INFO

avatar Ten blog rowerowy prowadzi MARECKY z miasta Elbląg. Mam przejechane od 1995r. 301.707 kilometrów, czyli właśnie po raz siódmy okrążyłem równik :-). Pomykam po drogach i dróżkach z prędkością 20.89 km/h i tak jest OK.
Więcej o mnie.

MOJA STRONA INTERNETOWA

marecki.home.pl

KATALOG ŻUŁAWSKICH DOMÓW PODCIENIOWYCH

DOMY PODCIENIOWE Z XVIII/XIX w.

MOJE GALERIE

FOTOSIK (do 30.04.2023)

DO MRDP 2025 ZOSTAŁO



baton rowerowy bikestats.pl 2024 button stats bikestats.pl 2023 button stats bikestats.pl 2022 button stats bikestats.pl 2021 button stats bikestats.pl 2020 button stats bikestats.pl 2019 button stats bikestats.pl 2018 button stats bikestats.pl 2017 button stats bikestats.pl 2016 button stats bikestats.pl 2015 button stats bikestats.pl 2014 button stats bikestats.pl 2013 button stats bikestats.pl 2012 button stats bikestats.pl 2011 button stats bikestats.pl 2010 button stats bikestats.pl 2009 button stats bikestats.pl 2008 button stats bikestats.pl

ARCHIWUM BLOGA

Wpisy archiwalne w kategorii

SUPERMARATONY

Dystans całkowity:31460.00 km (w terenie 918.00 km; 2.92%)
Czas w ruchu:1484:16
Średnia prędkość:21.11 km/h
Maksymalna prędkość:75.00 km/h
Suma podjazdów:155712 m
Maks. tętno maksymalne:188 (100 %)
Maks. tętno średnie:174 (92 %)
Suma kalorii:642234 kcal
Liczba aktywności:79
Średnio na aktywność:398.23 km i 21h 30m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
187.00 km 0.00 km teren
15:08 h 12.36 km/h:
Maks. pr.:33.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1169 m

GTG - ETAP 3

Poniedziałek, 14 lipca 2025 · | Komentarze 2

Trasa: RADZIŁÓW-Kolno-Myszyniec-Wielbark-Nidzica-GRUNWALD

GPS (całość)

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem) + foto Andrzej, Jacek, Beata, Zenek, Szczepan

WYNIKI





Pobudka o 0:30 została mi zafundowana przez Zdzisława i dlatego już go nie lubię 😂 Ultra ma to do siebie że śpi się raczej krótko, albo i wcale 😉

O godzinie 1 opuściliśmy Radziłów do którego właśnie wjechała Sylwia z Wojtkiem.

Nic nie padało, nie grzmiało, wyglądało na to że zapanował spokój w niebie i na ziemi. Z tą ziemią to może nie do końca było spokojnie, bo pod naszymi kołami pojawił się jakiś dziwny, chropowaty, nierówny, plackowaty, asfalt który na szczęście był generalnie podjazdem i nie trwał zbyt długo. To było odcinek (z przerwami) Przytuły – Stawiski.

Śniadanie zaplanowałem na Orlenie w Kolnie, który był nieco poza śladem, ale tylko nieco. Jak to w nocy, piec na stacji był wyłączony serwisowo i zostało posilić się hot-dogami i popić to kawą.

W międzyczasie coś tam parę razy błysnęło się na niebie, ale daleko i zagrożenia nie było.

Nasza grupka powoli nabierała dwóch prędkości i od okolic Myszyńca ja kręciłem z Andrzejem, a Zdzisiek ruszył z Jackiem nieco szybszym tempem.

Uprzedzając nieco fakty dodam, że z chłopakami zobaczyliśmy się na mecie, którą osiągnęli około 100 minut szybciej.
My tymczasem zatrzymaliśmy się na ciepłe drożdżówki przy sklepie GS Myszyniec i to było dobre 😉

I tak kilometr za kilometrem przemierzaliśmy Kurpie, a potem południowe rubieże województwa warmińsko-mazurskiego. Andrzej nieco cierpiał z powodu bólu stóp, ale kręcił bo motywacji nie brakowało.

Rekord 709 km pokonał już dawno, gdzieś w okolicach Sejn, a teraz czekał 1000 km tuż przed Grunwaldem.
Zatrzymaliśmy się jeszcze w Wielbarku żeby uzupełnić picie i wyremontowaną drogą wojewódzką 604 Wielbark-Nidzica ruszyliśmy dalej na zachód.

Trochę obawiałem się tego odcinka z uwagi na poniedziałkowy poranek i spodziewany w związku z tym duży ruch, ale nic takiego tam nie wystąpiło.
Można było w spokoju przyjrzeć się drogowemu odcinkowi lotniskowemu, który jest w ciągu tej drogi. Ciekawe miejsce.

Przed Nidzicą dostrzegliśmy burzę nad tym miastem, więc nieco zwolniliśmy i puściliśmy ją przodem. Wystarczy już tej wody.

Za Nidzicą rozpoczął się już naprawdę ostatni odcinek maratonu, ostatnie 30 km. W większości było to kilometry nieco pod górę z kulminacją przed wzgórzami Grunwaldu.
We znaki dał się zmasakrowany odcinek asfaltu Gardyny-Łodwigowo, który chyba był zemstą organizatorów, ale nie wiem za co?😁

Opony jednak wytrzymały i nie doszło do przebicia dętki. Na tej końcówce znowu czaiła się jakaś burza, ale nas nie dogoniła i tak to o godzinie 12:09 wjechaliśmy na metę GTG przy dźwiękach Bogurodzicy z mojej komórki.

Nie wiem czy ktoś to na mecie usłyszał, ale to był taki nasz pomysł nawiązujący do przebiegu Bitwy pod Grunwaldem, gdzie ta pieśń była śpiewana 😊 Zabrakło tylko mieczy, żeby od razu ruszyć na Krzyżaków 😉

Teraz nadszedł czas odpoczynku, jedzenia, rozmów i komentarzy. A po tej szybkiej regeneracji trzeba było wrócić do Elbląga, co też niebawem nastąpiło.
I tak to epopeja grunwaldzka dobiegła końca.

Wyrazy podziękowania dla organizatorów pod wodzą komandora Mirka Czaplińskiego za przygotowanie dobrze zorganizowanej imprezy i za trud włożony w obsługę tak dużej i urozmaiconej trasy.

Szacun dla wszystkich którzy poprawili swoje życiówki, szczególnie dla Andrzeja i Jacka. Brawo Panowie, świetna robota!

Dziękuję także Panu Michałowi Missanowi, Prezydentowi Elbląga, w imieniu naszej urzędowej Trójki za możliwość wystąpienia pod flagą Elbląga i reprezentowania Urzędu Miejskiego w Elblągu.







Dane wyjazdu:
296.00 km 0.00 km teren
25:01 h 11.83 km/h:
Maks. pr.:40.00 km/h
Temperatura:35.0
Podjazdy:1718 m

GTG - ETAP 2

Sobota, 12 lipca 2025 · | Komentarze 0

Trasa:TROKI (LT) - Daugi-Merecz-Łoździeje-Hołny Mejera (LT/PL)-Augustów-Grajewo-Szczuczyn-RADZIŁÓW

GPS (całość)

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem) + foto Andrzej, Jacek, Beata, Zenek, Szczepan

Dalej>>>




Troki opuściliśmy o godzinie 3 w niedzielę i w blasku nadchodzącego dnia ruszyliśmy w kierunku Polski. Czekał na nas odcinek w lasach, z zakrętami i bez dużych podjazdów. Takie Żuławy z lasem, jak orzekł Mirek Czapliński, komandor maratonu.

Niebawem do naszej trójki dojechał Zdzisiek, który zdążył jeszcze odwiedzić Wilno. No, ale to biker z tych szybszych. Nasze spokojne i wolne tempo miało mu jednak nie przeszkadzać prawie do mety i od tej pory kręciliśmy razem.

W tym kręceniu razem była mała przerwa spowodowana skuchą nawigacyjną, kiedy to zagadałem się z nim i przeoczyliśmy jeden zakręt. Przez kilkanaście km jechaliśmy sami, nie widząc nikogo przed sobą i dopisując kilka km. Cóż 😉

Jedną grupą staliśmy się ponownie w miasteczku Merkine, gdzie śniadanie i lody zapewniła nam stacja paliw Baltic Petroleum. W niedzielny poranek to było jak oaza na pustyni, bo sklepiki były jeszcze pozamykane.

Jak jesteśmy przy temacie logistyki zakupów to trzeba przyznać, że Litwa stoi o niebo lepiej niż Czechy podczas Tour de Silesia 2023. Sklepów jest dużo, czynnych normalnie w sobotę, czynnych w niedzielę, przyjmujących karty płatnicze. Nie było problemów.

Tak to można podróżować. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy drogowskazie Druskienniki 12. Nieprzypadkowo, bo to miasto partnerskie Elbląga na Litwie i przez chwile mieliśmy plan, żeby je odwiedzić. No ale 24 dodatkowe km w upale nie wchodziły tym razem w rachubę.

I tak to każdy kilometr przybliżał nas do granicy z Polską, którą zgodnie z planem przekroczyliśmy na przejściu granicznym Ogrodniki, chociaż to jest druga miejscowość po polskiej stronie. Pierwszą są Hołny Mejera, gdzie czekał na nas bufet i punkt kontrolny w ośrodku Politechniki Białostockiej.

Dotarliśmy tutaj razem około godziny 13, czyli w czasie obiadu i tworzącej się burzy. Nie spieszyliśmy się zatem z opuszczeniem tego miejsca. Był czas na miseczki zup, pyszne kanapki, banany i arbuzy. Były także materace na których na chwilę zalegliśmy, bo nie było się gdzie spieszyć.

