonie drogę w stylu ,,pół szuter, pół asfalt”, co nie było dobre.

Zwłaszcza, że teren był od naszej strony a jak na złość akurat blachosmrody tutaj akurat jeździły nader często. Bo tak to generalnie drogi były puste, z małym ruchem aut.

Za chwilę, dla odmiany, czekał nas bardzo przyjemny odcinek zupełnie bez samochodów. To była dawna linia kolejowa między Kolskiem a Konotopem, która obecnie jest asfaltową drogą rowerową. Milutko 😊

Meta była już zupełnie blisko, zaledwie 30 km nas od niej dzieliło. Ostatnie 15 km trasy poznaliśmy na starcie, bo to była ta sama, wspólna trasa, tylko teraz w odwrotnym kierunku. Wiedziałem, że będzie jeden dość długi podjazd w Nowym Kisielinie na 490 km.

Wcześniej był most na Odrze i odkryta droga na której wiatr robił z nami co chciał. Potem było rondo z winogronami, które widzieliśmy w sobotni poranek, aż w końcu przyszedł czas na ten ostatni podjazd.

Tutaj to i mnie wiatr wyhamował do 10-12 km/h, ale w końcu górka została zaliczona.

Zostało zjechać do Drzonkowa i zaliczyć bramę mety, którą przekroczyliśmy o godzinie 12:03, po 28h 18 minutach brutto na trasie. Bardzo ładnie.

Dla porządku dodam, że Adam pokonał dystans 500 km w czasie 24h 51 minut, a Małgorzata jadąca 250 km SOLO zrobiła to w czasie 14h 48 minut zajmując 3 miejsce. Brawa dla Was!

Meta w tym czasie już się generalnie sprzątała i mało kto tam na nas czekał. Ale medale czekały, arbuzy były, piwo 0% też było, także fajnie było.

Po odpoczynku i rozmowach z Weroniką i Robertem szybko przyszedł czas na powrót, bo Sylwia miała pociąg o 15:30 a do centrum ZG było 9 km i trzy podjazdy. Nie było więc co zamulać, tylko jechać 😉

Wkrótce byliśmy w centrum, przy dworcu, gdzie normalnym piwem opiliśmy sukces i Sylwia zajęła miejsce w pociągu, a ja udałem się za zasłużony odpoczynek w hotelu 50 metrów dalej.

Tam zasnąłem szybko i sprawnie, chociaż miałem jeszcze wizję obejrzenia zielonogórskiej Zielonej Strzały. Ale nie wyszło - wyjdzie ,,inną razą” 😉

Zaplanowany powrót w poniedziałek toczył się już w strugach deszczu i naprawdę fajnie, że dworzec PKP miałem po drugiej stronie ulicy. Z Zielonej Góry wróciłem pociągiem z Małgorzatą i tak to weekend spod znaku rowerów, Bachusa i winogron dobiegł końca.

Dzięki Dziewczyny za miłe towarzystwo i podziękowania dla Weroniki Janik za organizację tej ciekawej imprezy.





Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
786.00 km 0.00 km teren
34:27 h 22.82 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:5089 m

MARATON ELBLĄG 780

Sobota, 20 czerwca 2026 · | Komentarze 3

Trasa: ELBLĄG-Iława-Olsztynek-Szczytno-Mrągowo-Kętrzyn-Bartoszyce-Pieniężno-ELBLĄG-Pruszcz Gdański-Żukowo-Kartuzy-Sierakowice-Czarna Dąbrówka-Bytów-Kościerzyna-Starogard Gdański-Malbork-ELBLĄG

GPS

MAPA

GALERIA (z opisem)

GALERIA (różnych autorów)





Może Wam się wydawać, że na pomysł maratonu ELBLĄG 780 wpadłem przypadkiem. Nie, takie przypadki się nie zdarzają 😉

Prekursorem tej rocznicowej imprezy, związanej – przypomnę – z 780 rocznicą nadania Elblągowi praw miejskich, czyli awansu ze wsi do miasta – był maraton 777, który w roku 2014 upamiętniał założenie Elbląga z roku 1237. Jak już tyle tych liczb jest na początku, no to jeszcze dodam jedną – 800 km może już za 11 lat. Kto wie, kto wie? 😉

Tak więc jak już pojawił się pomysł, no to trzeba było przygotować stosową trasę. Taką nie za trudną i długości oczywiście 780 km. Od początku wiedziałem, że maraton będzie jechany na zasadach koleżeńskich, bez wpisowego, bez pomiaru czasu, bez klasyfikacji, bez monitoringu i całej tej regulaminowej otoczki.

Pamiątką z jazdy miały być medale i tutaj wypada podziękować dr Michałowi Missanowi, Prezydentowi Elbląga, za przychylne spojrzenie na ten pomysł upamiętnienia tej znakomitej i oryginalnej rocznicy.

Powstała trasa składająca się z dwóch pętli. Pierwsza przez Krainę Kanału Elbląskiego, Mazury i Warmię do Elbląga liczyła 430 km. Zakładałem, że 780 km to może być za dużo dla kogoś, kto jeździ mniej, a takie 430 km brzmi znacznie spokojniej.

A dla zaawansowanych było drugie kółeczko. Z Elbląga przez Kaszuby i Kociewie do Elbląga. O tak, to wyglądało.

Dla porządku wymyśliłem limit czasu 24 godziny/50 godzin, żeby to jednak nie było całkowite patataj przez cały weekend i spełniało chociaż trochę pozory jazdy sportowej. Nie zamierzałem jednak forsować go za wszelką cenę, wszak to miała być spokojna, koleżeńska jazda bez zbędnej napinki i zarzynania się. A i tak pogoda miała najbardziej rozdawać karty…

Na starcie w piątek 19 czerwca przed godziną 20 czerwca pojawiło się spore grono osób, które wcześniej zgłosiły swój akces, jak i równie liczne grono kibiców. Ci drudzy towarzyszyli nam na początkowych kilometrach, najdalej do Iławy na 80 km.

Zamontowaliśmy numery startowe przygotowane staraniem niezawodnego Marcina ,,Koszmara” i ruszyliśmy w trasę. 10 osób było chętnych na trasę 780 km i jedna na 430 km.

Początkowe kilometry to była jazda jednej grupy w kierunku Iławy. Na wysokości Starego Dolna pożegnały się z nami Kamila i Dorota, potem w Suszu odłączyli Łukasz i Małgorzata, a najdłużej jechał z nami w roli kibica Mateusz.

Jak jesteśmy już przy imionach, to dość szybko straciliśmy z oczy Adama i Zdzisława, którzy od początku włączyli 5 bieg i tyle ich widzieliśmy.

Reszta ekipy trzymała się razem i na pierwszy dłuższy postój w Iławie (80km) dojechaliśmy wspólnie (Sylwia, Jacek, Paweł, Sławek, Marcin B., Marcin K., Krzysiek, Andrzej i ja).
W Iławie dogonił nas też Marek z Braniewa, który gonił nas od Elbląga, bo czegoż się nie robi, żeby pokręcić w tak dobrym towarzystwie 😊

Dalsze kilometry to była króciutka, czerwcowa noc ze słońcem ledwo schowanym za horyzontem. Bocznymi asfaltami dotarliśmy do starej DK 7 w Szyldaku i skierowaliśmy się na Olsztynek (140 km).

Tutaj również nastąpił krótki postój na Orlenie i zaraz ruszyliśmy dalej, na Szczytno. Czekała na nas jedna z moich ulubionych dróg krajowych (DK 58), która pięknie wije się przez lasy i wzdłuż jezior Pojezierza Olsztyńskiego. Galeria z krótkim filmem przyrodniczym poleca się 😉

Do tego są zjazdy i podjazdy i w nocy/nad ranem jedzie się nią bardzo fajnie. Ten odcinek jechałem z Sylwią i Krzyśkiem, a reszta ekipy nieco się oddaliła.

W Szczytnie (200 km) zatrzymaliśmy się na Orlenie, a jakże 😊 Z tym że tutaj czekała na nas Marta, która planowała z nami jazdę do Mrągowa. Co też się stało. Tutaj natomiast pożegnał nas Marek z Braniewa zmieniając kierunek jazdy i jadąc na Olsztyn.

Tymczasem sobotnie słońce zaczęło już swoją pracę i widać było, że lekko nie będzie. Prognozy sprawdziły się dokładnie. Było gorąco.
Dobrym pomysłem była więc lodziarnia w Pieckach, gdzie schłodziliśmy się konsumując te przysmaki.

W Mrągowie (250 km) pożegnaliśmy naszą przewodniczkę, która zawróciła do Szczytna a my pojechaliśmy dalej na północ, do Kętrzyna. Nie zajrzeliśmy na Orlen!😆

W Kętrzynie (275 km) grupa podzieliła się na dwie grupki. Jadący szybciej i lepiej wykorzystujący wiatr w plecy chłopaki pogonili do przodu, a ja od tej pory kręciłem km z Sylwią, Krzyśkiem i Koszmarem.

Schłodziliśmy się na tamtejszym McD, coś tam się zjadło i wypiło i już można było skierować się na zachód. Teraz mieliśmy dużo kilometrów na zachód …

Znaną drogą do Bartoszyc dawno już nie jechałem z tego kierunku, więc można powiedzieć, że taka znana nie była. Wbrew obawom, nie było na niej dużego ruchu i jechało się bezpiecznie.