A może jednak było, bo w pewnym momencie zobaczyłem Sylwię z Wojciechem Łuszczem sposobiących się do jazdy, a mojej ekipy jakby nie było. Ancymonki ruszyli bez Mareckiego! 😂🤔

Mając po lewej stronie burzę i jadąc na jej krawędzi kilka razy otrzymałem drobne strzały deszczowe, ale to było dobre przy cały czas dość wysokiej temperaturze.

Ekipę doszedłem na ulicach Augustowa i ponownie ruszyliśmy wspólnie. Na horyzoncie formowała się już kolejna burza, która zatrzymała nas na malutkim, wąziutkim i do tego blaszanym przystanku przed Grajewem.

Jakoś się na nim zmieściliśmy i jak główne uderzenie deszczu minęło ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy z wiatrem, kolejna burza była za nami, ale szczęśliwie Grajewo ją zatrzymało.

Za chwilę asfalt pod naszymi kołami był już suchy, za to Andrzej zgłosił potrzebę odpoczynku. Zadeklarował, że samodzielnie dotrze do punktu kontrolnego w Radziłowie, więc my ruszyliśmy bez niego.

W Radziłowie zaatakowałem się pyzami z mięsem i ostatnią porcją makaronu, który został znaleziony chyba specjalnie dla mnie. Dzięki! To było wspaniałe.

Pogoda wkoło była dynamiczna, Andrzej dojechał kilkanaście minut po nas nieco zmoczony i patrząc na ściągawkę postanowiliśmy zdrzemnąć się przed ostatnimi 180 km.

Dochodziła godzina 22, więc z 3 godziny można było się regenerować na wygodnych materacach Urzędu Gminy w Radziłowie.






Dane wyjazdu:
545.00 km 0.00 km teren
30:55 h 17.63 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:15.0
Podjazdy:3708 m

GTG - ETAP 1

Piątek, 11 lipca 2025 · | Komentarze 2

Trasa: GRUNWALD-Ostróda-Łukta-Dobre Miasto-Jeziorany-Bisztynek-Korsze-Węgorzewo-Bolcie-Wisztyniec (PL/LT)-Skrawdzie-Preny-TROKI

GPS (całość)

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem) + foto Andrzej, Jacek, Beata, Zenek, Szczepan

Dalej>>>





Maraton Grunwald-Troki-Grunwald (GTG) został po raz pierwszy rozegrany w roku 2019 na niebagatelnym i nieprzypadkowym dystansie 1410 km. Od razu mi się spodobał, a że zamek w Trokach – znany mi tylko z fotografii Wilka jeżdżącego regularnie do Wilna – podobał mi się już wcześniej, no to czekałem na rok 2020 żeby sobie tam pojechać. No, ale przyszła pandemia i trzeba było poczekać nieco dłużej.

I tak nadszedł rok 2025 kiedy to impreza została wskrzeszona przez ludzi ze Stowarzyszenia Warnija i Randonneurs Lithuania. Przy okazji dystans został nieco skrócony i wynosił w tym roku całkiem normalne 1012 km. Limit na ich pokonanie ustalono na 75 godzin. Zostało się zapisać i przy okazji rozpromować imprezę rozgrywaną w zasadzie ,,po sąsiedzku” 😉

Akcja pro frekwencyjna przyniosła całkiem okazałe efekty, bo na 82 zapisane osoby 12 pochodziło z Elbląga i okolic. Ostatecznie wyruszyło w trasę 9. Całkiem nieźle!

Do tego doszła przyjemność reprezentowania Urzędu Miejskiego z którego poza mną na tę oryginalną imprezę postanowili jechać Andrzej Demczuk i Patrycja Mazurowska.

W takim też składzie dotarliśmy w strugach deszczu do Grunwaldu, gdzie spod nowej siedziby Muzeum Bitwy pod Grunwaldem był start maratonu. Po serii rozmów, wywiadów i nagrania dla TVP Olsztyn ruszyliśmy w trasę o godzinie 14:00 w pierwszej grupie startowej i od tej godziny liczył się dla nas limit 75 godzin.

W grupie była jeszcze Sylwia Kopaczewska oraz dwóch innych bikerów. Założeniem mojej jazdy była pomoc i wsparcie Andrzeja i Patrycji w zrobieniu przez nich po raz pierwszy w życiu 1000 km. Ja zaś miałem plan jechać spokojnie i ostrożnie, tak aby nie zrobić sobie kuku przed MRDP, który startuje już 23 sierpnia🙂

Deszczowa aura trwała z przerwami do zachodu słońca, potem nadeszła pogodna nocka i była szansa, że zamek w Trokach uda się sfotografować bez towarzystwa sinych chmur i deszczu.

Tymczasem pierwszy punkt kontrolny był w Bisztynku, gdzie jeszcze padał deszcz i gdzie na bufecie była zupa pomidorowa z makaronem, zawsze doskonała na ultramaratonach i schabowy, doskonały nieco mniej 😉. Chwilę tam posiedzieliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę już bez Sylwii, za to w towarzystwie Jacka, który też nigdy 1000 km nie zrobił. I tak to miałem teraz trójkę debiutantów na oku 😂 Poczułem tremę 😉

Dalsza droga prowadziła bezproblemowo i z wiatrem w plecy do Węgorzewa, gdzie planowaliśmy na tamtejszej stacji paliw BP napić się kawy przed nocką. Cóż, BP była nieczynna, więc zamieniliśmy ją na Orlen, położony nieco poza śladem GTG. Doszło + 3 km, a mi nawet z dwa razy więcej, bo musiałem wracać się po zostawione bidony. Historia lubi się powtarzać …, co ja mam z tymi bidonami!

Dalsze kilometry prowadziły w kierunku Gołdapi, którą ominęliśmy objazdem przez Kowale Oleckie i Przerośl zaliczając najwyższy punkt maratonu na zboczach Szeskiej Góry.
Na drogę prowadzącą w kierunku trójstyku, gdzie był bufet nr 2 wróciliśmy za Dubeninkami. Objazd był spowodowany rozpoczętym remontem DW 651 od Gołdapi do granicy województwa w Bolciach. Na naszej trasie zastaliśmy trzy odcinki z ruchem wahadłowym i ze słabą nawierzchnią.

Od jakiegoś czasu podążałem z Patrycją, której uszkodziła się manetka tylnej przerzutki i miała do dyspozycji jeden bieg, niezbyt lekki. Andrzej i Jacek jechali zaś nieco z przodu. W Żytkiejmach uzupełniłem prowiant, zrobiłem zdjęcie sękaczowi w postaci niejadalnego, drewnianego pomnika i chwilę odpocząłem.

W tym czasie dojechała Sylwia z dwoma rowerzystkami, które towarzyszyły jej od Bisztynka. Chwilę pogadaliśmy i dowiedziałem się od nich, że Sylwia jest ,,naszym GPS-em”! Wytrzeszczyłem oczy, bo to była bardzo dobra wiadomość! Naprawdę dobra 😊

Tymczasem trzeba było jechać dalej i tak to pogoniłem za oddalającą się Patrycją. Zaraz potem wyłonił się trójstyk granic Wisztyniec PL/LT/RUS, gdzie chłopaki czekali na nas od dłuższego czasu.

Tutaj niestety zakończyła się jazda Patrycji, bo na jednym biegu to może i by się udało dotrzeć do mety, jakby ona była oddalona 100-200 km, a nie 700 km. Naprawić tego w warunkach polowych nie było możliwości. Widać było sportową złość, a nawet wściekłość, no ale cóż. Są rzeczy nieprzewidywalne i to właśnie była taka sytuacja.

Od tego momentu jechaliśmy w trójkę i chwilę potem wjechaliśmy na Litwę nie budząc większego zainteresowania funkcjonariuszy SG. Fajnym asfaltem i z wiatrem w plecy pognaliśmy w dół wzdłuż Jeziora Wisztynieckiego, które robi wrażenie swoją wielkością.

I tak rozpoczął się prawie 400 km odcinek GTG po Litwie. Kraju w którym nigdy nie byłem i stąd ciekawość moją budziło w zasadzie wszystko. Nazwy miejscowości, jakość dróg, styl jazdy kierowców, domy, kościoły, wszystko 🙂

Chwilę jeszcze jechaliśmy z wiatrem, ale w końcu skręciliśmy na wschód i wiatr zupełnie przestał sprzyjać. Do tego doszły długie, płaskie proste i można było poczuć się jak na Żuławach Wiślanych. Nie zapomniał też o nas lipcowy upał, także zrobiło się …fajnie.

Jechaliśmy sobie zgodnie z przygotowaną rozpiską czasową (ściągawką), która wskazywała jak stoimy z czasem względem limitu. Nie było źle, cały czas 1-2 godziny zapasu były.
Toczyliśmy się spokojnie, robiąc krótką sjestę przed Wyłkowyszkami na trawie w cieniu drzew. Droga miała numer A7 więc chyba była jakąś autostradą, ale rowery po niej jeździły. Polskiej autostrady to jednak nie przypominało.

I tak to dojechaliśmy w końcu do bufetu/punktu kontrolnego w Skrawdzie, gdzie rzuciłem się na zupę kalafiorową z klopsikami i kaszą pęczak. Rewelacja, zjadłem chyba z 4 miseczki.
Chwile odpoczęliśmy i obraliśmy kierunek na Troki. Litewskie krajobrazy powoli zaczęły się robić bardziej urozmaicone, pojawiły się lasy, przeskoczyliśmy nad litewskim Nemunasem, czyli polskim Niemnem no i zaczęły się górki. No, dobra – hopki 😉

Dzień powoli dobiegał końca, a że moim celem pobocznym było też obejrzenie i sfotografowanie zamku w Trokach, toteż ruszyłem do przodu i nieco szybciej – tak z 30 minut – dotarłem na półmetek imprezy, główny cel wyjazdu, bufet, przepak i miejsce spania, czyli Troki.

Zamek w świetle zachodzącego słońca prezentował się znakomicie i tak jak sobie wyobrażałem. Same Troki także mogą się podobać, klimatyczne miasteczko otoczone jeziorami na Pojezierzu Wileńskim. Późna pora przybycia sprawiła, że nie udało się kupić żadnej pamiątki, ale ja tutaj wrócę – Wilno jest tak niedaleko.

Nadszedł czas spania w normalnych warunkach sali gimnastycznej i materacy oraz prysznica. Jedzenia nie tknąłem, nie chciało mi się zupełnie. Skorzystałem za to z przepaku którym wysłałem, skoro była taka możliwość. Wykorzystałem nowe spodenki na nowe 500 km, a reszta rzeczy w tym brudne wróciła na Grunwald.

Spało tutaj wiele osób, było światło i hałas, ale nie było to przeszkodą aby zasnąć. Odpowiedni stopień zmęczenia robił swoje ;-) Nie wiem do dzisiaj tylko, kto zarzucił na mnie koc (Dzięki! 😍) pod którym sobie spałem, aż Jacek mnie obudził i trzeba było wstawać.




Dane wyjazdu:
8.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:30.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Poniedziałek, 7 lipca 2025 · | Komentarze 0

3 dni do maratonu Grunwald-Troki-Grunwald (GTG) będącego dla mnie rozgrzewką przed sierpniowym MRDP.

Ciekawa, międzynarodowa trasa, dobre towarzystwo, mało górek, duży limit czasu i ... niż genueński na horyzoncie 😁 Co może pójść nie tak? Wszystko, jak to na ultra 😉


Znam komandora tej imprezy, ale żeby tak od razu i jawnie ustalić kolejność na podium 😂😂😉





Dane wyjazdu:
2.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:25.00 km/h
Temperatura:
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

MARATON ELBLĄSKI 2025

Sobota, 7 czerwca 2025 · | Komentarze 2

Ponownie w roli organizatora, sponsora i obsługi bufetu/punktu kontrolnego w - nowość - Górowie Iławeckim i tamtejszej Restauracji Róża Wiatrów.

Do tego doszła obsługa mety od pierwszego do ostatniego zawodnika dystansu 500 km przy czym pomagała mi Małgorzata Gabryszuk. Dzięki!

Do Górowa i z Górowa jechałem samochodem z kolegą Dawidem,  bo inaczej w żaden sposób nie zdążyłbym przed zawodnikami dystansu 500 km, którzy tam mieli swój pierwszy bufet. Dzięki Dawid za transport i za pomoc przy obsłudze Ultrasek i Ultrasów na punkcie - miałem trochę mniej pracy🙂




RELACJA MARCIN 

GALERIA (+ Gabs, Penelopa, Ania, Endrju, Beata, Bodek, Kristofer, Heniu)

PROFI GALERIA - MAREK LEWSKI

GALERIA ORNETA - RENIA

GALERIA JELONKI, DZIERZGOŃ - DZIERZGOŃ TEAM

KLASYFIKACJA 500 km

KLASYFIKACJA 250 km

MAPA 500 km

MAPA 250 km

GPS 500 km

GPS 250 km

PORTEL


Za nami siódma edycja szosowego Maratonu Elbląskiego. Tym razem w nowej formule - mającej coraz mniej z dawnym województwem elbląskim - zawierającej dwie trasy długości 500 km i 250 km.  W tym roku na starcie stanęła ponownie rekordowa ilość uczestniczek i uczestników. Było to równo 50 osób.

Dystans mini wybrały 23 osoby, dystans dłuższy 27 osób. Patrząc kategoriami startowymi to należy stwierdzić, że nie została tylko obsadzona kategoria SOLO 500 km wśród kobiet. Natomiast cała lista startowa przez chwilę liczyła solidne 54 osoby i to też było piękne :-)

Przypomnę, że kategoria SOLO wymaga jazdy samotnej, bez kontaktu na trasie z innymi zawodnikami. Dlatego uchodzi za trudniejszą, rzadziej wybieraną i przez to bardziej prestiżową.

Dystans 250 km ruszył na trasę w dwóch grupach startowych w sobotę  o godzinie 9:00. Czas na pokonanie trasy wynosił 15 godzin i kończył się dokładnie o północy. Nikt nie miał dużych kłopotów na trasie i wszyscy dotarli na metę w komplecie i mieszcząc się spokojnie w limicie. 

Pierwszy zawodnik dystansu 250 km SOLO, Dariusz Bartos, zameldował się na mecie po 7h 41 minutach. Pierwsza zawodniczka w tej kategorii, Magdalena Stankiewicz pojawiła się zaś po 10 h 17 minutach. W kategorii OPEN pierwszy finiszował Marcin Muński z czasem 8h 14 minut, a wśród Pań wygrała Joanna Matyjek-Macholla z czasem 11 h 10 minut. Brawo Mistrzynie i Mistrzowie Maratonu Elbląskiego Mini👋

Ta czwórka otrzymała, poza medalami, pamiątkowe statuetki oraz rowerowe prezenty od Salon-Serwis Rowerowy Wadecki.

Natomiast start trasy 500 km zaczął się o godzinie 13:00 i w trzech grupach startowych zawodniczki i zawodnicy opuścili Elbląg. Statystyka tej trasy wygląda tak, że jedna osoba przerwała jazdę z powodów technicznych i z Pasłęka zjechała do Elbląga.

Pozostałe dotarły do mety w limicie czasu określonego na 30 godzin, a ostatni zawodnicy i zawodniczki przybyli na prawie 3 godziny przed jego upływem.  Wniosek z tego płynie taki, że trzeba będzie za rok limit zmniejszyć, bo jest za duży 😁


Na dystansie 500 km SOLO najszybciej finiszował Łukasz Taz
uszel z czasem 15 h 35 minut,  w kategorii OPEN kobiet wygrała Kamila Lichtoń z czasem 18 h 1 minuta. Tomasz Libura z czasem 18 h 1 minuta (przyjechali razem) wygrał rywalizację mężczyzn w kategorii OPEN  Przy okazji ustanowili one rekordy nowej trasy, bo była jechana po raz pierwszy. Brawo Mistrzyni i Mistrzowie Maratonu Elbląskiego👋

Ta trójka otrzymała, poza medalami, pamiątkowe statuetki oraz bezterminowe vouchery do 
Salon-Serwis Rowerowy Wadecki.

Na trasie 500 km czekały tym razem cztery punkty żywieniowo-kontrolne na których można było zjeść, napić się i należało podpisać listę obecności. Catering w Górowie Iławeckim zapewniła 
Restauracja Róża Wiatrów. To punkt nieprzypadkowy, gdyż jest od dawna Miejscem Przyjaznym Rowerzystom GreenVelo i to było czuć i widać. 

Punkt w Jelonkach ponownie powstał dzięki uprzejmości Zbigniewa Lichuszewskiego, wójta gminy Rychliki i był obsadzony przez członków 
Stowarzyszenia Dzierzgoń Team, którym przewodził Rafał Żemojdzin robiąc ucztę dla jadących z zupą pomidorową na czele.  Nebrowo Wielkie to tradycyjnie właścicielka Pani Ania i debiutująca w roli wolontariuszki Joasia Konieczna. No i rosół😉

A Mikoszewo i pomidorową z makaronem w towarzystwie prezesa PTTK Leszka Marcinkowskiego oraz przewodniczki PTTK Adriany Strukowicz  w domu podcieniowym zawdzięczacie Katarzynie i Michałowi Pielaszkiewiczom.

Trasa krótsza, 250 km miała przygotowany jeden bufet. Mieścił się on w 
Hotelu Pruskim znajdującym się w Ornecie. Tam pomagała Wam Renia Błaszkiewicz, także debiutująca w roli wolontariuszki. 

Na mecie obu dystansów w Elblągu czekał na Was makaron w sosie z kurczakiem/pieczarkami przygotowany przez 
Restaurację Galeona mieszczącą się w Hotelu Galeona, czyli w siedzibie PTTK Oddział Ziemi Elbląskiej.

Wszystkim zaangażowanym bardzo za to dziękuję!

Po raz czwarty formalnym organizatorem był PTTK Oddział Ziemi Elbląskiej w którego Ptasim Ogrodzie urządziliśmy biuro zawodów i z którego dziedzińca ruszaliście na trasy Maratonu Elbląskiego. Tam też była meta imprezy. PTTK zapewnił także konkretny wkład w otrzymane przez Was pakiety startowe.

W tym roku Maraton Elbląski był ponownie zaliczany do cyklu 
Ultracup. Tym razem w dwóch kategoriach - mini i ultra.

Sponsorem głównym imprezy, który ufundował nagrody rzeczowe oraz vouchery dla zwycięzców w łącznie 7 kategoriach SOLO i OPEN był Adam Wadecki, właściciel Salonu-Serwisu Rowerowego Wadecki z Elbląga. Bardzo za to dziękuję. Pomoc popłynęła także od Urzędu Miejskiego w Elblągu oraz od MOSIR Elbląg 😍

Specjalne podziękowania składam 
Marcinowi Koszyńskiemu, kolarzowi startującemu od samego początku w Maratonie Elbląskim, za opracowanie i przygotowanie całej szaty graficznej imprezy, za projekt medalu i numerów startowych oraz wykonanie pamiątkowych naklejek.