W Bartoszycach (320 km) na chwilę zatrzymaliśmy się na stacji Moya i polewając się wodą oraz schładzając wnętrze zimnym piwem odpoczywaliśmy w cieniu. Standardowe procedury radzenia sobie w upale.

Za Bartoszycami droga wjechała na Warmię, jakże dobrze znaną drogą wojewódzką 512. Minęliśmy nią Górowo Iławeckie, a w Pieniężnie (370 km) zatrzymaliśmy się na lody w lokalnej lodziarni.

Czuć już było bliskość Elbląga, ale dostępu do niego broniła jeszcze Wysoczyzna Elbląska z kilometrowym podjazdem przy S22 od węzła Frombork. Ulubioną górką Sylwii 😉
Przez chwilę wydawało mi się, że będzie pchać tam rower, ale to były tylko złudzenia. Wjechała całość.

Potem zostało jeszcze zdobycie Milejewa, czyli szczytu Wysoczyzny Elbląskiej i zaczął się długi zjazd do Elbląga. Wcześniej na trasie zostało ustalone, że Krzysiek, Marcin i Sylwia śpią w Elblągu.

Krzysiek u siebie a Sylwia korzysta z gościny Marcina i Joanny. Ja do własnego łóżka bałem się wracać, bo mógłbym zaspać albo zrezygnować, więc skoczyłem jeszcze 40 km przespać się na Żuławach Wiślanych, a konkretnie w Dworku - Hotel Drywa.

Do Elbląga dotarliśmy o godzinie 21, ja zaś ułożyłem się do snu o 22:30. Grupa miała jutro do zaliczenia Kaszuby, należało się zregenerować.

Elbląska ekipa ruszyła z miasta w niedzielę o godzinie 1, ja z Dworka około godziny 3. Dogoniłem ich w Straszynie na Orlenie, gdzie była dobra pora na śniadanie.
A potem zaczęliśmy się pracowicie wspinać na poziom Kaszub. Wspinaczka została na chwilę przerwana przebitą dętką w rowerze Krzyśka i lekkimi problemami z dętkami. Na szczęście moja pasowała 😉

To były Kolbudy, przy fabryce Ziaja (505 km).Dalsze zdobywanie wysokości doprowadziło nas do Kartuz, gdzie na chwilę zaczął się zjazd, ale za chwilę przypomnieliśmy sobie, że Kartuski Park Krajobrazowy to niekończące się interwały.

Pogoda nadal dokazywała na poziomie +30, także lekko nie było. Kaszubskie truskawki sprzedawane przy drodze były ciekawym, słodkim i soczystym doświadczeniem. A burze i związane z nimi ochłodzenie miały się pojawić dopiero popołudniu.

Droga wojewódzka nr 211 od Żukowa do obfitowała w różnej jakości drogi rowerowe, także staraliśmy się z nich korzystać, bo ruch – pomimo niedzieli – panował na niej dość duży. Żeby to jeszcze były długie, spójne odcinki.

Tymczasem zbliżały się Sierakowice, do których prowadził dość długi podjazd. Na tyle długi, że wydawało mi się, że zdobywam jakiś szczyt świata. A to były tylko Sierakowice😂 Dawno tutaj nie byłem, to i się zapomniało układu trasy.

Niemniej, całkiem obiektywnie należy stwierdzić, że jak pierwsze 500 km miało 3000 metrów przewyższeń, tak niedzielne 200 km (po odliczeniu płaskich Żuław Wiślanych) miało 2000 metrów. To dość dobrze pokazuje skalę trudności, zwłaszcza że Kaszuby nie były jechane ,,na świeżo”.

W końcu jednak dotarliśmy w całości do Czarnej Dąbrówki (575 km), gdzie z klimatyzowanej Żabki nie chciało się nam wychodzić. Ale że nieopodal była zielona trawa w cieniu, to tam się rozłożyliśmy z rowerami. To był czas kolejnego śniadania i pożegnania się z najtrudniejszym odcinkiem Kaszub.

Teraz czekała nas jazda do Bytowa (600 km), gdzie odwiedziliśmy Orlen w ramach schładzania się i nawadniania. Klimat w dalszym ciągu trzymał poziom, ale budujące się chmury zwiastowały zapowiadane burze i opady. Co ciekawe, wiatr się odwrócił i ponownie wiał nam w plecy. Miło z jego strony 😉

Odcinek Bytów – Kościerzyna zrobiliśmy krajówką nr 20 i to był ostatni moment, żeby tamtędy jechać. Zaczynał się ruch samochodów związany z weekendowym powrotem i blachosmrodów zaczęło dynamicznie przybywać. Fajna droga rowerowa wzdłuż DK 20 od Kornego do Kościerzyny załatwiła sprawę.

Całkiem już spokojnie i wygodnie dotarliśmy do Kościerzyny (640 km), gdzie planowaliśmy obiad. Tuż przy wjeździe do miasta objawił się nam bar Zigi. Miejsce absolutnie godne polecenia z uwagi na smaczne, ogromne i tanie jedzenie. Nie ma tam co prawda makaronu, tak lubianego na trasach ultra.

Ale są konkretne zupy z pomidorową na czele (makaron)😉 i ogólnie takie porcje, że nim nie podołaliśmy. Schabowe okazały się za duże, porcje zupy za duże, że o ogromnym talerzu wątróbki przykrytej frytkami nie wspomnę. Zestawy surówek też gigantyczne.

Dobrze, że w czasie obiadu rozpętała się burza nad Kościerzyną, bo był czas strawić to w miarę spokojnie 😊 Ta burzowa chmura goniła nas już przed miastem, ale uciekliśmy jej a teraz w spokoju obserwowaliśmy lejący deszcz.

Mocny opad niebawem przeszedł w etap kropienia, więc po naradzie postanowiliśmy jechać dalej. Robiło się coraz później, a do mety było jeszcze 140 km. Co prawda z górki, z wiatrem i na płaskie Żuławy, ale jednak na dużym już zmęczeniu.

Zjazd z Kaszub poszedł szybko i sprawnie, pomimo mokrego asfaltu i dość dużego ruchu na wojewódzkiej 214.

Od Zblewa wzdłuż DK 22 jechaliśmy sobie z małą przerwą drogą rowerową do samego Starogardu Gdańskiego, gdzie po analizie czasowej postanowiłem skrócić trasę i nie jechać już do Pelplina. Poniedziałek zbliżał się coraz szybciej, a w pracy należy pracować, a nie odsypiać weekendowe wojaże 😊

Uzupełniliśmy zatem zapasy na tamtejszym Orlenie (690 km) i pojechaliśmy dalej DK 22 w kierunku Wisły.

Królową przekroczyliśmy mostem knybawskim i dobrze znaną drogą rowerową pokręciliśmy do Malborka.

A stamtąd to już tylko rzut beretem dzielił nas od mety w Elblągu.

Odprowadziliśmy jeszcze Sylwię do domu w Karczowiskach Górnych, bo rodzynkowi (rodzynce?) na tej trasie to się po prostu należało 😊 Była jedyną bikerką, która podjęła trud jazdy na pełnym dystansie i zrobiła to z sukcesem.

A my podjechaliśmy jeszcze pod napis ❤️ELBLĄG na bulwarze, czyli w miejsce, gdzie ponad dwie doby temu cała przygoda się zaczęła. Dobiegała północ, także na trasie byliśmy 54 godziny brutto.

Dziękuję wszystkim którzy w jakikolwiek sposób wzięli udział w tej jeździe. Szczególne gratulacje składam finiszerom 780 km – to w sumie 8 osób z czego Koszmar zrobił swoją życiówkę 👏👌 Trzy osoby zakończyły jazdę na 430 km a jako ciekawostkę podam, że najszybszy ultras w Elblągu pojawił się nieco przed godziną 17. 

O nazwiska proszę się nie pytać – klasyfikacja, jak wspomniałem, nie była prowadzona 😁

Wręczenie pamiątkowych medali nastąpi 19 lipca podczas zawodów Elbląg Road Race, które także wpisują się w obchody 780 lecia nadania Elblągowi praw miejskich, jednemu z najstarszych miast w Polsce.

Do zobaczenia!














Dane wyjazdu:
311.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1593 m

MRDP - ETAP XII

Środa, 3 września 2025 · | Komentarze 0

Trasa: DZIWNÓW-Kołobrzeg-Darłowo-Ustka-Smołdzino-Wicko-Krokowa-ROZEWIE

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 




Opuszczenie ostatniego noclegu na tym maratonie wymagało obudzenia gospodyni, która wczoraj została zapoznana ze specyfiką mojego spania i z czego wynika konieczność wyjazdu o 3 rano. Nie robiła trudności, zrozumiała 😊

Wystartowałem sprawnie, obawiając się chłodu poranka, tym bardziej, że wody dookoła było dużo – Bałtyk a rzeka Dziwna po drugiej stronie. Niepotrzebnie, bo to była ciepła nocka.

Pustą drogą, która w zasadzie taka była do Kołobrzegu – wszak to już było po wakacjach – jechało się przyjemnie, nie licząc tych kilku ambitnych kierowców którzy trąbili na mnie, kierując gestami na zasypane szyszkami, igłami i Bóg wie raczy wiedzieć czym jeszcze drogi rowerowe, które czasami się pojawiały.