Doceniam także obecność wśród nas Marka Lewskiego, zawodowego fotoreportera – freelancera, którego perfekcyjne zdjęcia można oglądać w galerii powyżej.

Dziękuję Wam za emocjonującą walkę na trasie z przeciwnikami, z pogodą a przede wszystkim z własnymi słabościami. Gratuluję licznych życiówek w jeździe non stop  Dziękuję za docierające od Was miłe słowa.

Mam nadzieję, że zobaczymy się za rok na 8 edycji Maratonu Elbląskiego 😉

Rowerpower!















Dane wyjazdu:
16.00 km 0.00 km teren
h km/h:
Maks. pr.:31.00 km/h
Temperatura:13.0
Podjazdy: m
Rower:BOCAS

To tu, to tam po Elblągu

Piątek, 14 marca 2025 · | Komentarze 0

Pokłosiem tego spotkania w gościnnych progach Tatanki, najlepszej w Elblągu 🍔 burgerowni, była dzisiejsza impreza poświęcona historii moich startów w rowerowych maratonach na przestrzeni ostatnich 17 lat. 

Przygotowałem stosowną ultra prezentację, którą generalnie obejrzeliśmy na ekranie laptopa, bo telewizor był jakby chimeryczny i nie mógł się zdecydować, czy współpracować czy strajkować :-))

Mały ekran miał swoje zalety, towarzystwo musiało się bardziej skupić ;-)

Dziękuję wszystkim za przybycie i wspólne pogaduchy oraz wspomnienia😍


PREZENTACJA DLA ODWAŻNYCH - 163 slajdy :-))

Fot. Gabs.





Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
369.00 km 5.00 km teren
16:29 h 22.39 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:1900 m

WSCHÓD MRDP - ETAP 3

Wtorek, 24 września 2024 · | Komentarze 0

Trasa: WĘGORZEWO-Sępopol-Bartoszyce-Lelkowo-Gronowo-Braniewo-Elbląg-Pruszcz Gdański-Żukowo-Nowy Dwór Wejherowski-Reda-Puck-Władysławowo-ROZEWIE

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem)

DALEJ >>> 





Węgorzewo opuściłem około 3 rano z planem dotarcia do wieczora na metę w Rozewiu. Nawigacja nie była mi potrzebna, jechałem przez dobrze znane mi tereny, a kulminacją ich znajomości miało być kręcenie na opłotkach Elbląga, a nawet przez chwilę w samym Elblągu (Rubno Wielkie) :-). Nieznanie wyglądał mi tylko kaszubski odcinek maratonu, ale o tym jeszcze będzie czas napisać.

Jak tylko wstało słońce, co nastąpiło w okolicach Sępopola, poczułem że wiatr dalej sprzyja i wieje w plecy. Asfalt chwilowo było słabiutki, więc na wykorzystanie tego dodatkowego napędu trzeba było poczekać do lepszej nawierzchni.

Poczekałem w idealnie w czas otwartej piekarnio-cukierni w tymże właśnie Sępopolu – byłem w niej 5 minut po godzinie 6. Słodkie śniadanko z kawą weszło jak marzenie.
A potem popędziłem w kierunku budzących się do życia Bartoszyc, czyli wpadłem w poranny szczyt komunikacyjny. Dalej była doskonała droga w kierunku Górowa Iławeckiego, gdzie jednak doszło do groźnego incydentu z ciężarówką, która zabrała się za wyprzedzanie mnie przed szczytem wzniesienia.

Z naprzeciwka jechał jednak samochód i ciężarówka wracając na prawy pas by mnie zmiotła, gdybym nie widział w lusterku, co się dzieje. Ewakuowałem się na pobocze i pewnie tylko dlatego piszę te słowa. Kierowca potem stanął, przeprosił mnie, no ale to jakby nieco po fakcie. To była wioska Piasek.

Potem było Górowo Iławeckie, znowu pokazało się GreenVelo i w końcu zaczęły się pagórki Warmii. Jechało się wybornie, zresztą cała impreza przebiegała w wymarzonych warunkach pogodowych, prawdziwy urlop w siodle, nie mający nic wspólnego ze szkołą przetrwania podczas lipcowego RAP 1800 ;-)

Przed Gronowem wyłonił się za zakrętu Marek z Braniewa i tak zaczęły się bliskie spotkania z kibicami na trasie WMRDP. Maro miał najbliżej, chociaż raz Braniewo okazało się szybciej niż Elbląg :-)

Pokręciliśmy sobie razem do Pogrodzia, robiąc po drodze przerwę cateringową u Andrzeja Piotrowiaka, znanego ultrasa z Fromborka, prowadzącego Hotel Kopernik, przy okazji Miejsce Przyjazne Rowerzystom GreenVelo. Tutaj też spotkałem Beatę, która przyszła ,,w cywilu" piechotą prosto z pracy. No i jej nie poznałem w pierwszej chwili :-))

Wiedziałem, że takiej pomidorówki z makaronem to już do mety nie znajdę, więc postanowiłem tam zjeść kolejne już śniadanie – było jeszcze przed południem ;-)

W międzyczasie spływały do mnie uwagi, że za szybko jadę, że ludzie w pracy, że byłoby dobrze jakbym Elbląg mijał później. Nie do końca mogłem spełnić te życzenia, gdyż ultra kończy się jak najszybciej, nie celebruje się tego momentu więcej niż to potrzebne, gdyż największy nawet zapas czasu można łatwo roztrwonić podczas potężnego wysiłku, dużego dystansu i różnych przygód, które mogą się na trasie wydarzyć.

Nie będę jednak kłamał, że spieszyłem się z jedzeniem tej pomidorówki :-))) Popas i rozmowy trwały dobrą godzinę, Frombork opuściłem około godziny 13 i wtedy time out wyznaczył mi komunikat od Endrju, że czeka na mnie o 14 w Rubnie, czyli na północnych rubieżach Elbląga. I to był konkret, i już wiedziałem jak mam jechać ;-)

Pognałem więc przez jakże znane pagórki Kadyn i Suchacza, meldując się w Rubnie kilka minut po 14. Czekali tam na mnie Endrju, Darecki i Krzywy. Zaproponowałem postój przy sklepie w Nowakowie, bo bidony były już suche. Tam chwilę porozmawialiśmy, nadjechała też samochodem Angelika z Romanem, a ja na chwilę zmieniłem rower – vide galeria – i ogólnie zrobiło się piknikowo. Na 1087 km!!!

Z chłopakami dotarłem do granicy województw na moście nad Nogatem w Kępkach, gdzie nastąpiła zmiana kibiców i ruszyli ze mną Krzysiek i Koszmar. Z nimi dotarłem do Jazowej i stamtąd ruszyłem na Żuławy Wiślane, a chłopaki do Elbląga.

W okolicach Nowego Dworu Gdańskiego spotkałem machającą z daleka Kamilę, triumfatorkę Maratonu Elbląskiego 2024 i srebrną medalistkę cyklu Ultracup OPEN 2024.Przyjechała samochodem prosto z pracy, ale poznałem ją od razu :-)

Chwilę postaliśmy, przekazałem wrażenia i już jechałem dalej, bo odcinek ,,elbląski” niebezpiecznie się rozciągał, jak dobra guma balonowa.

Za Nowym Dworem Gdańskim spotkałem jeszcze Macieja z Łaszki podczas swojego treningu. Tutaj to chyba on mnie nie poznał, ja go natomiast po bardzo charakterystycznym Bianchi w firmowym kolorze. Obaj się już nie zatrzymywaliśmy, pogadaliśmy w drodze na odcinku do Starych Babek i tutaj się rozstaliśmy.

W końcu mogłem skupić się na celu, który w tych niesamowitych i nie ukrywam, bardzo przyjemnych okolicznościach nieco mi się zagubił. Do mety było około 120 km, czasu było bardzo, bardzo dużo, ale ….

Zatrzymałem się w Pruszczu Gdańskim w znanej skądinąd cukierni, aby wypić sobie kawę i dorzucić kcal przed czekającymi pagórkami Kaszub. Chwilę po ruszeniu nastąpiło moje zderzenie z osą, albo innym gryzącym owadem, który jakimś cudem zmieścił się miedzy kask a okulary.

Zostałem ugryziony przy samej powiece lewego oka. Pierwszą pomoc uzyskałem w stojącej obok willi, gdzie zaaplikowałem sobie wapno i to starczyło. Resztę pewnie zrobiła adrenalina, bo do mety żadnych dolegliwości nie odczuwałem.

No a potem zaczęła się jazda góra-dół, dół-góra w warunkach malejącego ruchu samochodowego, ale jednak nadal znacznego. Trasa dziwnie prowadziła przez plac budowy obwodnicy metropolitalnej Trójmiasta w okolicy Otomina, DK 20 w Żukowie, a koszmarną pomyłką planistyczną Dyrektora Daniela był 5 km odcinek płyt betonowych ,,jumbo” na odcinku podjazdowym Zbychowo-Gniewowo i na odcinku zjazdowym Gniewowo-Reda.

Długo ten odcinek trwał, bo było mi normalnie szkoda roweru. Zresztą i ryzyko gleby na zjeździe było duże, bo te płyty nie były super równo położone. Na tym odcinku dogonili mnie zawodnicy z Poznania Sebastian Rosa oraz Artur Błaszak i z nimi kręciłem już do mety, planując co też zrobimy Danielowi na mecie, co mu powiemy i gdzie go wyślemy :-))) Oczywiście rozmawialiśmy też na inne tematy ;-)

Jeszcze jakieś małe prace budowlane spotkaliśmy we Władysławowie, ale to już nie było w tym winy Ojca Dyrektora Daniela. Końcówkę trasy z kostki kamiennej ominęliśmy drogą rowerową, asfaltową, ale z korzeniami podbijającym asfalt, także też fajnie się jechało. Ech …

Na mecie pod latarnią morską na Rozewiu zameldowałem się o godzinie 22:53, po 82h 53 minutach przebywania na trasie między Przemyślem a Rozewiem. Jestem bardzo zadowolony, bo widać tutaj spore możliwości poprawienia się w kontekście pełnego MRDP.