Wiedziałem o ich stanie, bo wczoraj od Międzyzdrojów próbowałem trochę nimi jechać. Ale wieczorem doszli jeszcze piesi, a to już był hardcore 😁

Także pedałowałem sobie spokojnie, licząc po 6 godzin brutto na każde 100 km, co dawało mi czas przybycia na metę o godzinie 21.

Pierwszy postój zaliczam na śniadanie w Pobierowie, na stacji BP. Wchodzi jakaś zapiekanka sprzedana przez okienko i pepsi. Napotykam tutaj z dwóch zawodników, którzy nockę jechali, jeden z nich to Zdzisław Piekarski, doświadczony Ultras.

Robię swoje i ruszam. Mijam Trzebiatów, Kołobrzeg, wszystko już kiedyś jechane i pamiętane.

Coraz mniej kilometrów, coraz mniej wątpliwości, że to faktycznie się dzieje, że powoli zamykam kółko dookoła Polski. Wiatr tym razem raczej nie sprzyja, wieje z boku, z południa. Tylko czasami pomaga, ale grunt że nie wieje ze wschodu.

Od Kołobrzegu ruch na starej krajówce nieco większy, ale nie to co było tutaj kiedyś, jak nie było obok S6. Potem skręcam na Mielno, miejscowość z super pasami rowerowymi w jezdni, najlepszym rozwiązaniu jakie można sobie wymyślić. Bez pieszych, bez szyszek, bez problemów.

Odtąd często trasa będzie prowadziła szlakami EuroVelo nr 10 i nr 13, w sumie prawie do Elbląga idzie już nimi dotrzeć 😉

Mijam Darłowo, zbliżam się do końca województwa zachodniopomorskiego korzystając z nowej, świeżo skończonej drogi wojewódzkiej nr 203 Darłowo-Ustka. Jedzie się elegancko, tylko upał jakby dokucza bo droga jest zupełnie bez cienia, czyli czuję się jak jajko na patelni.

Cóż, trzeba się nawadniać, trzeba korzystać ze sklepów, jeść lody, pić wodę i zmierzać do mety.

Zbliżam się do Ustki, za którą wiem, że nie będzie tam zbytnio okazji zjeść obiad, ale że przy drodze w Ustce niczego nie namierzam, to przelatuję miasto i jadę dalej. W końcu lody to też dobre jedzonko 😉

Docieram do Smołdzina, które po raz pierwszy odwiedziłem jeszcze w XX wieku, podziwiając wtedy Górę Rowokół znajdują się nieopodal. Teraz mam 100 km do mety i żadne Rowokoły mi nie w głowie.

Wkrótce wjeżdżam na drogę wojewódzką nr 213, którą będę jechał aż w okolice Żarnowca. Kilometry trochę się dłużą, droga ładna, ale nudna, bo jechana całkiem niedawno.

Szykuję się mentalnie na ostatni solidny podjazd MRDP, czyli wspinaczkę z poziomu Jeziora Żarnowieckiego do Krokowej.

Zanim to nastąpi jest zjazd, bardzo ładny i szybki. Potem mijam elektrownię szczytowo-pompową Żarnowiec i zaczynam jazdę pod górę.

Końcówkę podjazdu kręcę na oparach, motywuję się sztosami nienadającymi się do cytowania. Wcześniej w różnych miejscach odpalałem muzykę z YouTube, specjalnie zamówionego na 1 miesiąc darmowego okresu próbnego. Ale to było na dobrym telefonie z ogromną baterią, a nie na bieda Samsungu 😁

W końcu podjazd został za mną, a ja z wiatrem w plecy wpadłem do Krokowej. Chwilę potem była Karwia, gdzie zobaczyłem 5% na telefonie. Podłączyłem powerbank i ruszyłem na ostatnią, naprawdę ostatnią prostą do Jastrzębiej Góry.

Odpoczynek już przed startem zaplanowałem optymistycznie w hotelu Primavera, który teraz należało zarezerwować. Sprawnie załatwiłem formalności i ruszyłem na metę pod latarnią morską w Rozewiu. To było ostatni kilometr, podczas którego chciało mi się śpiewać, tańczyć, płakać, wszystko mi się chciało chcieć 😂

Ale że ludzie byli dookoła, to tylko sobie spokojnie jechałem drogą rowerową. Tą samą, którą MRDP się zaczynało 23 sierpnia.

Na mecie czekał na mnie Zenon Wosiek, kolega z Elbląga, który zgłosił się jako wolontariusz MRDP do obsługi mety. Nakręcił niesamowity film z mojego wjazdu na metę, film który jest tak autentyczny, że aż mi się wierzyć nie chce. Nie jest długi, ale wyraża wszystko w tamtym momencie. Zobaczycie go w galerii, wrażliwe uszy z góry przepraszam 🤦 Dzięki Zenek, raz jeszcze 😍

Oficjalnego SMS z mety wysłałem – nie bez trudności, bo komórka nie naładowała się – o 20:26 i taki też czas widnieje w wynikach. 272 godziny i 26 minut przebywałem na trasie, w końcu ją pokonując i ustanawiając swój nowy rekord jazdy non-stop. 2/3 celów zostało zrealizowane!

Pozostało z Zenkiem udać się na obiad finiszera, który był oczywiście smakowitym makaronem. W biurze zawodów było jeszcze kilku ultrasów z dyrektorem Danielem na czele, był czas na rozmowy, pierwsze wrażenia i dokładne obejrzenie medalu. Medalu, który od roku 2017 jest wręczany także osobom, które nie ukończyły MRDP w limicie czasu 240 godzin.

Wtedy, kiedy w wyniku awarii zjechałem z trasy do Przemyśla, bo wiedziałem że nie zdążę w limicie na metę, byłem oburzony i wkurzony polityką organizatora, który według mnie w ten sposób deprecjonował trudność MRDP.

Argument, że ludziom który jechali 11, 12 a i 14 dni należy się docenienie w ten sposób nie trafiały do mnie. Tym bardziej, że w 2017 roku mogłem naprawić rower (pękły 2 szprychy) i jechać spokojnie dalej. Ale się wycofałem, bo limity na ultramaratonach są najważniejsze. Nie zrobiłbym tego, gdyby wiedział wtedy o zmianie polityki nagradzania.

Ponieważ jednak punkt widzenia zależy czasami od punktu siedzenia, to teraz, w roku 2025 nie miałem żadnych oporów, aby medal zamykający moje ,,puzzle MRDP” przyjąć. Jako docenienie trudu włożonego w trasę, ale ze świadomością, że celu sportowego nie osiągnąłem. Ktoś jeszcze dodał: zapłaciłeś, to bierz 😂

Po tych ciekawych rozmowach nadszedł czas na prawdziwy, w końcu prawdziwy, nocleg. Udałem się do Primavery i po wieczornym rytuale poszedłem na dłuuuuugie spanie. Tak długie, że na śniadanie serwowane do godziny 10:00 zszedłem lekko po godzinie 9. Długo spałem, długo jadłem a potem poszedłem na długi masaż relaksacyjny i jeszcze dłuższy spacer po bałtyckiej plaży.

Zaczęła się rehabilitacja … rowerzysty spełnionego ❤️











Dane wyjazdu:
265.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:23.0
Podjazdy:1609 m

MRDP - ETAP XI

Wtorek, 2 września 2025 · | Komentarze 0

Trasa: KOSTRZYN nad ODRĄ-Cedynia-Gryfino-Szczecin-Wolin-Międzyzdroje-DZIWNÓW

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 




Budzik jak zwykle budzi za szybko, za głośno i w ogóle nie wiadomo, po co dzwoni. No ale skoro hałasuje to trzeba wdrażać rytuał poranny, uzupełniony o zejście do recepcji i sprawdzenie, czy łaskawie śniadanie w torbie czeka. No, jest i to jest dobra wiadomość o poranku chwilę po godzinie 2 😊

Zjadam je, ubieram się i sprawdzam pokój Kazika. Też gotowy, także ruszamy.

Pustymi ulicami opuszczamy Kostrzyn obok ogromnych zakładów papierniczych. Nie pada, ale czuć wilgoć w powietrzu, a prognoza mówi, że padać będzie. Godzinowo wychodzi mi, że będę wtedy w okolicach Szczecina.

Pojawia mi się refleksja, że jeszcze 5 dni temu byłem w Bieszczadach, a dzisiaj pojawię się po drugiej stronie Polski, w Szczecinie. Brzmi to lekko zwariowanie 😉

Pewne za to jest, że dzisiaj o 12:00 upływa limit 240 godzin przeznaczonych na regulaminowe pokonanie MRDP. To już od wielu kilometrów i dni jest nierealne, teraz walka idzie o to, żeby w końcu tę trasę przejechać.

Dlatego nie gonię szybciej jadącego Kazika, bo na ultra, a już na pewno na tym etapie tak długiego maratonu nie należy jechać nie swoim tempem. To może być niezdrowe.

Tymczasem na trasie zaczyna kropić deszcz, jestem niedaleko Mieszkowic, gdzie skręcam z DK 31 na lokalne asfalty w kierunku Siekierek i Cedyni. Przed Cedynią zaglądam na drugie śniadanie do McD, gdzie jajecznica z wrapem wchodzi jak marzenie – jak ja marzyłem o jajkach 😁

W tym czasie leje całkiem zgrabnie, trochę przeczekuję i w końcu ruszam. Mijam Cedynię, wspinam się do wsi Piasek, a potem nowym asfaltem jadę do Krajnika Dolnego z panoramą niemieckiej rafinerii w Schwedt.

Wkrótce znowu pedałuję po DK 31. Tym razem samotnie, w deszczu i sporym ruchu. Emocjonujące warunku potęgują się przy elektrowni Dolna Odra, gdy jadąc w okolicy setek słupów energetycznych słyszę trzaski wyładowań elektrycznych. Do kompletu widowiska brakuje tylko burzy z piorunami 🤦😉

W Gryfinie robię sobie przerwę pączkowo-sklepową i uzupełniam kalorie oraz picie. Teraz zaczyna się najtrudniejszy odcinek, czyli mijanka Szczecina przez Zdroje i Dąbie, prawobrzeże tego miasta.

Ruch jest duży, deszcz pada, a nawet leje, jadę środkiem drogi, bo pobocze jest w koleinach zalanych wodą, ze studzienkami, dziurami i innym niewidocznym syfem.
A skończyć MRDP w Szczecinie to już byłby totalny pech.

Tymczasem to kończy się limit czasu – podsumowuję to na fejsie:
,,Dla porządku informuję, że limit 240 godzin na pokonanie trasy 3200 km MRDP Maraton Rowerowy Dookoła Polski właśnie minął w samo południe (12:00). Ja tymczasem piszę te słowa z zalewanego wodą Szczecina, co oznacza że nie uporałem się z trasą w tym limicie. A jak wiadomo, limity w ultra są najważniejsze. Jak dobrze pójdzie to trasę tę pokonam, ale to jeszcze chwilę potrwa. Zostało z 430 km. Także popchajcie jeszcze trochę kropeczkę, chociaż nie obrażę się, jak już macie dosyć tej pomocy. Pozdrawiam wszystkich serdecznie”.

W końcu pada tak, że rzeka płynie i pasem ruchu na którym ja jestem. Godne wspomnienia jest to, że nikt na mnie nie trąbi, nikt nie wyprzedza na wariata, ciąg samochodów grzecznie jedzie za mną.

Szacun dla Szczecina, doceniam 👌 Zapewne pewne znaczenie ma to, że świecę w tył z trzech lampek: Bontragera Flare i 2x Mactronic Walle.

Wyłania mi się Orlen to skręcam i odpoczywam nad kawą patrząc, ileż to jeszcze będzie tego deszczu. Nie za dużo, także czekam i jak już tylko kropi i niebo ma niebieskie przebłyski ruszam dalej. W sumie kropi na mnie do Wolina, ale to wszystko w znośnej, letniej temperaturze.

Trasę od Szczecina znałem, bo kiedyś sprawdziłem ją z Endrju, a i w 2022 roku na Zachód MRDP prowadziła podobnie.

Samochody otaczały mnie do Goleniowa, no ale skoro tamtejszy park przemysłowy jechałem lekko po godzinie 14 to pustych dróg nie należo oczekiwać. A potem było coraz ciszej, coraz zieleniej i coraz fajniej. Do czasu 😪

Nad Zalewem Szczecińskim w Stepnicy zobaczyłem, że ekran Hammera zaczyna dziwnie mrugać. Mrugnął raz, mrugnął dwa i zrobił się ciemny. Po chwili się włączył i było OK. Za Wolinem akcja się powtórzyła, ale ciemność została na dłużej i ekran już mi nic nie wyświetlił.

Tym sposobem zostałem bez nawigacji i bez możliwości kontaktu z kimkolwiek. Nawigacja na tym etapie to był mniejszy kłopot, bo jak i gdzie jechać to ja wiedziałem, ale telefon nie tylko do tego służy.

W Międzyzdrojach udałem się zatem na poszukiwania serwisu, żeby zdiagnozować co też się wydarzyło i spróbować naprawić. 

Dla porządku dodam, że w okolicach nowej drogi S3 za Dargobądzem Daniel w ramach przybliżania przyrody Wolińskiego Parku Narodowego poprowadził MRDP gruntówką przez las. Nie za długą, ale po deszczu wybornie szosową 😂

Tymczasem w serwisie usłyszałem lekko druzgoczącą diagnozę, że telefon jest zalany. Wodoodporny Hammer … zalany … Pod obiektywami aparatu były widoczne krople, także to była prawda. Prawdopodobnie rozszczelnił się przez włącznik, często używany z definicji.

Nie mogłem zostać bez telefonu, więc ta przygoda kosztowała mnie 400 zł wydane na jakiegoś biednego Samsunga, którego bateria nie starczała na jeden dzień. Prawie bez używania nawigacji.

W Międzyzdrojach straciłem dobrą godzinę, robiło się już ciemno, ale ruszyłem dalej, aby spać jak najbliżej mety, którą planowałem osiągnąć jutro do wieczora.

Z wiatrem w plecy pognałem na wschód, znowu spotkałem Kazika, który planował już longiem ciągnąć na metę.

Przez chwilę pomyślałem, że to dobra idea, ale jak w Dziwnowie pojawiła się miejscówka tuż przy drodze o nazwie ,,Dom Gościnny Nord”, to jednak poszedłem spać.

Te 5 godzin odpoczynku już nie miało większego znaczenia dla końcowego wyniku, a zwiększało bezpieczeństwo.

Budzik ustawiłem na 2 w nocy, odbyłem rytuał wieczorny i zasnąłem. Jutro miał być wielki dzień!






Dane wyjazdu:
296.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1695 m

MRDP - ETAP X

Poniedziałek, 1 września 2025 · | Komentarze 0

Trasa: PIECHOWICE-Świeradów Zdrój-Zgorzelec-Gubin-Frankfurt nad Odrą-Słubice-KOSTRZYN nad ODRĄ

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 



Cichutko i prawie na paluszkach (w podkutych butach SPD to prawie niemożliwe) opuszczam kwaterę w Piechowicach a śniadaniem na rozruch są dwa batoniki musli kupione wczoraj w lokalnej Żabce. Na inne śniadanie o 2 w nocy tutaj liczyć nie mogę.

Ruszam do Szklarskiej Poręby, gdzie zaczynam podjazd z Dolnej do Górnej przez Średnią. Mijam zeszłoroczną metę RAP 1800 i porównując, to teraz jestem w znacznie lepszej formie niż po tamtym maratonie.

Tam upał i szaleńcze tempo finiszu dokonało zniszczenia, teraz niewątpliwie jadę w sposób znacznie bardziej rozważny.

Podjazd wkrótce się kończy, a zaliczam go bez pchania. Teraz Zakręt Śmierci i jazda w dół do Świeradowa Zdrój. Tam będzie ostatni podjazd MRDP, ale wcześniej Orlen na którym planuję konkretne śniadanie.

Pędzę w dół, robi się niezwykle zimno, a ja rozgrzany podjazdem zaczynam marznąć. Nie chce mi się stawać, więc Orlen w Świeradowie witam, jak się wita oazę na pustyni. Wpadam i od razu zaczynam robić herbatę, bez podchodzenia do kasy 😂

Obsługa patrzy nieco zdziwiona, ale że z herbatą nie uciekam, to i policji nie wzywają😉

Dorzucam do tego hot doga i burgera i powoli wraca do mnie życie. To był jedyny tak lodowaty poranek na całej trasie.

Za Świeradowem droga dalej prowadziła w dół, ale już było mi ciepło. Zatrzymałem się na chwilę w Sulikowie z jego słynnymi domami przysłupowymi, kojarzącymi mi się z naszymi żuławskimi podcieniami.

Potem był Zgorzelec w którym widać było ślady weekendowych imprez nad Nysą Łużycką. Teraz był 1 września i zabawy się skończyły, a zaczęła szkoła. Zrobiłem tam małe zakupy i ruszyłem dalej.

Trasa zrobiła się płaska, wiatr nie przeszkadzał i jechało się dobrze. Mnie nic szczególnie nie bolało, jada na wysokiej kadencji (90+) od samego początku sprawdziła się. Kolana spuchły, lewe ścięgna spuchły, ale utrudniało to chodzenie a nie jechanie. Po maratonie także.

Z każdym kilometrem zbliżałem się do kilku odcinków specjalnych, czyli lubuskich bruków. Rok 2022 i prawie nie ukończony maraton Zachód MRDP nauczyły mnie dokładnie, jak pokonać je bez eksplodujących dętek i pękających opon.

Po prostu jechałem po kamieniach i po kostce w ogóle nie dotykając piaszczystego pobocza. Te odcinki nie są długie, można je cierpliwie przejechać z prędkością 10-15 km/h, traktując to jako odpoczynek.

Nagrodą na tych drogach była całkowita pustka od samochodów, bo te kilka sztuk w dzień roboczy to trudno liczyć jako ruch. Do tego fajne lasy Borów Dolnośląskich, sympatyczna pogoda i otwarte wszystkie, nawet najmniejsze sklepiki.

Spokój jazdy na 10 km zaburzyła jazda DK 12 od Starych Czapli do Trzebieli, gdzie od granicy z Niemcami ciągnęły się TIR-y. Ale potem znowu zapanował spokój.
A jak w Brodach skończyły się odcinki brukowane i piaszczyste, to już w ogóle zrobiło się milutko. A do tego całkiem gorąco, bo słońce przygrzewało konkretnie i o porannym chłodzie dawno już zapomniałem.