Na zasłużony odpoczynek udałem się do ,,Willi w Rozewiu”, będącej biurem mety maratonu. Tam spotkałem Roberta z którym nazajutrz wróciłem pociągiem z Władysławowa do Elbląga, bo jak wiadomo, wycieczka bez pociągu się nie liczy :-)))

A tak naprawdę, to tak mocno wiało z południa, że byłoby to szaleństwo jechać rowerami do Elbląga.

I tak to zakończyła się ta jazda po wschodnich i północnych drogach Polski. Gratulacje dla wszystkich uczestniczek i uczestników, którrzy dotarli do mety w limicie czasu - z tego co wiem, to nikt go nie przekroczył. Ci, którzy nie ukończyli imprezy będą mieli taką szansę już za 4 lata. A ja tymczasem podchodzę do WMRDP jak do niektórych egzaminów za  dobrych studenckich czasów - przejechane, zaliczone, zapomniane ;-) 






Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
372.00 km 0.00 km teren
17:02 h 21.84 km/h:
Maks. pr.:59.00 km/h
Temperatura:25.0
Podjazdy:2064 m

WSCHÓD MRDP - ETAP 2

Poniedziałek, 23 września 2024 · | Komentarze 0

Trasa: HAJNÓWKA-Narewka-Bobrowniki-Sokółka-Lipsk-Płaska-Sejny-Szypliszki-Wiżajny-Gołdap-Banie Mazurskie-WĘGORZEWO

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem)

DALEJ >>> 




Opuszczając Hajnówkę zajrzałem na tamtejszy Orlen, zjadłem kolację i ruszyłem na nockę po Podlasiu. W towarzystwie kompletnie pustych asfaltów, samochodów Policji i Straży Granicznej nie niepokojony kręciłem sobie spokojnie kilometry w znacznie już cieplejszym powietrzu jesieni.

Nocka sprawiała, że nie widziałem słupów granicznych na granicy z Białorusią, ale wiedziałem, że one tam są.

Także ilość funkcjonariuszy dawała do zrozumienia, że sytuacja w rejonie jest daleka od normalności. Po drodze minąłem sławne Kruszyniany.

Świt zastał mnie w Sokółce, gdzie ponownie odwiedziłem Orlen, tym razem na śniadanie. Stąd pojechałem do Dąbrowy Białostockiej, wyglądającą na mapie na przerażając długi odcinek prostej drogi, która faktycznie taką się nie okazała :-) Ale na mapie robi wrażenie.

Dalej była Puszcza Augustowska z remontowanym odcinkiem drogi między Rubcowem a Gruszkami, który powinien nas cieszyć w przyszłym roku podczas pełnej pętli MRDP.

No i w końcu nadszedł czas na wyczekiwane Mazury Garbate, czyli krajobrazowo cudną Suwalszczyznę. W znanym barze w Szypliszkach posiliłem się trzema porcjami zupy pomidorowej z makaronem i z pięknym wiatrem w plecy pożeglowałem na zachód.

Nocleg w Gołdapi – zaplanowany w pierwotnym planie – wypadłby za szybko, więc pokręciłem do Węgorzewa, gdzie ostatecznie zatrzymałem się na zasłużony wypoczynek. Jutro miał nastąpić wspaniały dzień jazdy w okolicach Elbląga i spotkania z kibicami.





Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
554.00 km 0.00 km teren
22:52 h 24.23 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:2466 m

WSCHÓD MRDP - ETAP 1

Sobota, 21 września 2024 · | Komentarze 0

Trasa: PRZEMYŚL-Medyka-Horyniec Zdrój-Hrebenne-Zosin-Włodawa-Terespol-Mielnik-HAJNÓWKA

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem)

DALEJ >>> 



Na pełny cykl MRDP składają się 4 maratony. I tak jak zeszłoroczny maraton Góry MRDP mogłem opuścić, bo mam w swoim posiadaniu stosowną część medalu z tej imprezy (2019) zaś maraton Zachód MRDP jechałem w roku 2022, tak Wschodu MRDP opuścić nie mogłem. Nie dość, że nie mogłem, to jeszcze była presja żeby to ukończyć, tak aby przyszłoroczne podsumowanie na 3200 km trasie pełnego MRDP miało sens.  

W tym kontekście płaska generalnie trasa na długości 1240 km już nie jawiła się jako łatwa wycieczka po wschodnich i północnych rubieżach naszego kraju. 

Do Przemyśla pojechałem z Robertem, który medali za pełny MRDP ma chyba ze trzy - i mógłby się podzielić jednym :-))) - ale Wschodu MRDP nie jechał, bo to była dopiero druga edycja tej imprezy w trwającym 4 letnim cyklu MRDP. 

Podróż minęła szybko i sprawnie, do Przemyśla idzie teraz dojechać z Elbląga już w 9 godzin. Po przyjeździe zameldowaliśmy się w hotelu, potem zajrzeliśmy do biura zawodów a na koniec dnia integrowaliśmy się podczas biesiady przedstartowej. 

Potem udaliśmy się na solidne, długie spanie, bo start w sobotę o 12:00 temu sprzyjał ;-)

W dniu startu pojawiliśmy się na ukośnym rynku w Przemyślu chwilę po 11, także był czas na zdjęcia, rozmowy, a nawet filmik ;-)

Start nastąpił chwilkę po godzinie 12:00 i w towarzystwie radiowozu Policji, Straży Miejskiej i karetki pogotowia pojechaliśmy zwartym peletonem w kierunku przejścia granicznego w Medyce. W jego okolicach nastąpił lotny start ostry i każdy ruszył zgodnie z rygorami swojej kategorii.

Ja zapisałem się na SOLO, więc kręciłem sobie samotnie, mając przed oczami jadącego kilkaset metrów przede mną Roberta. Ta widoczność trwała do mojego pierwszego postoju, a potem to już zobaczyliśmy się na Rozewiu.

Od pierwszych minut warunki do jazdy były wyborne, nie było za gorąco, wiatr nie przeszkadzał, a nawet momentami bardzo pomagał i tak w sumie było na całej trasie.

Wyjątkiem od tej reguły była pierwsza noc, spędzona przeze mnie tradycyjnie na siodełku, kiedy to nad ranem temperatura zameldowała się na poziomie +7 stopni.

Niby wszystko miałem, włącznie ze stosownymi rękawiczkami na moje biedne palce, ale okazało się to niespodziewanie trudną przeprawą. To był w ogóle dziwna noc, z dwoma kryzysami sennymi, z poczuciem głodu i tego zimna na koniec.

No, ale jakoś sobie z tym poradziłem i założone 500 km z lekką nawiązką udało mi się do niedzielnego popołudnia wykręcić. Nocleg przypadł w Hajnówce, z której ruszyłem w dalszą trasę około godziny 23.

Zanim jednak moim oczom ukazała się Hajnówka, to na tych 500 km parę rzeczy zobaczyłem ;-)

O tym maratonie można powiedzieć, że prowadził szlakiem przejść granicznych i … GreenVelo. Wschodnia granica Polski to także granica Unii Europejskiej i już tylko tutaj można zobaczyć długie kolejki samochodów, przede wszystkim ciężarowych. Najdłuższa taka zaobserwowana przeze mnie była w Hrebennem. Ciągnęła się dobre kilka km.

No a szlak GreenVelo to wykorzystywałem, gdy jego asfalt był lepszy niż asfalt drogi biegnącej obok, to było przede wszystkim w okolicach Włodawy i Kodnia.
Niemniej, jego znaki towarzyszyły od okolic Przemyśla (Wielkie Oczy) aż w okolice Braniewa (Krzekoty).

Poza tym był ciekawy prom na Bugu między Mielnikiem a Zabużem – to także GreenVelo, ogromne zbiorniki na ropę naftową rurociągu ,,Przyjaźń” w Adamowie i jakże klasyczne dla tych okolic cerkwie i drewniane domy.







Kategoria SUPERMARATONY


Dane wyjazdu:
620.00 km 0.00 km teren
40:05 h 15.47 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
Podjazdy:8277 m

RACE AROUND POLAND - ETAP 4

Czwartek, 11 lipca 2024 · | Komentarze 11

Trasa: JELEŚNIA-Międzybrodzie Bialskie-Bielsko Biała-Żywiec-Koniaków-Wisła-Cieszyn-Racibórz-Głuchołazy-Paczków-Złoty Stok-Stronie Śląskie-Międzylesie-Zieleniec-Kudowa Zdrój-Głuszyca-Chełmsko Śląskie-Kowary-Karpacz-SZKLARSKA PORĘBA

MAPA (całość)

GALERIA (całość, z opisem)

PROFI FOTO

WYNIKI

RELACJA MARCIN (+ filmy)



Spanie w Jeleśni zakończyłem o godzinie 8 i udałem się na śniadanie, które ten punkt miał w ofercie. Z zawodników byłem chyba jedyny, w restauracji hotelu Vesta zastałem jeszcze ekipę wolontariuszy i fotograficzną.