Dość powiedzieć, że na stacji paliw w Starosiedlu przed Gubinem pochłonąłem całe, litrowe opakowanie czekoladowych lodów Grycan. Nie róbcie tego poza ultra! 😂
W Gubinie, wiedząc, że w ramach mijanki promu na Odrze w Połęcku trasa MRDP prowadzi z 50 km przez Niemcy, odwiedziłem McD i zjadłem tam obiad, ładując także elektronikę.

Upchnąłem jeszcze dwie puszeczki coli i tak przygotowany – żeby nie wydawać euro w Niemczech – wjechałem na szlak Odra –Nysa po niemieckiej stronie przez przejście graniczne Żytowań. Chyba nie muszę pisać, że byłem tutaj po raz pierwszy.

Szlak na tym odcinku – do Frankfurtu nad Odrą/Słubic – jest poprowadzony asfaltem, albo na koronie wału(węższy i sprawiający wrażenie starszego) albo u podnóża (szerszy) i wyglądający jak droga techniczna. Czasami występowały i tu, i tu. Pojawiały się także miejscowości i wtedy nie było widoczności Nysy albo Odry.

Co najważniejsze – nie było zupełnie żadnych samochodów, tylko ruch rowerowy, pieszy (biegacze) albo hulajnogi. Asfalty dobrej jakości, bez porównania z tym co oferowało Połęcko i jego okolice.

Dłuższy postój zrobiłem przy dawnej elektrowni w Eisenhüttenstadt , której niemiecka nazwa (Vogelsang) powinna się w Elblągu dobrze kojarzyć 😉 Stojące już tyle lat kominy z cegły sprawiają duuuuże wrażenie.

Po powrocie do Polski przez centrum Frankfurtu wjechałem do Słubic i rozpocząłem ostatnie 30 km tego dnia, do Kostrzyna nad Odrą, gdzie zamierzałem przenocować.
Na tych kilometrach towarzyszył mi ponownie Kazik Kosiński, Ultras z Płocka. Mocno poobijany w wyniku gleby nie poddał się i walczył do końca. Tymczasem razem przejechaliśmy dość ruchliwą krajówkę nr 31 na odcinku do Kostrzyna.

Zameldowaliśmy się w hotelu Bastion o którym miałem dobre mniemanie, słyszałem że to jeden z punktów kontrolnych RAP. Tymczasem na ,,dzień dobry” usłyszeliśmy same ,,nie”🤦

Pani w recepcji nie wie, czy uda się zrobić dla nas lunch pakiety, nie wie czy da radę je dostarczyć nam do pokoju, albo pod pokój i na koniec nie chciała nas z rowerami w pokojach (oczywiście ją przekonaliśmy). Miejsce przyjazne rowerzystom jak nic – może tylko dla Remka 😉

Uratowało ich umiejscowienie, bo byli na wjeździe do miasta, przy samej krajówce.

Tymczasem była pora rytuału wieczornego, ustawienia budzika na 2 w nocy i lulu. Postanowiliśmy z Kazikiem razem ruszyć, a potem to się zobaczy…













Dane wyjazdu:
227.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:70.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:3465 m

MRDP - ETAP IX

Niedziela, 31 sierpnia 2025 · | Komentarze 0

Trasa: STRONIE ŚLĄSKIE-Międzylesie-Zieleniec-Kudowa Zdrój-Radków-Głuszyca-Mieroszów-Lubawka-Kowary-PIECHOWICE

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 




Tak jak ,,odprawiałem” rytuał wieczorny, tak też poranki o 1 w nocy miały swój schemat. Dzwonienie telefonu, orientacja w ciemnościach i kojarzenie, czy na pewno już trzeba wstawać, potem proces wstawania – koniecznie z prawej nogi😉 i start do łazienki.

Tam wiadomo co i przystępowałem do jedzenia. W międzyczasie czytałem, co tam piszecie ciekawego – jeszcze raz wielkie dzięki za kibicowanie, za myślenie o wariacie, co to porywa się na istne szaleństwo.

Przez ciekawość napiszę Wam, że w kategorii krótkich wiadomości wygrał mój Młody z tekstem ,,Odwagi i do przodu! Tak chcę by Ci się udało”. Umie motywować, nie ma co❤️ Wjechał mi na ambicję!

Tymczasem po 2 w nocy rozpocząłem ze Stronia wspinaczkę na przełęcz Puchaczówka. Piękny podjazd z równie wspaniałym zjazdem, który jednak w warunkach nocnych musiał być pokonany ostrożnie.

Do tego pod jego koniec zaczął padać deszcz, także do Wilkanowa wjechałem razem z opadem. Tam przestało padać i kiedy już myślałem, że do Międzylesia dotrę na tamtejszy Orlen na sucho, już na krajówce nr 33 zaczęło lać jak z cebra.

Dobrze, że była pusta bo mogłem bez problemowo na zjazdach jechać środkiem jezdni, która nie była taka zalana.

Na Orlenie zjadłem drugie śniadanie, trochę się ogrzałem i ruszyłem dalej. Prognozy pokazywały, że ten deszcz to taki epizod i potem z każdą chwilę powinno być ładniej.

Tak faktycznie było, ale teraz jeszcze musiałem uważać, żeby się nie przewrócić na śliskiej kostce DK 33 w samym miasteczku. A potem wraz ze wschodem słońca rozpocząłem wspinaczkę ku Zieleńcowi, najwyższemu dzisiaj punktowi trasy.

Obecnie to jest dzielnica Dusznik Zdrój. Droga w jego kierunku to Autostrada Sudecka (tylko z nazwy oczywiście) na której spotkałem wymalowane różne, motywujące na wesoło, napisy dla jadących MRDP. Fajnie😊

Jej początkowy odcinek to było pchanie dziko stromego – albo tak mi się tylko wydawało – podjazdu, który na szczęście nie był długi. A potem to już takie interwały i w końcu delikatne zdobywanie wysokości, aby po przekroczeniu 900 metrów n.p.m znaleźć się pod wyciągami Zieleńca.

Stąd czekał szaleńczy zjazd do przełęczy Polskie Wrota na DK8 i dalej równie piękny zjazd do Kudowy Zdrój. W Kudowie zatrzymałem się przy pączkarni, bo zapach świeżo smażonych pączków był zniewalający, a czekająca wspinaczka Drogą Stu Zakrętów na przełęcz Lisią usprawiedliwiała wszystko 😂

Zjadłem 3, popiłem wodą i ruszyłem dalej. Marzyłem, żeby dzisiaj opuścić góry, czyli dotrzeć do Świeradowa Zdrój, ale jak to z planami bywa 😉

Niebawem oglądałem najwyższy szczyt Gór Stołowych, czyli Szczeliniec Wielki, a potem zaczął się zjazd do Radkowa. Potem podjazd, potem zjazd i tak na zmianę. Zero nudy, a jeszcze słońce przyjemnie grzało.

Przed Głuszycą czekał odcinek specjalny, czyli asfalt o charakterze MTB między Włodowicami a Świerkami Kłodzkimi. I to nie był tylko podjazd, ale także na zjeździe też nie było mowy o rozwinięciu prędkości, pomimo pełni dnia – mijała właśnie 8 doba jazdy a licznik pokazywał około 2200 km.

Jak jesteśmy przy liczniku, to właśnie w tych okolicach przestał on ze mną współpracować i się zepsuł. Raz pokazywał prędkość, raz nie. Także i km na koniec dnia przestały się zgadzać, bo jak nie mierzył prędkości, to i nie naliczał kilometrów. Od teraz służył mi jako zegarek; ta awaria nie miała większego znaczenia.

W Głuszycy w końcu byłem za dnia i mogłem się przyjrzeć temu miasteczku. A że pora była obiadowa, to i przyjrzałem się lokalnemu kebabowi, chociaż to było nieco ryzykowne, jak to w kebsach.

No, ale przy trasie nie było niczego innego, a ja skręcałem na Unisław, gdzie i ze sklepami mogły być kłopoty. Kebab wszedł na spokojnie, popiłem wszystko ayranem i pojechałem dalej.

Przejeżdżając przez Rybnicę Leśną spojrzałem na tamtejszy przystanek autobusowy, na którym nocowałem podczas ostatniej nocki RAP 1800 w zeszłym roku i zostałem obudzony przez mieszkańców. Na MRDP noclegi przystankowe nie wystąpiły z przyczyn oczywistych.

Dalej był Unisław w którym nie znalazłem nic do picia, a bidony właśnie opustoszały. Dobrzy ludzie poratowali mnie flaszką mineralnej, a ja za parę km minąłem Orlen w Mieroszowie, którego akurat nie miałem na swoje ściągawce.

Dalej była wspinaczka w kierunku Chełmska Śląskiego, remontowana w zeszłym roku droga była już gotowa i można było lecieć na pełnej prędkości koło domków chełmskich tkaczy.
W Lubawce spotkałem Kazimierza Kosińskiego, którego Garmin wariował i uparcie kazał mu zawracać, twierdząc, że źle jedzie. Mój Garmin w głowie i w Hammerze twierdził inaczej i na szczęście Kazik dał się przekonać 😁

Trochę pojechaliśmy razem, potem ja odskoczyłem na wspinaczce pod przełęcz Kowarską i paskudnym zjazdem, tzw. Drogą Głodu zameldowałem się w Kowarach.