Pomny tego co mnie czeka w Beskidzie Sądeckim, a potem Śląskim nie żałowałem sobie kcal, dogadzałem sobie różnymi smakołykami w nieumiarkowanych ilościach ;-)

W końcu jednak trzeba było się ruszyć. Skorzystałem jeszcze z przepaku, który tutaj sobie wysłałem ze startu w Warszawie i założyłem nową potówkę, nowe skarpetki, nowe rękawiczki i świeżą chustę pod kask. Na MRDP 2025 to wszystko jak będę chciał, to będę musiał sobie wieźć od startu sam, albo to gdzieś kupię.

Użyte rzeczy albo wyrzucę, albo odeślę paczkomatem. Tutaj mi je zabrano, chociaż dotarły do mnie dopiero w Elblągu, dzięki Robertowi, bo na mojej mecie w Szklarskiej Porębie ich nie było.

Wyjeżdżając z Jeleśni zajrzałem jeszcze do apteki, bo po raz pierwszy w historii skończył mi się krem na odparzenia, czyli popularny do d…py. Miałem prawie całą tubkę! To też świadczy o ekstremalnym obciążeniu i bardzo wysokich temperaturach w których przyszło jechać tę urlopową trasę.

Ten ,,wrażliwy” temat rzadko pojawia się w relacjach, ale że celem tego mojego pisania jest też pełna informacja dla, przymierzających się do dalekich tras, ultrasek i ultrasów, to dodam, że pierwsze smarowanie było już w Przemyślu, czyli na 500 km.

Już wtedy moje niezwykle wygodne spodenki Endura SL dostały pierwszą porcję Nivea Baby. Potem była powtórka przed Tatrami, tak solidna, że od tego czasu jechałem na białym siodełku.

Krem się topił razem ze mną, ale działał i o to chodziło. Działać należy profilaktycznie, a nie wtedy kiedy już nie można siedzieć, czy nogami ruszać – bo i w pachwinach też trzeciego dnia zaczął robić się cyrk …

Także kupiłem w aptece Alantan Plus, maść bez cynku, ale też na odparzenia i takie tam inne niemowlęce przygody z pieluszkami. Czyli w sam raz :-))) Był to w sumie eksperyment, a tego się nie robi na ultra – ale zaufałem opisowi i pani farmaceutce, bo miałem ten specyfik po raz pierwszy.

Tak wyposażony, najedzony i opity ruszyłem w góry. Beskid Żywiecki czekał, a tam przełęcz Kocierska, przełęcz Targanicka i przełęcz Przegibek. Było już po godzinie 9, także zaczynałem góry w najgorszym możliwym momencie, przed południem.

Analiza mapy wskazywała, że te przełęcze są w lasach, ale jak gęstych i czy dających dobry cień, to miało się dopiero okazać.

Okolica była dla mnie zupełnie nowa, pierwszy raz jechana i gdyby nie opisy Niradhary i Kajmana, starych Bikestatowiczów z Kobiernic, nawet nazwy miejscowości nic by mi nie mówiły.

Pierwsza sztajfa nastąpiła zaraz po zjechaniu z DW 945 i w niewinnie brzmiącej miejscowości Rychwałdek zaliczyłem pchanie. Podjazd był krótki, ale szedł w pełnym słońcu a mi się nie chciało mordować, bo już wtedy wyglądało na to, że kolejne nocki to ja będę jechał, a nie spał.

Zostały mi do mety dwie doby, a na liczniku pojawiła się liczba 1220 km. Nadzieję na sukces dawał płaski przelot od Zebrzydowic do Złotego Stoku, grozą napawały Kotlina Kłodzka i Karkonosze na deser ;-)

I tak to pracowicie się wspinając, a to zjeżdżając po różnej jakości asfaltach pokonałem w końcu Beskid Żywiecki i zameldowałem się na Orlenie w Bielsku Białej. Po drodze zrobiłem kilka zdjęć Góry Żar i elektrowni wodnej Porąbka na Sole.

Wcześniej przeleciałem za zgodą ekipy przez budowany most w Porąbce, bo znowu nie zauważyłem informacji o objeździe na grupie WhatsApp zawodów. Ja naprawdę nie miałem czasu na czytanie mediów społecznościowych :-)) Ale jak ma się gadane, to przez most udało mi się przejechać ;-)

Ciekawostką był ruch wahadłowy od zapory elektrowni, który był regulowany sygnalizacją świetlną w trybie … 16 minutowym. Tak, nie przesłyszeliście się. 16 minutowym – tak mi dwukrotnie powiedział pracownik remontujący drogę, bo sam myślałem, że coś źle słyszę.

Oczywiście nie czekałem ;-)

Z Bielska Białej boczną drogą podążałem ku Żywcowi w którym to zjadłem obiad w McD. Brakowało dolewek napojów znanych z KFC, a reszta była jakby podobna. Spędziłem tutaj dobrą godzinę doładowując też elektronikę.

Przejazd przez Żywiec wypadł w najgorszym możliwym momencie, czyli wczesnym popołudniem, kiedy ruch na drodze był maksymalny. Kierowcy spod znaku SZY nie dali jednak powodów do krytyki, zapewne mrugający Bontrager miał w tym swój udział.

Zrobiłem kilka zdjęć browaru, skoro trasa już przy nim prowadziła, a ja tutaj byłem po raz pierwszy w życiu. Potem zaczęła się Węgierska Górka i Milówka, czyli miejsca znane już z tras GMRDP.

Nadszedł czas na Beskid Śląski i wspinaczkę do Trójwsi Beskidzkiej, czyli Koniakowa, Jaworzynki i Istebnej. Jechałem drogą techniczną wzdłuż S1 w tak nagrzanym powietrzu, że prawie 2 litry wypiłem na tym odcinku. Masakra.

W miejscowości Laliki zobaczyłem na balkonie mieszkankę domku, którą pozdrowiłem machnięciem ręki, a ona się spytała ,,Chce Pan wody”? Nieźle ja musiałem wyglądać :-))))

Na taką zachętę od razu skręciłem w bramę posesji. Dostałem butelkę Muszynianki, ofertę obiadu z makaronem i prysznica! Przemili ludzie okazali się rowerzystami, zwłaszcza gospodarz był kiedyś aktywnym bikerem.

Porozmawialiśmy sobie całkiem zgrabną chwilę, ale że ja już nie miałem prawa zamulać, tylko zakończyć te góry i lecieć dalej na zachód, więc wziąłem jeszcze tylko butelkę wody na zapas i ruszyłem ku ostatniej w tym rejonie przełęczy, czyli Kubalonce między Istebną a Wisłą.

Wcześniej w okolicach Karczmy Ochodzita spotkałem kampera z Ojcem Dyrektorem RAP Remkiem Siudzińskim oraz fotografem Zbyszkiem Myślińskim, więc i stąd będę miał pamiątkowe zdjęcia. Niby jechałem pierwszy w kategorii, ale że Dawid Salamon się wycofał z przyczyn technicznych w okolicach Zakopanego, to w sumie jechałem też ostatni.

Tak przy okazji - nie pamiętam już kto mi raportował, że ,,Aśka Balawajder jest 20 km za mną, a Dawid mnie goni”. To naprawdę nie miało znaczenia, walczyłem z pogodą, z trasą i ze samym sobą – w tej kolejności. Zakopane było pierwszym miejscem, gdzie spojrzałem w kierunku stacji PKP … Różne myśli się pojawiały, różne …

Tymczasem jechałem grzbietem Beskidów przez Koniaków i Istebną, podziwiając szerokie panoramy i ciesząc się na nadchodzącą noc. Do zmroku było jeszcze kilka godzin, ale ja byłem zadowolony, że najtrudniejsze góry już za mną.

Z Istebnej szybko i sprawnie podjechałem Kubalonkę i zacząłem zjazd do Wisły, a jakby tak szerzej spojrzeć, to mam wrażenie że aż do Cieszyna nad Olzą było z górki.
Po drodze zatrzymałem się w Ustroniu, wizja kolacji z magią dolewek w KFC zadziałała :-)))

W Cieszynie mogła się zakończyć moja przygoda na RAP, bo jadący za mną samochód nagle z piskiem opon zahamował. Zobaczyłem kobietę za kierownicą z szokiem w oczach i za nią drugi samochód z którego leciały ku niej obelgi. Ona mnie chyba nie dostrzegła i gwałtownie hamując sprowadziła zagrożenie dla tego drugiego samochodu. Na szczęście skończyło się bez kraksy.

Droga wiodła teraz ku Zebrzydowicom, skąd po raz pierwszy miałem okazję jechać Żelaznym Szlakiem Rowerowym do Godowa.

Tak, do tego Godowa, gdzie w zeszłym roku pociliśmy się z Endrju na TdS :-)

Teraz była nocka, pusty szlak i nierówny asfalt na nim. To dość dziwne, ale mam wrażenie, że idealnie równy to on tam nie jest.

Za Godowem jechałem bez zatrzymania do Raciborza, na przedmieściach którego postanowiłem chwilę odpocząć. Od Ustronia miałem pomyślny wiatr w plecy i czas do punktu kontrolnego w Złotym Stoku na to pozwalał.

Odpoczynek trwał godzinę na zielonej łące przy czereśniowym sadzie, który bardzo mi pomógł po tym, jak pomruki burzy i pierwsze krople podniosły mnie z tego miejsca. Wiecie jak dobrze duża, mocno liściasta czereśnia chroni przed deszczem? Bardzo dobrze chroni.

Ściana deszczu w zasadzie nie zrobiła mi krzywdy, efekty wizualno-dźwiękowe były pierwszej klasy i co najważniejsze – nie trwały długo.
Jak tylko największy opadł przeszedł ruszyłem w drogę, bo po coś w końcu te błotniki ku zdziwieniu innych wożę.

To nie było koniec burzowych atrakcji, bo na horyzoncie było już widać kolejną, ale ona dopadła mnie z kolei za Raciborzem. Wcześniej namierzyłem przystanek autobusowy, ale kiedy próbowałem zamknąć oko, skoro już czekałem na jej uderzenie, to po pierwszych kroplach okazało się, że ma on blaszany dach. Spróbujcie zasnąć pod czymś takim :-)))

I ta burza jednak szybko przeszła, więc i ja odpaliłem pojazd. Dodam, że przywitałem te deszcze z radością, żadnej kurtki nie ubierałem, ochraniaczy na buty także – po co, jak temperatura cały czas przekraczała +20 stopni. Kurtka to miała zastosowanie nad ranem w Bieszczadach, kiedy to zjazdy odbywały się we mgle i wtedy robiło się chłodno, czy też w innych, tego typu sytuacjach.

W międzyczasie minął 1400 km trasy, do mety były 4 stówki, taki tam Maraton Elbląski ;-) Płaskiej Opolszczyzny miałem jeszcze ze 125 km, potem czekała Kotlina Kłodzka, znana i lubiana nie tylko od strony ultra.

Krótka, ale jakże dynamiczna noc w końcu się skończyła i zaczynał się czwartek, ostatni pełny dzień maratonu.
W galerii zobaczycie jabłkomat, gdzie zakupów nie zrobiłem, bo na 5 litrów soku z tych pysznych owoców to jednak i miejsca, i ochoty nie miałem ;-)

Były za to McD w Prudniku, menu śniadaniowe i poranna kawa. I to było dobre, chociaż tuż obok był też Orlen. Prudnik to fajne miasto :-)

Dalej były Głuchołazy, przed którymi drogę krajową pięknie spowolniły dwa kombajny, za którymi i ja sobie wygodnie pedałowałem. Nie pędziły one tak jak nowe traktory po 50 km/h, a tak bardziej w granicach 30 km/h.

Nie trwało to wiecznie i w końcu trzeba było się zmierzyć z blachosmrodami na DK 46 od Otmuchowa do Złotego Stoku. Dużo ich było, miały tendencję do wyprzedzania ,,na gazetę” więc z uwagą patrzyłem w lusterko i blokowałem pas, żeby tego nie robiły.

Kiedy na obwodnicy Paczkowa pojawił się zakaz jazdy rowerami, to grzecznie zjechałem na równoległą drogę, nieco dłuższą, żeby nie łamać zakazu i przez wieś Kamienica dotrzeć do Złotego Stoku. Dlaczego piszę o tym drobiazgu? Bo za dobę miało się okazać, że ten szczegół zapewni mi formalne zwycięstwo w RAP 1800 :-) Ale po kolei …

Tymczasem wybiła godzina 11 a ja byłem na punkcie kontrolnym w Złotym Stoku, umiejscowionym w obiekcie noclegowym kopalni złota o nazwie Sport Kompleks. Od przekroczenia limitu dobowego dzieliło mnie 36 minut, no ale zdążyłem.

O spaniu nie było mowy, zresztą nie chciało mi się. Skorzystałem z prysznica, zjadłem dwa talarze makaronu ze szpinakiem – rewelacja – chwilę porozmawiałem z Remkiem i kolegą wolontariuszem.

Odkleiłem też taśmy fizjo z karku, bo już się odklejały (mijał tydzień od ich założenia). Pamiętam, że stwierdziłem iż nie będę gnał szaleńczo do Szklarskiej Poręby, żeby być o 11:36 na miejscu. O jakże się myliłem ;-)

Ze Złotego Stoku zacząłem podjazd chwilę przez godziną 13, ale że przełęcz Jaworowa schowana jest w lesie, to ta fatalna słonecznie godzina nie miała większego znaczenia. Łatwy podjazd i zjazd do Łądka Zdrój poszły gładko i już leciałem do Stronia Śląskiego, gdzie przed podjazdem na Puchaczówkę zafundowałem sobie mrożoną kawę i takie też lody. Wiedziałem bowiem, że ten podjazd dla odmiany lasu nie ma prawie wcale …

Wspinaczka trwała równą godzinę, a potem była jazda bez trzymanki po równym i z długimi prostymi asfalcie. Tutaj zacząłem kalkulacje, że jak późnym wieczorem dotrę do Kudowy Zdrój, to może przez 12 godzin zrobię ostatnie 150 km ;-)

I tak kalkulując dotarłem do Międzylesia, skąd zacząłem wspinaczkę (przez chwilę z buta) do Zieleńca, tak z 300 metrów w pionie na 40 km. Droga (Autostrada) Sudecka to dobry i mniej dobry asfalt, którym na którym zaczynałem w roku 2008 podczas Klasyka Kłodzkiego swoją ultra przygodę.

To także kolejna sesja zdjęciowa z Remkiem i fotografem Zbyszkiem Myślińskim, pogawędka o limicie i różnicy w medalu finiszera i zwykłego uczestnika. Remek był gotowy ten zwykły dać mi już przed Zieleńcem, bo w sumie było wiadomo, że na metę to ja już teraz dotrę, pytanie tylko kiedy? ;-)

Jak usłyszałem tę propozycję, to jednak coś we mnie ,,pykło” i poczułem chęć udowodnienia sobie, że ten denerwujący limit wypełnię.

Zobaczyliśmy się jeszcze w Zieleńcu, gdzie bokiem przeszły opady deszczu i oczy można było nacieszyć spektakularnym widokiem Kotliny Kłodzkiej i tęczy.

Stąd zacząłem zjazd do Kudowy Zdrój, który od przełęczy Polskie Wrota prowadzi DK 8 i zawsze jest pięknym przeżyciem. Żaden TIR nie ośmielił się mnie wyprzedzić.

W Kudowie udałem się na kolację w znanej mi Cafe Domek, bardzo solidną kolację połączoną z ładowaniem wszystkiego: telefonu, czyli nawigacji, lampek a nawet powerbanka tak na wszelki wypadek. Tej nocy nic nie mogło zawieść poza mną ;-)

Byłem na 1641 km, meta była na 1806 km. Z Kudowy wyjechałem około godziny 22, miałem 13,5 godziny na pokonanie 165 km. W normalnych warunkach banał. Ale warunki nie były normalne …

Jazda zaczęła się wspinaczką na przełęcz Lisią, będącą częścią klimatycznej i bardzo pięknej za dnia Drogi Stu Zakrętów. Teraz nie było sensu liczyć zakrętów, ani podziwiać formacji skalnych przy drodze, tudzież Szczelińca Wielkiego, najwyższego szczytu Gór Stołowych w pewnym oddaleniu od drogi.

Teraz trzeba było jechać. Jechać i nie zasypiać tej drugiej bez normalnego spania nocki. Droga Stu Zakrętów skończyła się w Radkowie, skąd ruszyłem na Tłumaczów i Nową Rudę. Mozolnie zdobywałem kilometry, atakowałem się Kofactinem, jadłem sezamki, żelki, wszystko żeby nie odpłynąć.

Były także nocne rozmowy Polaka z Polakiem, czyli monolog :-)) Nie było jednak jednorożców na poboczu i rozmów z krzakami w kształcie ludzi, także oceniłem że to jeszcze nie jest prawdziwy kryzys. Jechałem więc.

Niebawem zacząłem wspinaczkę do Głuszycy, miasta, które odwiedzam tylko na ultra i które tylko raz, podczas GMRDP 2019, jechałem za dnia. Tam jest jakiś niekończący się podjazd przez miasto, który w nocy wydawał się jeszcze dłuższy.

W końcu dotarłem do skrętu na Unisław Śląski i zacząłem dalszą wspinaczkę. W Rybnicy Leśnej poczułem, że mam dość i muszę się przespać, bo się zabiję. Zaległem na przystanku autobusowym, spiąłem się z rowerem i zasnąłem. Teraz widzę na GSV, że po drugiej stronie skrzyżowania stoi Dom Seniora Jantar. Może by wpuścili? ;-)

Obudzony zostałem bynajmniej nie przez seniorów, ale przez ludzi jadących zapewne do pracy w Wałbrzychu. Była godzina 5:26, pamiętam jak dziś, kiedy to ruszyłem w pogoń za mijającymi nieubłaganie minutami. Byłem na 1706 km, do mety było 100 km i miałem na to 6 godzin 10 minut brutto. Po drodze do zaliczenia przełęcz Kowarską i cały Karpacz pod górę z jakimiś małymi górkami w Podgórzynie.

No i się zaczęło. Najpierw zjazd do Unisławia Śląskiego przez dalekie rogatki Wałbrzycha, potem gonitwa w dół do Mieroszowa, stamtąd zapomniany podjazd w kierunku Chełmska Śląskiego i remont drogi tamże, który przeleciałem, jakbym miał rower MTB. Pierwszy raz w życiu nie zatrzymałem się przy sławnych domkach tkaczy, ale mam już ich zdjęcia i za dnia, i w nocy, więc sobie darowałem :-)

Potem był zjazd do Lubawki i wspinaczka dookoła Jeziora Sosnówka, dość stroma, już w pełnym słońcu, męcząca i wkurzająca. Dalej została przełęcz Kowarska, po której wiedziałem, że będzie ładny zjazd do Kowar, gdzie miałem nadzieję spotkać już Koszmara na rowerze, który wakacje spędzał z rodziną w Jeleniej Górze.

Kowarska poszła szybko, to nie jest długi podjazd, końcówki przełęczy jakby nie poznałem, las zniknął …

Moment potem byłem już w Kowarach – Koszmara w Kowarach nie było – i ruszyłem na podbój Karpacza. Miasto znałem, bo kiedyś podczas majówki tutaj zajrzałem z zamiarem ataku na przełęcz Karkonoską, ale wtedy leżał jeszcze na niej śnieg..