W Kowarach podczas odpoczynku zadzwoniłem do Lake Hill Spa nad Zbiornikiem Sosnówka z pytaniem, czy jest możliwość masażu pleców ,,na cito”?
Zaczynałem coraz bardziej odczuwać trudy tej podróży i wcielałem w życie koncepcje awaryjne. Ośrodki z masażami też były na ściągawce. Pani była bardzo uprzejma, ale nie dała rady pomóc.

Trzeba było kręcić dalej i liczyć, że koniec gór da odpocząć kręgosłupowi. A do końca daleko już nie było, Świeradów sobie odpuściłem, bo prowadził do niego podjazd na Zakręt Śmierci w Szklarskiej Porębie. A to zła nazwa była w tym momencie …

Minąłem za chwilę skrzyżowanie na Karpacz i dziękując Opatrzności, że trasa MRDP tam nie prowadzi (RAP tam jeździ) i omija długi podjazd przez miasto do skoczni narciarskiej Orlinek, skręciłem w kierunku Piechowic.

Planowałem spanie w Szklarskiej Porębie Dolnej, tak aby zaczynać znowu dzień od rozgrzewającego podjazdu, ale jak w Piechowicach zobaczyłem przy drodze agro ,,U Jolki” z komunikatem ,,wolne pokoje” to się nie wahałem.

Zafundowałem sobie najszybszy koniec dnia (poza awaryjną Rutką-Tartak), szybko wdrożyłem rytuał wieczorny i zaległem na całe 6 godzin spania. Jutro czekał definitywny koniec gór, czekały bruki województwa lubuskiego i ciekawy, zupełnie nieznany odcinek przez Niemcy na szlaku Odra-Nysa.

Budzik ustawiłem na 2 w nocy i padłem do łóżka.







Dane wyjazdu:
266.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:52.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:2486 m

MRDP - ETAP VIII

Sobota, 30 sierpnia 2025 · | Komentarze 0

Trasa: MILÓWKA-Istebna-Wisła-Cieszyn-Kietrz-Głubczyce-Głuchołazy-Złoty Stok-STRONIE ŚLĄSKIE

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 





Budzi mnie kapanie deszczu w okno połaciowe kilka minut przed godziną pobudki. Jestem lekko zdziwiony, bo w prognozach susza.

Nic, wstawać trzeba, bo chociaż to urlop, to jednak z kategorii katorżniczych 😉Zjadam małe co nieco na rozpęd, bo do Koniakowa, a potem do Wisły będą miał dwa podjazdy i energia się przyda.

Wychodzę z hotelu, deszcz już nie pada, ale gwiazd też nie widać, także chmury jakieś są.

Zaczynam podjazd w miejscowości Szare, jednej z legend MRDP, bo jego część prowadzi po dobrze znanym ludziom z Żuław Wiślanych betonowych płytach typu ,,jumbo”. Dziurkowanych.

Wcześniej przeczekuję ulewę pod szczęśliwie napotkanym w czas kościołem. Nie pada zbyt długo i ruszam od razu, bo nie chce mi się czekać, w końcu wyspany jestem a zaplanowany dzisiaj etap do Kotliny Kłodzkiej to całkiem solidne ponad 250 km.

Po wspomnianych płytach robię sobie rundę pieszą (a taka ładna, asfaltowa droga techniczna wzdłuż S1 jest do Koniakowa. I to bliżej granicy, Daniel).

Potem przyspieszam, bo nie chcę być z porannym szczytem komunikacyjnym w Cieszynie, który generuje z każdej strony ruch do i z miasta, a jeszcze dodatkowo do i z Czech.
Mijam Koniaków, Istebną, zaliczam przełęcz Kubalonka i szybko lecę w dół do Wisły. Miasto Małysza jeszcze śpi, jedzie się super, oczywiście nic już nie pada od Koniakowa.

Potem włącza się wiatr, także Ustroń pojawia się po chwili a ja skręcam na Cieszyn. Wyrabiam się idealnie, o 5 rano jestem w Cieszynie i wyjeżdżając z niego zaczynam obserwować samochodozę.

Ale mnie to już nie dotyczy. W Zebrzydowicach mijam zawsze hałasującą stację kolejową, a potem na chwilę wpadam do Czech – pod koniec dnia czeskich dróg będzie więcej niż 5 km😉

Zaraz potem jest Godów Pawła i Sebastiana, czyli Silesia Maraton Team a ja zatrzymuję się w Gorzyczkach przy węźle A1, gdzie znanej stacji paliw z dobrym barem Uniwar wyrosła imponująca konkurencja – foto w galerii. Nazywa się toto ,,Dyskont Paliwowy” i jest stacją z dużym zapleczem gastro w Łaziskach. Chociaż przy Uniwarze stoi McD😁

Śniadanie w formie pierogów to zawsze ekstraklasa, rower wewnątrz to też się chwali, a chwila rozmowy z profesjonalną obsługą zostaje w pamięci na długo. Super.

Dobrze najedzony ruszyłem za zachód przez płaskie, ale nie jak Żuławy, okolice pogranicza polsko-czeskiego. Województwo opolskie jest zamieszkałe przez mniejszość niemiecką, co znalazło swoje odzwierciedlenie w nazwach niektórych miejscowości, były dwujęzyczne.

W Głubczycach zatrzymałem się na mrożoną kawę, aby uczcić 2000 km trasy. To był cel najbardziej podstawowy – zrobić nową życiówkę. I oto ona była😍

Potem był Prudnik, gdzie przez chwilę chciałem zjeść obiad w McD, ale że trasa prowadziła przez centrum, a nie obwodnicą, to już tam nie zjeżdżałem. I dobrze, bo ostatecznie obiad zjadłem w Głuchołazach, mieście które jeszcze się nie podniosło ze zniszczeń po zeszłorocznej powodzi.

Tym samym wsparłem lokalny biznes w postaci baru ,,Mała Gastronomia”, klimatycznego, mocno retro lokalu z super właścicielem i dobrym jedzeniem. Atakowałem się plackami ziemniaczanymi w potrojonej porcji i na słodko.

Dalsza droga prowadziła w kierunku Czech, po mojej lewej stronie były czeskie wzniesienia, ale tymczasem było płasko i tak miało być aż do Złotego Stoku. Do Polski wróciłem tuż przed tym miastem i bez postoju rozpocząłem wspinaczkę na przełęcz Jaworową, rozpoczynając w ten sposób podbój Kotliny Kłodzkiej.

Szybko ją podjechałem, kogoś tam dogoniłem, szybko zjechałem i przez spustoszony wodą Lądek Zdrój ruszyłem do Stronia Śląskiego z myślą o znalezieniu tam noclegu.

Wyszło to całkiem sprawnie i w przyjemnym hotelu Stronie już po chwili wdrażałem swój wieczorny rytuał. ,,Atrakcją” miejsca był tymczasowy, metalowy most nad rzeką Biała Lądecka, na który wychodziły okna mojego pokoju. Hałas był uroczy, ale w siódmej/ósmej dobie maratonu przeszkadzał może z 2 minuty 😂

Budzik ustawiłem na 1 w nocy i odpłynąłem …









Dane wyjazdu:
245.00 km 0.00 km teren
12:27 h 19.68 km/h:
Maks. pr.:61.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:3543 m

MRDP - ETAP VII

Piątek, 29 sierpnia 2025 · | Komentarze 0

Trasa: PIWNICZNA ZDRÓJ-Krościenko nad Dunajcem-Łapszanka-Zakopane-Zawoja-Jeleśnia-MILÓWKA

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 



Regularność na ultra to rzecz bardzo ważna, więc budzę się o 1 zastanawiając się gdzie ja jestem, zjadam śniadanie, wypijam herbatę i ubieram się w to samo co zwykle poza spodenkami. Assosy idą do torby, a na tyłku do samej mety mam Endury.

Jak już jesteśmy w tych ,,okolicach” to dodam, że prewencyjne smarowanie maścią Alantan + wdrożyłem już od pierwszego noclegu, w Bartoszycach. Tyłek przetrwał do samego końca w dobrej kondycji 😊

Za oknem w ciszy nocy słychać szum wody, ale to nie deszcz a Poprad.


Ruszam krajówką nr 87 na północ, szykując się mentalnie na trudne podjazdy i zjazdy Beskidu Sądeckiego z Bystrym Wierchem (Cebulówką) na czele. Robiłem je rok temu, także wiem że będzie pchanie. Grunt, że nie pada, bo wąskie i asfaltowe zjazdy byłyby już zupełnie zwariowane.

Pracowicie kręcę korbami, to w górę, to w dół, wizualizuję sobie już Tatry, bo dookoła generalnie ciemno i straszno😉 Jak dostrzegam położone przez halny drzewo na drodze, to może i naprawdę straszno.

Tymczasem mijam Brzynę i zaczynam tuptać podjazd pod Cebulówkę (Bystry Wierch). To okaże się później, za płytami w Szarym, najdłuższym spacerem na całym MRDP.

W końcu osiągam szczyt i dalej powoli, chociaż nieco szybciej, zaczynam zjazd – początkowo po betonowej nawierzchni, a potem po asfalcie. Że jest wąsko, kręto i miejscami wilgotno oraz ciemno (drzewa) to jadę na hamulcach, bo po co się zabić.

I tak docieram do Dunajca wzdłuż którego trochę teraz pojeżdżę.