Podjazd pod świątynię Wang pamiętałem, nie wiedziałem jak wygląda odbitka na skocznię narciarską Orlinek, także pod górę, a jak ;-)

Wspinając się uświadomiłem sobie, że ja w sumie jadę bez śniadania więc prawie nie zasiadając z roweru kupiłem w pączkarni dwa ciepłe pączki, butelkę Pepsi i już mogłem dalej się wspinać.

Karpacz opuściłem w granicach godziny 10:00, więc miałem dobre 90 minut i 30 km. Większość z góry albo przynajmniej bez podjazdów – tak mi się wydawało. Nie dostrzegłem na mapie jazdy pod górę przez Jagniątków i Michałowice na 10 km przed metą.

Uświadomił mi to dopiero Koszmar, który czekał na mnie na rondzie w Podgórzynie Dolnym. No i teraz zaczęło się wariactwo. Takiej końcówki ultramaratonu to nie miałem od czasu pamiętnego MPP 2020, kiedy to pędziłem z doliny Dunajca na metę w Schronisku Głodówka w Bukowinie Tatrzańskiej.

Nie był to stromy podjazd, pchać nie musiałem, tyle że był długi, wydawał się niekończący, kiedy wpatrywałem się w nawigację. Do tego doszła kontuzja karku – dokładnie to samo, co zakończyło mój pierwszy MRDP w roku 2013. Od Karpacza w zasadzie nie podnosiłem szyi, patrzyłem w dół. Wtedy przyczyną był mapnik na kierownicy i co za tym szło, licznik na mostku, czyli pod złym dla mnie kątem patrzenia. Teraz na mostku miałem zamontowany telefon z nawigacją, czyli też inaczej niż zwykle, za blisko i pod złym kątem.

Jak w końcu zaczął się wymarzony zjazd do Piechowic to zostawiłem Marcina i pognałem w dół. W Piechowicach nieco za szybko pokonałem przejazd kolejowy, jeden z dwóch, który był akurat placem budowy i pamiętam z niego tylko krzyki budowlańców i łyżkę koparki nad swoją głową. No, szaleństwo po prostu :-)))

Za chwilę pędziłem DK 3 w kierunku Szklarskiej Poręby Dolnej, gdzie należało skręcić na metę w Starej Piekarni. Jechałem sam, bo Koszmar gdzieś został przeze mnie zgubiony – sorry Kolego, spieszyło mi się trochę ;-)

Zacząłem podjazd od DK 3 w kierunku mety i sobie uświadomiłem, że nie wiem dokładnie, gdzie to jest. To się nazywa sportowe podejście :-))))

Za chwilę nie miałem już sił i ochoty pedałować, prawe kolano bolało jak cholera, ścięgien nie czułem i ogólnie miałem dość. Rower prowadziłem chodnikiem pod górę.

Zegarek pokazywał 11:36, kiedy to wyłoniła mi się flaga RAP oznaczająca punkt kontrolny, a dla mnie METĘ! Od razu wsiadłem na siodełko :-))) Jak podaje monitoring, dotarłem na metę 3 minuty 47 sekund po upływie limitu 144 godzin (6 dób).

Na mecie czekał Marcin z Joanną, był też Remek z wolontariuszką. Było mi gorąco, bardzo gorąco, więc Joanna na moją prośbę oblała mnie całego szampanem ze szczególnym uwzględnieniem głowy, a ja się przekonałem że alkohol i oczy to nie jest dobre połączenie :-)

Był też czas na zdjęcia z flagą Elbląga, którą pracowicie wiozłem ze sobą przez cały czas.

A co do czasu ukończenia maratonu? Remek uznał za zasadne moje zgłoszenie, że na wspomnianej wyżej obwodnicy Paczkowa, przed Złotym Stokiem, pojechałem objazdem z uwagi na zakaz jazdy rowerami nadkładając w ten sposób kilometrów po drodze gorszej jakości.

I tak to po przeliczeniu, wyszło, że nie przekroczyłem limitu o … 29 sekund. 29 sekund! Jak to mówi Endrju: ,,Płacę za imprezę, to i limit wykorzystuję do końca” :-)) Ja akurat za RAP nie płaciłem, bo udział w tej imprezie otrzymałem w prezencie urodzinowym od Roberta, ale wykorzystania limitu czasu możesz Andrzej ode mnie się uczyć ;-)

W międzyczasie, jak sędzia ogarniał losy mojego medalu finiszera i statuetki, ja ogarnąłem siebie – przynajmniej próbowałem, bo jakakolwiek czynność była mocno utrudniona. Zaczęła schodzić ze mnie adrenalina i bolało mnie w zasadzie wszystko. Nogi, kolana, kark, porażone dwa palce lewej dłoni. I tylko spać mi się nie chciało, jeszcze ;-)

Wziąłem długi prysznic z biczami wodnymi, spojrzałem na łóżko, ale okazało się, że zaraz trzeba zwalniać pokój, więc nawet jakbym chciał spać, to i tak nie tutaj. Odpoczywałem więc na dworze w dobrym towarzystwie, niebawem zostałem udekorowany i powoli zacząłem się zbierać na pociąg, aby pojechać do Szklarskiej Poręby Górnej, poszukać noclegu na zaplanowane kilka dni normalnego urlopu :-)

Jazda rowerem te parę km nie wchodziła w grę :-))) Absolutnie nie wchodziła, a pchać mi się go nie chciało ;-)
Że jednak przeoczyłem zjazd na stację Szklarska Poręba Dolna więc wylądowałem w Piechowicach i stamtąd pojechałem do Szklarskiej Poręby Górnej.

Króciutka podróż przebiegła z przygodami, bo zasnąłem w pociągu i konduktor obudził mnie, jak wracał on już do Wrocławia ze Szklarskiej Poręby. To był niezły odjazd, musiałem wysiadać awaryjnie, żeby nie dostać mandatu :-)))

W końcu udało mi się dotrzeć do celu, znalazłem przyjemny pensjonat Kanion przy samym deptaku (aktualnie remontowanym) w Szklarskiej Porębie Górnej i tam padłem do łóżka. RAP 1800 dla mnie się oficjalnie skończył.

 Podziękowania

1Roberto, przede wszystkim Tobie za ten prezent, bo widzę, że wierzyłeś we mnie bardziej niż ja sam :-)
2. Marcinowi, Joannie i Iggy’emu za kibicowanie na trasie, miłe powitanie na mecie i w Jeleniej Górze :-)
3. Rzeszom kibiców z Rowerowego Elbląga i spoza niego za niesamowite wsparcie. Dzięki!
4. Remigiuszowi Siudzińskiemu i całej ekipie za organizację z dużym rozmachem świetnej imprezy. Remek, znieś tylko te limity pośrednie ;-)
5. Fizjoterapeucie Łukaszowi Sałamacha z Elbląga za perfekcyjny taping przed maratonem.
6. Salonowi Serwisowi Rowerowemu WADECKI z Elbląga za wzorowe przygotowanie Treka do tego wyzwania.
7. Miejskiemu Ośrodkowi Sportu i Rekreacji (MOSiR) w Elblągu za promocję ultrakolarstwa w swoich mediach społecznościowych.
8. Wszystkim nieznajomym ludziom, których miałem szczęście spotkać w potrzebie na trasie.

Podsumowanie:

Po latach robienia życiówek z innymi i dla innych nadszedł czas na mnie :-)) Mój rekord miał już długą brodę i pochodził z innej epoki, epoki o 11 lat młodszej i został osiągnięty na kompletnie innym rowerze. Teraz rower był znacznie lepszy, dedykowany wręcz takim wyczynom, tylko nie było wiadomo czy silnik o 11 lat starszy udźwignie to wyzwanie. Sportowe wyzwanie, jakbym nie czarował otoczenia wyrazem ,,turystyczne” ;-)

Na wielodniowych ultra nie sposób wszystko zaplanować, nie ma to większego sensu, bo ilość zmiennych jest ogromna. Najwięcej zależy od pogody, która jest coraz bardziej nieprzewidywalna i w zasadzie tej nieprzewidywalności obawiałem się najbardziej.Tylko ogromnemu doświadczeniu i znajomości swojego organizmu zawdzięczam fakt, że przetrwałem w tych upałach, odpuszczając kiedy trzeba, a cisnąc kiedy było to możliwe.

Że jeszcze udało mi się zrobić trochę zdjęć to prawdziwy cud, no ale geny turystyczne nie tak łatwo wyrzucić z siebie ;-)

Pamiętajcie, że RAP był dla mnie tylko etapem, treningiem w drodze do celu jakim jest ukończenie Maratonu Rowerowego Dookoła Polski 2025 (MRDP), imprezy której już 2x nie ukończyłem (2013,2017) i o której marzę od roku 2013.Z niej zresztą pochodziła wspomniana życiówka (1554 km) poprawiona teraz na 1865 km.

Podstawowym założeniem RAP było sprawdzenie, czy 6 dni po średnio 300 km dziennie (nocnie) jest dla mnie do przejechania. Bez zbytniego oglądania się na te dobowe limity.

Na MRDP do przejechania będzie 3200 km w limicie 240 godzin (10 dób).Po tej wyrypie nabrałem przekonania, że MRDP to już nie jest porywanie się z motyką na słońce. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna, więc i tutaj się pocieszam, że górski odcinek MRDP jest nieporównywalnie łatwiejszy niż RAP-owy.

A że będzie 1400 km więcej – cóż, czymś się muszę pocieszać! :-)))

Oby tylko dowieźć siebie i formę do sierpnia 2025!