Poranek na drodze w kierunku Krościenka jest szczytem, tym razem komunikacyjnym, więc korzystam z drogi rowerowej Velo Dunajec, jak tylko się pojawia. Raz się pojawia, raz znika, a od Krościenka jadę już sobie w kierunku Hałuszowej z podjazdem na przełęcz Osice. Robię go w siodle, bo co za dużo, to niezdrowo.

Tutaj dostrzegam Tatry, ale nie podziwiam, bo teraz czeka mnie znowu zjazd do Dunajca, tyle że szeroką i z nowym asfaltem drogą do zapory wodnej w Sromowcach Wyżnych. Obok tej drogi pojawiła się droga rowerowa, ale na zjeździe nie została przeze mnie wykorzystana.

W Niedzicy zatrzymuję się na drugie śniadanie przy budce piekarni-cukierni Steskal. To taka sama tradycja u mnie, jak lody w kiosku w Baniach Mazurskich. Staję tam od lat o ile jest czynne, jestem już także rozpoznawany 😁

To świetne miejsce na uzupełnienie kcal przez podjazdem Łapszanki, podjazdem łagodnym ale długim. Pakuję w siebie pączki i drożdżówki, popijam colą i jestem gotowy. Dzwony mszy pogrzebowej – jak się dowiedziałem od sprzedawczyni – przypominają o marności istnienia i z takim to optymizmem ruszam na podbój Królowej Łapszanki.

Panorama Tatr z tego miejsca jest dla mnie absolutnie urzekająca i ponadczasowa. Od początku MRDP wiedziałem, że jak tutaj dojadę, to bez sesji foto się nie obędzie. Vide galeria.
Życzę każdemu, żeby chociaż raz tutaj dotarł rowerem, naprawdę warto, chociaż może być trudno. Czystość krajobrazu jest perfekcyjna, jeszcze ...

Po odpoczynku na Łapszance zjeżdżam w dół przez Rzepiska do Jurgowa i zaczynam podjazd na Głodówkę, najwyższe miejsce na całej trasie MRDP (1097 m. n.p.m.). Podjazd Brzegi robię na dwa razy, po postoju przy lokalnym sklepie, gdzie zjadam prawie cały słoik kiszonych ogórków i dwie bułki z opakowaniem sera żółtego i konserwą gulaszu angielskiego. Ot, taka odmiana po słodyczach 😉

Ogórki chodziły mi po głowie od pewnego czasu, a w Zakopanem nie chciałem się już zatrzymywać. Kilka ogórków dostaje zawodnik, którego numeru nie pamiętam, a który zatrzymuje się

Tymczasem robi się gorąco, zbliża się południe, czyli kolejna, 6 już doba jazdy. Najszybsi na MRDP docierają już nad morze a ja właśnie minąłem Głodówkę. Do znanego schroniska tym razem nie zaglądam.

Na drodze Oswalda Balzera do Zakopca natykam się na ruch wahadłowy związany z remontem nawierzchni. Korzystam z nowego asfaltu, nie stoję w korku, a ruch jest olbrzymi.
Nie przeszkadza to jakiemuś jełopowi na rowerze jechać z naprzeciwka bez trzymanki i fotografowaniu/filmowaniu swojej partnerki też na rowerze, jadącej za nim. Oj, jak ja go serdecznie opier… , instagramera pierd… 🤦😂

Na finałowym zjeździe do miasta staram się nie pomylić drogi, bo rok temu podczas RAP zjechałem na nisko i do Kościeliska miałem więcej podjazdu niż to było konieczne.
Teraz jestem czujny i na wylotówkę w kierunku Chochołowa wbijam się zgodnie ze śladem niedaleko Krzeptówek.

Oblężenie ulic nadal trwa, godzina jest ogólnie fatalna, no, ale ja umiem jeździć w takich warunkach. W sumie to nie jest trudne, ale nie będę się nad tym rozwodził.

Zaczyna się kolejne tracenie wysokości w kierunku Dunajca, a dodatkowo halny ustawia się idealnie w plecy. I zaczyna się jazda bez trzymanki aż do Czarnego Dunajca. 30 km/h a i 40 momentami, bez pedałowania, czyste szaleństwo.

Jakby ten wiatr był przeciwny, to na trasie MRDP pewnie spędziłbym z dobę dłużej 😂

Tymczasem mijam kolejne wsie, w oczach rośnie Babia Góra, którą kiedyś trzeba będzie zdobyć piechotą, a teraz zdobywam przełęcz Krowiarki w jej masywie, jakże dobrze znaną i lubianą.

Potem jest Zawoja, długaśna ulicówka, gdzie pod jej koniec zatrzymuję się w kolejnej tego dnia cukierni na kawę i ciacho.

Dalej wspinam się na przełęcz Przysłop, gdzie rok temu miałem duży kryzys na RAP, a teraz szybko zjeżdżam do Stryszawy, czyli zaczynam jazdę w kierunku Beskidu Żywieckiego.
Część drogi w kierunku Soły prowadzi inaczej niż rok temu i od razu się zastanawiam, ile dodatkowych podjazdów Daniel znalazł w jakichś Pewelkach.

O dziwo, nie ma żadnych niespodzianek, a droga prowadzi dalej od granicy niż trasa RAP przez Koszarawę.

Niemniej do Jeleśni docieram około godziny 18, a to za wcześnie na spanie. Postanawiam znaleźć coś dalej, tak aby kolejny dzień zacząć ,,szarym” podjazdem do Koniakowa.
Nocleg muszę znaleźć w Węgierskiej Górce albo w Milówce. Mapa mówi, że to nie powinno być trudne.

I tak też jest, bo po dotarciu do Milówki ląduję w hotelu Beskid, który ma wolne pokoje. Wieczorny rytuał zostaje spełniony i po ustawieniu budzika na godzinę 1 ruszam w objęcia Morfeusza. Najwyższe góry mam za sobą, ale wcale nie najtrudniejsze.













Dane wyjazdu:
246.00 km 0.00 km teren
11:43 h 21.00 km/h:
Maks. pr.:62.00 km/h
Temperatura:23.0
Podjazdy:3048 m

MRDP - ETAP VI

Czwartek, 28 sierpnia 2025 · | Komentarze 0

Trasa: USTRZYKI GÓRNE-Cisna-Komańcza-Krempna-Banica-Muszyna Zdrój-PIWNICZNA ZDRÓJ

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 




Wstaję około 2 w nocy, zjadam śniadanie w formie torebkowej i ruszam w Bieszczady. Mijam Zajazd pod Caryńską i w myślach obiecuję sobie pojawić się tutaj za rok, na mecie kolejnej edycji BB Tour. Tymczasem zaczyna się podjazd pod przełęcz Wyżniańską na którym spada mi łańcuch na stronę szprych.

Reaguję natychmiast, nie daję mu się zakleszczyć i na spokojnie wyciągam go na ostatnią, 34 zębową koronkę.

Chwilę potem widzę za sobą samochód, którego światła i odgłos opon burzą tę absolutną ciszę i ciemność mi towarzyszącą od początku podjazdu. Samochód okazuje się terenówką Straży Granicznej. Padają pytania, co ja tutaj robię, skąd jadę i czy nie potrzebuję pomocy. Krótko opowiadam, co i jak, mundurowi na hasło MRDP reagują kiwaniem głowami, musieli już mieć kontakt z innymi zawodnikami😉

Potem na długie kilometry znowu pogrążam się w samotności, za przełęczą jest dynamiczny zjazd na którym nie szaleję, jeszcze jest ciemno a po co w jakiegoś niedźwiedzia uderzyć😂
Wkrótce zaczyna się drugi z kanonicznych w tych okolicach podjazdów, czyli przełęcz Wyżna od Brzegów Górnych.

Niebo jaśnieje i wygląda na to, że na jej szczycie uda mi się obejrzeć początek wschodu słońca. To zawsze magiczny moment, a w sercu Bieszczad to już w ogóle wspaniałe przeżycie. Vide galeria 😉

Zjazd do Wetliny to już pełna prędkość, widać wszystko i nic nie może mnie zaskoczyć. Droga dalej pusta, jadę środkiem, tak to można podróżować aż do Cisnej z uśpioną kolejką leśną. Podróżować, aż do momentu kiedy całą szerokość drogi zajmuje stado koni będących bez człowieka. Jak tutaj nie kochać Bieszczad! 😁

Sympatyczne czworonogi wiedziały jednak doskonale, gdzie skręcić, także za chwilę asfalt był już pusty i można było kręcić.

Dotarcie do Komańczy oznacza pożegnanie z Bieszczadami i początek Beskidu Niskiego. Ilość lasów się zmniejsza, na prostych zaczynam czuć podmuchy wiatru w plecy. Prognozy mówią coś o halnym; jak w plecy, to nie widzę przeciwwskazań.

Trasa do Krempnej prowadzi dobrze znanymi asfaltami, za to od Krempnej mamy nowość od Daniela, czyli jazdę przez Magurski Park Narodowy (wspinaczkę w tym układzie) w kierunku Ożennej a potem przełęcz Beskid na granicy państw i przelot z 15 km przez Słowację. Debiutuję na tym odcinku.

Tankuję bidony w Krempnej i odpoczywam z lodami w cieniu, bo słońce operuje mocno i trzeba się chronić. Dochodzi 5 doba jazdy, jestem prawie na 1500 km. W końcu ruszam, cały czas pod górę po nowym asfalcie z regularnie rozmieszczonymi progami spowalniającymi. Teraz są OK, na odwrotnej trasie Gór MRDP będą przeklinane 😂

Jadę przez tereny w zasadzie niezamieszkałe, w pewnym momencie ukazuje mi się szeroka, zielona panorama nieskażona niczym widocznym przez człowieka. Prawie jak Łapszanka ;-) Podoba mi się Magurski Park Narodowy.

Skupienie jednak trzeba utrzymać i nie podniecać się zanadto, bo na zjeździe do Ożennej wiatr halny pokazuje mi swoją siłę i prawie wrzuca mnie do rowu. Stożek w swoich Evanlite mam najmniejszy z możliwych, 30 mm, a mimo to miota mną równo. 50 km/h to jest wszystko, co mogę utrzymać na kierownicy, większa prędkość grozi katastrofą. Będę o tym pamiętał przez najbliższe 2-3 doby.

Wjeżdżając do Słowacji zostaję dogoniony przez familię na rowerach elektrycznych, których w takiej chwili nie lubię 🤷 Słowacja jak się zaczęła, tak się i szybko skończyła. Zapamiętałem drogę wysypaną jakimś dziwnym żwirkiem, równą, ale nie do końca asfaltową. Ale na oponach 32 mm to nie był problem.

Trasa powrotna do Polski prowadziła przez przejście graniczne w Koniecznej i stąd, skoro wcześniej była wspinaczka, teraz czekał na mnie długi zjazd w kierunku Kwiatonia.
Tutaj czuję coś dziwnego w bucie, okazuje się że jedna ze skarpetek Endura Merino Winter ma dziurę i palec sobie wystaje.

Skarpetkom zatem dziękuję za współpracę i ubieram jakiś letni model Assosa – poza spodenkami to była jedyna, zdublowana część garderoby w torbie.

Coraz bliżej było do Banicy, jednej z legend MRDP, podjazdu którego najbardziej stromej części nie udawało mi się podjeżdżać w czasach jak kręciłem maratony na rowerze MTB z koronką 22 w korbie. Tym bardziej nie miałem złudzeń teraz, na przełożeniach 34x34. Także dałem nogom odpocząć, trochę sobie pochodziłem, zrobiłem zdjęcie, wsiadłem i pojechałem.

Chwilę potem władowałem się w jakieś roboty drogowe w Czyrnej, ale dało radę po nich jechać. Przede mną widziałem podjazd na górę Piorun, o tyle trudny że pod wiatr, a łatwy bo zrobiony bez schodzenia.

Za Piorunem zaczął się wielokilometrowy zjazd w dolinę Popradu, przez Mochnaczkę, Tylicz i Powroźnik. Bardzo fajny😉

Plan na ten dzień zakładał nocleg w Piwnicznej Zdrój w świetnym hotelu Majerzanka, gdzie odpoczywałem rok temu podczas RAP 1800. Nie inaczej było i teraz, dojechałem tam około 19, pobrałem śniadanie w torebce, zregenerowałem się prywatnymi biczami wodnymi w brodziku i poszedłem spać. Budzik ustawiłem na 1 w nocy i zasnąłem.












Dane wyjazdu:
288.00 km 0.00 km teren
13:43 h 21.00 km/h:
Maks. pr.:63.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:2413 m

MRDP - ETAP V

Środa, 27 sierpnia 2025 · | Komentarze 0

Trasa: DOŁHOBYCZÓW-Hrebenne-Horyniec Zdrój-Medyka-Przemyśl-Arłamów-Ustrzyki Dolne-USTRZYKI GÓRNE

MAPA (całość MRDP)

GALERIA (z opisem, całość)

Dalej >>> 



Wychodzę na paluszkach z agroturystyki w Dołhobyczowie, żeby nie pobudzić śpiących gospodarzy, a na zegarku widzę godzinę 2:30. Dzisiaj w planach co najmniej Ustrzyki Dolne, a najlepiej Górne.

Ruszam drogami pogranicza, widzę łunę jakiegoś ukraińskiego miasta (chyba Szeptycki) – na szczęście to łuna oświetlenia ulicznego – a sam w totalnej samotności kręcę kilometry w kierunku ogromnego przejścia granicznego w Hrebennem.

W okolicy wsi Setniki robię skuchę nawigacyjną i nie jadę doliną rzeki Rzeczycy, tylko nieco wyżej. Kilometrowo nieco straciłem, ale temperaturowo zyskałem bo nadrzeczne mgły widziałem z góry, a nie wokół siebie.

W Machnowie Nowym jest już otwarty sklep, więc atakuję się śniadaniem w towarzystwie jednej z legend polskiego ultra, Wojtka Łuszcza. Ja mam dużo sera żółtego, Wojtek ma kiełbasę – wymieniamy się, bo wiadomo, że obce smakuje najlepiej 😂

Poranek jest bardzo rześki, grzejemy się we wnętrzu sklepu a do tego zostajemy podjęci herbatą z prywatnych zasobów pani ekspedientki. Super!

Najedzeni, ogrzani – tak to można podróżować. Ruszamy, nieco odjeżdżam Wojtkowi, ale jeszcze kilka razy będziemy się dzisiaj widzieć w drodze do Przemyśla. Potem już się nie zobaczymy.

Niebawem osiągam Lubyczę Królewską, potem widzę wielki plac budowy S17 przed Hrebennem i pobocze zastawione TIR-ami ze znaczkami UA.

Skręcam w boczną drogę i obieram kierunek na Horyniec Zdrój. Prowadzi do tego dalekiego uzdrowiska piękny zjazd, który pamiętam jako podjazd z zeszłorocznego Wschodu MRDP. W Horyńcu uzupełniam picie i jadę dalej.

Dołącza do mnie zawodnik, którego numeru niestety nie pamiętam i jedziemy sobie parę km razem. Jesteśmy tam spragnieni rozmowy, że przelatujemy jakiś zakręt – ja wyłączyłem nawigację w telefonie, bo widziałem u niego Garmina, a on pomyślał podobnie i wyłączył swoją 😂

To było koło Majdana Lipowieckiego; czy komukolwiek to coś mówi? 😉

W końcu odjechał do przodu, bo jednak jak SOLO, to SOLO.

Niebawem dotarłem do Wielkich Oczu na GreenVelo, potem była Korczowa i A4 a następnie Medyka w której poczułem upał. Szybko zaplanowałem odpoczynek w McD w Przemyślu, a że pora była obiadowa …

Minęła też 4 doba jazdy, licznik opiewał na 1240 km. Wjazd pod złote litery wymagał zjechania z trasy, ale że prowadziła ona bokiem Przemyśla, to nie były to dodatkowe km. No, może z jeden km.

Podczas obiadu główkowałem, czy ryzykować, poświęcić z dwie nocki i zredukować do absolutnego minimum spanie, jechać na chemii (Kofaktin Shot) i jeszcze powalczyć o limit, czy też skupić się na najważniejszym – przejechać w końcu całą trasę MRDP i zrobić życiówkę.

Oceniłem, że ryzyko kontuzji jest jednak duże i nie warte przegrania znowu całej imprezy. Swoją drogą, w roku 2017 Przemyśl opuszczałem po 3 dobach 10 godzinach jazdy na MTB Cube 26 cali, a teraz na wypasionym Treku po 4 dobach 2 godzinach. Ech, PESEL. Jestem przekonany, że na Treku w roku 2017 …, tak, tak 😊

Za Przemyślem pojawiło się pierwsze pchanie roweru, Aksmanice w pewnym momencie okazały się za duże na przełożenia 34x34. Poznałem dobitnie różnicę jak się robi Przemyśl na 500 km – patrz RAP, a jak na 1250 – MRDP. Jest różnica 😉

Potem był zjazd do Huwnik i zacząłem podjazd do Arłamowa. Znany, lubiany, długi i łagodny. Zjazd do Krościenka też bardzo lubię, zwłaszcza, że wszystko w końcu było jechane w dzień i przy pełnej widoczności.

Przeleciałem przez Ustrzyki Dolne, a że czas był dobry to ruszyłem do Ustrzyk Górnych, bo co jak co, ale miejsc noclegowych w tamtejszym Hotelu Górskim PTTK mogłem być pewny.
Mimo wszystko zadzwoniłem, aby zrobić rezerwację i usłyszałem, że recepcja jest czynna do 21, a potem to mogę sobie spać w hotelowym lobby. No i trzeba było nieco spiąć pośladki. Miałem nieco ponad 2 godziny na 30 km po jakichś tam górkach.

Lubię góry, także ruszyłem raźno i na punkcie widokowym nad Lutowiskami pozwoliłem sobie na przerwę z zapiekanką w dłoni. Zachód słońca był gratis.

Potem teren nieco się wypłaszczył, chociaż do Ustrzyk Górnych całkiem płasko nie jest i droga nieco się wznosi. Za dnia to wszystko lepiej widać. W Hotelu Górskim zameldowałem się o 20:20, dostałem zniżkę noclegową jako członek PTTK (na słowo, legitymacji nie miałem przy sobie) i ruszyłem do pokoju pod prysznic.

Zasypiając przypomniał mi się rok 2010, kiedy to w tym samym miejscu spałem po ukończonej swojej pierwszej edycji BB Tour. Wtedy to była meta, teraz do mety było daaaleko😊